Jedynie prawda jest ciekawa

Poszerzenie pola wyborczej walki

01.11.2012

Na pięć dni przed głosowaniem w wyborach prezydenckich, Wschodnie Wybrzeże wygrzebuje się spod zniszczeń spowodowanych przez supersztorm „Sandy”. A kandydaci wracają do kampanii na pełnych obrotach.

Prezydent Barack Obama, który od niedzieli nie prowadził kampanii skupiając się na zarządzaniu kryzysem, przyjechał w środę na objazd zniszczonego przez żywioł stanu New Jersey. Na wyborczą trasę wraca dzisiaj: odwiedzi Las Vegas oraz dwa stany kluczowe Wisconsin i Kolorado. Republikanin Mitt Romney nigdy właściwie kampanii nie przerwał, choć ograniczył się do stanów nie dotkniętych bezpośrednio kataklizmem (głównie Ohio).  Dzisiaj, jak i wczoraj, zbiera głosy na oszczędzonej tym razem przez huragan Florydzie.

Sandy nie tylko zniszczył wiele osiedli i miast, głównie na wybrzeżu New Jersey oraz w Nowym Jorku, ale także zabił kilkadziesiąt osób. W skali wyborów zakłócił też proces tworzenia sondaży wyborczych – zmagający się ze skutkami żywiołu, często bez prądu i dachu nad głową Amerykanie naprawdę mają poważniejsze rzeczy na głowie niż mówienie ankieterom o swoich preferencjach politycznych. Dla kampanii to jeszcze jedna niespodzianka: w ostatnich dniach przed głosowaniem nie mają jak wiarygodnie sprawdzić stanu walki o Biały Dom w poszczególnych stanach.

Z sondażami czy bez, trwa tymczasem walka o przekonanie Amerykanów do własnej opowieści o tym, jak wygląda walka o prezydenturę. Sztab Romney przekonuje: rozszerzamy pole walki. Wychodzimy poza tzw. stany kluczowe (Ohio, Wirginia, Floryda, Karolina Północna, Kolorado, Nevada, Iowa, Wisconsin, New Hampshire) i aktywnie walczymy o miejsca, które miały być „bezpieczne” dla prezydenta – Pensylwania, Michigan, Minnesota czy Nowy Meksyk. Rozszerzanie „mapy rywalizacji” i  związane z tym zakupy czasu reklamowego w lokalnych telewizjach, to efekt rosnącej pewności sztabowców Romney, że są na właściwej drodze do zwycięstwa. – Gramy nie o 270 (minimum do zwycięstwa – PB) głosów elektorskich. Liczymy na 300 – tłumaczył główny doradca republikanina Rich Benson. I odpiera zarzuty, że to tylko blef i wyborcza zagrywka propagandowa.

Z kolei sztab Obamy twierdzi: bardzo ładnie, że kupujecie tam reklamówki telewizyjne, ale to świadczy o desperacji: nie możecie wygrać w Ohio czy Wirginii, próbujecie „skakać po mapie”. Ale jednocześnie wysyła do Pensylwanii i Minnesoty zastępczych mówców Obamy – wiceprezydenta Joe Bidena oraz byłego prezydenta Billa Clintona. – To ostrożność. Jeśli oni gdzieś przesuwają, jak w szachach, zaraz tam ich sprawdzamy. To tak forma polisy ubezpieczeniowej – przekonuje główny prezydencki doradca David Axelrod, który zadeklarował nawet, że jeśli prezydent przegra w Pensylwanii czy Michigan, sam pozbawi się swego ważnego atrybutu: zgoli sobie charakterystyczne wąsy.

Wąsy Axelroda wąsami, ale gdybym miał osobiście wybierać, skłoniłbym się ku narracji Romneya, który po debatach telewizyjnych, zwyżkuje w sondażach. Ale szybko dowiemy się jak jest naprawdę: w ostatnich dniach kampanii kandydaci przyjeżdżają tam, gdzie toczy się realna walka. Jeśli więc prezydencki Air Force One wyląduje w Pensylwanii czy Minnesocie, będzie wiadomo że Obama znajduje się tam w defensywie.

Paweł Burdzy z Chicago
[fot. PAP/EPA]
Słowa kluczowe:

Burdzy

,

Barack Obama

,

Mitt Romney

,

Sandy

,

wybory

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook