Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Słuchając "Hey Jude" czuję się jakbym oglądał "Rejs"

10.05.2014

Socjolog, dr Rafał Chwedoruk o kampanii wyborczej przed wyborami do PE.

Stefczyk.info: Nie ma pan wrażenia, że kampania wyborcza przed wyborami do europarlamentu, która przecież wchodzi w końcowa fazę wciąż jest jakby ospała? Czyżby żadnej partii nie zależało na tym, aby nieco podgrzać atmosferę? Czy do końca wszystko będzie toczyć się utartym torem?

Dr Rafał Chwedoruk: Mam takie wrażenie, że w ogóle polska polityka, szczególnie po wyborach w 2005 roku była oparta na bardzo dużej dozie emocji, często nieadekwatnej do jakości sporu. Po 2010 roku nałożyły się na to autentyczne emocje i pewnie dlatego mamy oczekiwania, że każda kolejna kampania wyborcza będzie ostra walką nie tylko na programy, ale też na symbole i emocje. To trochę trafia w społeczna próżnię. Jałowość wielu sporów w polskiej polityce spowodowała, że coraz mniejsza grupa wyborców poddaje się emocjom generowanym przez polityków i gdyby nie dramatyczna i skomplikowana sytuacja na Ukrainie, to tych emocji byłoby jeszcze mniej. W tej kampanii było kilka prób rozniecenia jakichś emocji, głównie przez mniejsze komitety wyborcze, ale były to próby nieudane. Opinia publiczna nie wzięła ich pod uwagę. To tylko potwierdza tezę, że wszystko rozstrzygną i tak te mityczne "żelazne elektoraty".

 

Prostym przekazem, bardzo prostym, ale skutecznym jest hasło: "bezpieczeństwo". Czy także wokół niego rozegra się końcówka kampanii?

No, już jakby się wszystko rozegrało. Bo nasza rozmowa jeszcze pół roku temu w zasadzie sprowadzałaby się tylko do dywagacji na temat skali przewagi PiS nad PO i przewagi PO nad resztą. Natomiast sytuacja na Ukrainie okazała się być zupełnie nieoczekiwanym reżyserem. Rzadko tak zdarza się w polityce,żeby pojawiało się aż tak znaczące wydarzenie. A u nas już w 2010 roku wybory odbyły się w niezwyczajnej sytuacji. Teraz znów mamy niespotykaną sytuację. Niespotykaną głównie z tego powodu, że sytuacja międzynarodowa stała się reżyserem kampanii w kraju. Polacy niezbyt interesują się sprawami zagranicznymi i dlatego słowo "bezpieczeństwo" stało się kluczem także w innym wymiarze.

 

Czy to znaczy, że PO chciała i tak skupić się na bezpieczeństwie, ale wewnętrznym, ale zagrożenie miało iść z innego miejsca?

PO chciała przede wszystkim i za wszelką cenę zapobiec dawnej dychotomii: Polska solidarna - Polska liberalna. Bo taki plebiscyt pogrążyłby partię Donalda Tuska, która jednak dostała prezent od losu w postaci sytuacji na Ukrainie. Bo mogła się pokazać Polakom w tej dziedzinie, w której jest po prostu od PiS mocniejsza. Bo trudno, żeby dawny liberał był wiarygodny w kwestiach polityki społecznej, natomiast partia należąca do największej frakcji Parlamentu Europejskiego, mająca niegdyś szefa PE, w sprawach polityki zagranicznej dysponuje większymi atutami. Zresztą czymś takim można łatwiej zlepić bardzo zróżnicowany elektorat.

 

Mówi pan "dar od losu", ale taki dar trzeba też wykorzystać. Tusk bardzo sprawnie wprowadził retorykę wroga stojącego u naszych granic. Dlaczego PiS wobec tego okazał się bezradny?

Jest w tym czynnik obiektywny i subiektywny. Z jednej strony, tak się stać musiało. Bo ten, kto w danym momencie rządzi ma możliwość, mówiąc symbolicznie "sfotografowania się" z czołowymi politykami z innych krajów. On też dysponuje władza wykonawczą na poziomie krajowym, a to umożliwia "sfotografowanie się" na tle polskich F-16. Wtedy następuje naturalna reakcja utożsamienia się z tym, który rządzi, bez względu na to, kto to jest.

 

No, ale jest także czynnik subiektywny…

Tak i chodzi tu o to, że Prawo i Sprawiedliwość źle zdiagnozowało sytuację. Po pierwsze nie zdało sobie sprawy z tego, że podjęcie licytacji w kwestii bezpieczeństwa z Platformą nie może zakończyć się sukcesem. PiS-owi wierzą ci, którzy zawsze mu wierzą, a ci, którzy są niezdecydowani bardziej są skłonni uwierzyć aktualnie rządzącym. Wreszcie także sam kontekst ukraiński został przez PiS źle rozegrany.

Pamiętajmy, że elektorat PO to jest przede wszystkim elektorat wielkomiejski, składający się z osób zamożniejszych. Elektorat bardziej czuły na symbole historyczne z lat 80-tych. Elektorat, który w stosunku do Ukrainy jest jednoznaczny. Natomiast patrząc przestrzennie na elektorat PiS, widzimy, że jest on silny na ścianie wschodniej, gdzie pamięć historyczna dotycząca kwestii ukraińskiej jest nie mniej bolesna niż pamięć dotycząca relacji polsko - rosyjskich. Sondaże na to wskazywały, że wyborcy PiS mieli wątpliwości, czy należy aż tak bardzo angażować się po stronie ukraińskiej, w której "piąty sektor", partia "Swaboda", ale także partie głównego nurtu dość krytycznie pochodzą do historycznych relacji polsko - ukraińskich. Wydaje się dzisiaj, z perspektywy czasu, że Prawu i Sprawiedliwości bardziej przydałaby się opcja pragmatyczna. Tzn. że w obliczu tej zadymy za nasza wschodnią granicą, podstawową potrzebą jest zapewnienie bezpieczeństwa swoich obywateli, a zatem zachowanie dystansów, niekoniecznie równych, ale do wszystkich stron konfliktu. Wtedy PiS powinien wskazywać, że to, co proponuje Platforma jest tylko tematem zastępczym, że skala zagrożenia dla Polski jest wyolbrzymiona.

 

Bo licytacji wygrać się nie dało?

PiS nie straciło wyborców, żadne badania nie wskazują, żeby nastąpił jakiś gwałtowny odpływ. Natomiast Platforma znów znalazła jakiś kanał mobilizowania tych obywateli, którzy są nieco dalsi od nich. Stąd myślę, że takim symbolicznym błędem Jarosława Kaczyńskiego było pojawienie się wówczas na Majdanie. Bo kiedy pojawił się tak np. Protasiewicz, to było to czytelne dla wyborców PO, kiedy pojawił się Kaczyński, ten przekaz dla wyborców PiS nie był jednoznaczny. Wyszło na to, że jeżeli PiS z kimś konkurował o głosy, to z PSL-em, który natychmiast zaczął dryfować wokół haseł pragmatycznych i zahamował wydawałoby się nieuchronne spadki w sondażach.

 

O tym, że PiS na poważnie konkuruje z PSL świadczy też chyba fakt zaangażowania w problematykę wiejską. Czy to może oznaczać, że w PiS uznano, że elektorat wiejski jest łatwiejszy do przejęcia, niż ci z miast, którzy są pod wpływem PO?

Już kiedyś Adam Hofman powiedział, że "nie idziemy do centrum, bo nikt tam na nas nie czeka". Prawo i Sprawiedliwość już w 2010 roku dokonało pewnego manewru. Po Smoleńsku PiS złagodziło swój wizerunek i dało to bardzo dużo głosów, ale to były takie głosy, które PiS miał już wcześniej, czyli uboższych i z mniejszych miejscowości, a nie z pożądanej miejskiej klasy średniej. Podział na wyborców Platformy i wyborów PiS pokazał, że te grupy na siebie nie zachodzą. W obecnych wyborach wszyscy konkurenci Platformy powinni raczej liczyć na demobilizację wyborców partii Tuska, niż samodzielne przyciągnięcie nowych zwolenników.

 

Platforma przyjęła tak skuteczną fasadę, że nawet nikogo nie zdziwiło, że premier wcześniej krytykował Orbana, a po spotkaniu z nim wydano oświadczenie, że zgodzili się całkowicie w kwestii Ukrainy. Dlaczego premier nie miał odwagi powiedzieć, że polityka Węgier wobec Rosji nam nie odpowiada?

To kwestia strategii PO, która postanowiła grac na różnych fortepianach, ustawionych nawet w różnych kątach sali i inaczej nastrojonych. No, jeśli w obrębie jednej formacji znajdują się pan Libicki i pan Rosati, to idzie to trochę wbrew temu, co jest w polskim społeczeństwie i pewnie większość obserwatorów polskiej polityki nie zdaje sobie sprawy z tego, że PO jest z Wiktorem Orbanem w tej samej międzynarodówce. To zresztą nie są pierwsze wypowiedzi, w których Donald Tusk broni węgierskiego premiera. To, że nikogo ta zgodność premierów nie zainteresowała, to według mnie pewien deficyt wiedzy i fałszywy obraz samych Węgier i Orbana, jaki został wykreowany. Orban wcale nie jest taki radykalny, a sytuacja węgierska nie przekłada się wprost na polskie podziały socjopolityczne. Na Węgrzech niema chyba istotnej partii, która byłaby odpowiednikiem naszej Platformy. Scena polityczna na Węgrzech bardziej przypomina druga połowę lat 90-tych w Polsce aniżeli to, co mamy teraz.

 

Spotkałem się z opiniami lekceważącymi wobec tych wyborów, że to tylko przygrywka do "poważnych", krajowych wyborów, które dopiero przed nami. Dlaczego tak może być?

To zależy od partii. Ani dla Platformy, ani dla PiS te wybory nie są strategiczne, przynajmniej nie tak bardzo jak dla mniejszych komitetów wyborczych. Dla największych partii to w istocie etap na drodze do wyborów w 2015 roku. Dla PiS to jest dodatkowa kwestia, czy uda się być przed PO, choćby niewiele. Jeśli to się uda, to może być to motorem napędowym dla tej partii, złamanie pewnego psychologicznego tabu. Nikt już nie będzie mógł powiedzieć, że PiS przegrało ileś wyborów z rzędu. W przypadku PO, to jest walka o umocnienie władzy Tuska. Jeśli Platforma nawet przegra ale niewiele, to zwiększy jeszcze atut zdolności koalicyjnej i umocni władzę Tuska, którą wywalczył sobie w partii w ubiegłym roku. Gdyby wynik PO był znacznie niższy od oczekiwanego, to może to rozpocząć po raz kolejny proces podejmowania próby osłabienia pozycji premiera w partii. Ale nie obalenia, bo na to jest już zbyt silny. Ale to mogłoby być impulsem np. dla ośrodka prezydenckiego, aby zawalczyć o podmiotowość względem Donalda Tuska. Bo między tymi obozami wciąż jakiś konflikt się tli.

 

A dlaczego te wybory miałby być niepoważnie traktowane przez wyborców? Mówi się, że frekwencja będzie niska…

Dla wyborców nakładają się tutaj dwie rzeczy. Po pierwsze generalna nieufność do polityków, stąd kiepska frekwencja, ale jest także czynnik obiektywny. Mówię o słabości legitymizacji Parlamentu Europejskiego i nie dotyczy ona tylko Polski. Czyli, wielu obywateli, nawet chętnych do udziału w wyborach po prostu może nie rozumieć czym się różni Parlament Europejski od normalnego. Niezbyt rozumie, co będzie wynikało dla jego kraju i jego własnego życia z tego, że uczestniczy w tych wyborach. W wyborach prezydenckich czy sejmowych obywatel mniej więcej wie, co jest stawką. A tutaj nie. W Polsce nie ma praktycznie dyskusji o przyszłości Unii, kształcie instytucji demokracji.

 

Spot "Hey Jude", który kosztował 7 milionów złotych chyba nie przyczynia się do podniesienia stanu wiedzy nt. struktur europejskich? Bardziej pachnie Gierkiem.

Mówiąc szczerze, oglądając ten teledysk czułem się, jakbym oglądał niezapomnianą dla mojego pokolenia komedię "Rejs". Jest tam dialog o tym, że śpiewana tam piosenka wcale nie jest smutna, tylko radosna. Mam wrażenie, że ten teledysk jest próbą podobnej argumentacji. Gdyby było świetnie, to nikogo do tego nie trzeba by było przekonywać. Mam też wrażenie, że ten teledysk nie był szykowany na te kampanię. Pewna jego sztuczność i pompatyczność rzuca się w oczy. On jest raczej szykowany pod rok 2015, szczególnie pod drugą turę wyborów prezydenckich. Te wybory rządzący chcieliby przeistoczyć w taki plebiscyt - ktoś, kto głosuje za PO identyfikuje się za udana transformacją, a ktoś głosujący za kimkolwiek innym, jest za poczuciem klęski. Dziś przecież nikt nie chce być przegranym. Już teraz rozpoczyna się formatowanie dyskursu w tym kierunku. Stąd pewna przesada i uproszczenie w tym teledysku. To ma działać na świadomość społeczną w dłuższej perspektywie, tym bardziej, że spadek notowań Platformy pokazał, że jest jakiś kryzys zaufania do partii rządzącej. Ten spot ma uczynić PO jedynym dziedzicem ostatnich 25 lat. A jeśli ktoś jest przeciw to zapewne chce powrotu do Polski sprzed roku 1989.

Rozmawiał Marcin Wikło

fot. YouTube

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook