Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Po co Millerowi SLD?

11.12.2011

Już na dwa miesiące przed wyborami, napisałem, że jeśli Grzegorzowi Napieralskiemu się nie uda (a widać było pierwsze symptomy kłopotów ze strategia i wizerunkiem), to partię odbierze mu Leszek Miller.

Właśnie on, a nie kreowany na ewentualnego zwierzchnika przez bliskie PO skrzydło partii Ryszard Kalisz, typ facecjonisty i celebryty, niezdolny ani do ciężkiej pracy, ani do przewodzenia komukolwiek.

Było dla mnie oczywiste, że Napieralski umieszczając Millera na liście poselskiej Sojuszu, wpuszcza lisa do kurnika. Zaprasza  do swojego bliskiego otoczenia samca alfa, który łatwo przekona wszystkich, że jest bardziej niezastąpiony niż poprzedni blady lider. Tak się też stało, a komentatorom, którzy brali na serio zapewnienia Millera, że nie chce kandydować, najpierw na szefa klubu, a potem partii, szczerze współczuję.

Ale łatwe przejęcie SLD nie oznacza sukcesu w jego prowadzeniu. Miller ma jeden dar, którego nie miał Napieralski: wszyscy traktują go poważnie. W dużej mierze zapomniano mu kompromitacje epoki afery Rywina. Widzi się w nim siwowłosego męża stanu. Utwierdza tę reputację zręcznymi wystąpieniami i bon motami.

Jednak na tym atuty Millera się kończą. Rozumiemy, że postawił na niezależność organizacyjną SLD (tak jak stawiał na nią wcześniej Napieralski), więc odrzucił niejasną koncepcję Kwaśniewskiego aliansów z Palikotem. Na lewicy nie ma w obecnej chwili miejsca dla kilku współliderów. Ktoś musi przegrać. Rozumiemy też, że Miller chce pogodzić wszystkie frakcje w  partii, i może mu się to paradoksalnie udać, bo w ostatnich latach był poza rozgrywką (choć parę uraz chyba jednak chowa, choćby do Wojciecha Olejniczaka). Ale wokół jakiego programu ma nastąpić to pogodzenie? Jakiej metody uprawiania polityki?

Miller chyba wierzy, że choć kraj przechyla się w lewo, to wyborcy szybko zmęczą się niepoważnym celebryckim Palikotem i zatęsknią za kimś bardziej stabilnym i przewidywalnym,. Może tak być, ale może też tak nie być. W uprawianiu polityki jako wielkiego widowiska Palikot jest od niego bardziej biegły. Z kolei w sprawach programowych Sojusz Lewicy słabo odróżnia się – i od Ruchu Palikota, i od obozu rządowego. Dobrym przykładem jest ostatnia debata o integracji europejskiej. Radykalni zwolennicy roztopienia się w federalizmie postawią na Winiarza z Biłgoraja. Ci co wolą pewne pozory, na zygzaki Radka Sikorskiego.

Miller nie zadowala nikogo. Jest chwilami, poza swoim dowcipem, nieomal nieodróżnialny od tła. Nie wiadomo, czy jest prospołeczny czy wolnorynkowy, nie wiadomo, do kogo adresuje swój przekaz, a jego fundamentalna antypisowskość też jest tylko bladym odbiciem tego, co pokazywali w ostatnich latach Palikot w wersji hard, a Tusk z Sikorskim w wersji soft.

Ta niewyrazistość to w gruncie rzeczy pozostałość lat świetności SLD. Wtedy to partia ta próbowała łączyć pomysł na reprezentowanie grup tęskniących za PRL z przesłaniem do całego społeczeństwa: My jesteśmy bardziej stabilni, przewidywalni i kompetentni niż solidaruchy. To pierwsze było trochę sprzeczne z drugim: stygmat postkomunistyczny nie pozwolił SLD stać się wszechogarniającą partią władzy, Platformie wychodzi to dużo lepiej. Dziś problem bicia się o peerelowskie prawdy obchodzi niewielu, a Tusk wypełnia dużo skuteczniej rolę, o której marzyli i bardziej gładki Kwaśniewski i bardziej zakapiorowaty Miller. Nawet z afer obóz PO potrafił się wykręcić dużo sprawniej. Porównajmy pogubienie się postkomunistów w obliczu historii Rywina ze sprawnością walca, z jaką platformersi spacyfikowali oskarżenia hazardowe.

Dlatego trudno dziś  wróżyć Leszkowi Millerowi powrót do pierwszej ligi. Możliwe, że on sam jeszcze się łudzi. Ale możliwe też, że nie ma nadmiernych marzeń i chce po prostu, jako 66-latek, spędzić ostatnie lata w polityce w wygodnej pozycji. Dlatego nietrudno zauważyć, że decyzjom o konfrontacji z Palikotem towarzyszy bardzo miękki, wręcz zalotny stosunek do obecnego rządu. To już nie jest dawny Miller, spec od opozycji totalnej, jaką niszczył gabinet Buzka. Możliwe nawet, że nastąpi wkrótce swoiste odwrócenie sojuszy. Jeszcze niedawno mówiło się, że Tusk pozwolił Palikotowi wykreować ruch osłabiający SLD. Dziś razem z Millerem może się zabrać za osłabianie Winiarza. Przecież ten mógłby kiedyś sięgnąć po władzę nad PO. Miller takiego zagrożenia nie stwarza.

Stawką dla nowego lidera SLD będzie gwarantujące mu wygodny finał zastąpienie ludowców w koalicji rządowej. Jest już nawet pierwsza okazja: z rządowych kuluarów płyną informacje, że spór o podniesienie wieku emerytalnego między PO i PSL jest realny, że tym razem Waldemar Pawlak zamierza się postawić. Tyle że wejście do rządu po to aby wydłużyć Polakom czas pracy mógłby się okazać dla partii wciąż mieniącej się lewicową wizerunkowo nieporęczny. Z kolei z otoczenia Tuska płyną sygnały, że nie chciałby zrywać koalicji tak szybko, a Millerem wciąż trochę się brzydzi. Wyglądałoby to wszystko mało poważnie.

Zapewne więc Leszek Miller zaczeka dłużej. Ale możliwe, że za kilka lat nawet on zostanie doproszony do wielkiej platformerskiej rodziny. Naturalnie na dyskretnej pozycji zewnętrznego wiecznego sojusznika.

 W oporze jego i niektórych jego kolegów przed Palikotem, da się wyczuć odrobinę chwalebnego lęku przed polityką sprowadzoną już do kompletnego spektaklu. Zarazem jednak uznając SLD-owskie żubry z początku lat 90. za ludzi utalentowanych (bardziej niż ich wychowanków) trudno nie spytać: po co oni uprawiali politykę? Poza  celem doraźnym, dla nich z pewnością ważnym: przeprowadzeniem dawnych sekretarzy przez Morze Czerwone do nowego lądu.

Piotr Zaremba

[Fot. PAP/Paweł Supernak]

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook