Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Niemcy w geopolityce Polski: dziś i jutro

13.01.2014

Tak jak nowoczesne samoloty bojowe mają zmienną geometrię skrzydeł (aby łatwiej przekroczyć barierę dźwięku), tak geopolityka również jest czymś, co podlega przekształceniom. Można też powiedzieć, że geopolityka, jak kobieta, zmienną jest….

Geopolityka to coś więcej niż strategia kolejnego ministra spraw zagranicznych, nie mówiąc już o bieżących taktycznych gierkach, które wszak muszą zawsze służyć pewnej koncepcji. To tylko w III RP jest to niekonsekwentna szamotanina – w innych krajach do problematyki międzynarodowej podchodzi się mniej nonszalancko niż w Polsce. Ponadto poza Rzeczpospolitą w mniejszym stopniu jest ona zakładnikiem personalnych ambicji szefa MSZ, jak to dzieje się w przypadku ministra spraw zagranicznych w rządzie PO-PSL.

Co jest, co może być zmienne w polskiej geopolityce, a co należy uznać za niezmienny dogmat? Mówię oczywiście w perspektywie ostatnich lat i najbliższych dziesięcioleci. Nie  zajmując się szczegółami, wskazałbym, że funkcją zmienną w polityce zagranicznej Rzeczypospolitej mogą być relacje z Berlinem, a rzeczą nie podlegającą fluktuacjom w wyobrażalnym okresie czasowym jest amerykańska obecność na Starym Kontynencie, a zwłaszcza w naszym regionie Europy oraz relacje Polski z USA.

Nasze stosunki z Niemcami budowane są obecnie na zasadniczej asymetrii. Starszy, teutoński „Wielki Brat” konsekwentnie usiłuje zwasalizować swojego największego wschodniego sąsiada. Przy czym chodzi tu zarówno o politykę zagraniczną, jak i kwestie gospodarcze. Niemcy po prostu dbają o własne interesy i często sprzeczne są one z naszymi, polskimi. Nie uważam zresztą, żeby wynikało to z jakichś antypolskich resentymentów: Berlin w XXI wieku rozpycha się łokciami i odczuwamy to nie tylko my nad Wisłą, Bugiem i Wartą, ale też czuć to praktycznie w całej Europie, łącznie ze znacznie bardziej odległą Europą Południową. Jednak nie zwalajmy całej „winy” za ten stan rzeczy na RFN. Obecny rząd w przewidywalny sposób w ramach „siedmiu lat chudych” w relacjach Warszawa–Berlin (chudych z naszego punktu widzenia) poprzez permanentne ustępowanie stronie niemieckiej wręcz zachęca naszych sąsiadów do takiej dominacji. Niemcy robią swoje, naszym kosztem, ale my – czyli strona polska, a konkretnie rząd PO-PSL – im to umożliwiamy.

Na razie nie widać światła w tunelu relacji bilateralnych między III RP a – jak nazywają to niektórzy złośliwie – IV Rzeszą. Z jednej strony bowiem ekonomiczna dysproporcja między Berlinem a Europą Środkowo-Wschodnią powiększa się (prasa niemiecka pisze, że Europa Zachodnia wychodzi z kryzysu, a Europa Wschodnia wchodzi w recesję), a z drugiej nie ma w Warszawie rządu, który zadbałby o partnerskie relacje z rządem nad Szprewą.

A jednak Republika Federalna może być zmienną w polskim równaniu geopolitycznym. Niemiecka hegemonia w Europie może z czasem słabnąć, a na pewno budzić będzie coraz większy sprzeciw nie tylko państw małych czy średnich, ale też tych z tzw. „grubej czwórki”, jak Wielka Brytania, Francja czy Włochy. Nieco słabsze Niemcy, mniej zadzierający nosa Berlin będzie bardziej skłonny do traktowania innych, przynajmniej dużych państw, jak podmioty, a nie jak przedmioty.

Ten medal ma wszak też drugą, polską stronę. Jest bardzo prawdopodobne, że najpóźniej jesienią 2015 dojdzie w Polsce do zasadniczej zmiany politycznej. Automatycznie będzie to oznaczało przestawienie zwrotnic w stosunkach z RFN. Bynajmniej nie na tory „antyniemieckie”, ale na płaszczyznę realnej dyskusji, mówienie wprost o kwestiach spornych, niechowania pod dywan sytuacji konfliktogennych. Polska zrezygnuje z udawania, że nie ma własnych interesów i z definicji z entuzjazmem przyjmuje zawsze to, co urodzi się  w Kanzleramt.

Powtarzam: tylko zmiana rządu w Warszawie może zapewnić rzeczywiście partnerskie relacje z RFN, co spowodować może, pozornie paradoksalnie, próbę skutecznego znajdowania rzeczywistych pól wspólnego interesu.

Czynienie z Polski przez obecnie rządzących w naszym kraju swoistego wasala Republiki Federalnej w praktyce uniemożliwia podejmowanie wspólnych międzynarodowych inicjatyw politycznych. Nawet Partnerstwo Wschodnie – inna sprawa, że na razie mało udane – Sikorski musiał robić ze swoim szwedzkim odpowiednikiem Carlem Bildtem, a nie niemieckim ministrem spraw zagranicznych. Choć przecież Sztokholm ma co prawda spore interesy w krajach bałtyckich, ale znacznie mniejsze w innych danych republikach związkowych ZSRS: tutaj partneremWarszawy powinien być, przynajmniej teoretycznie, właśnie Berlin. Ale nie jest. 

III Rzeczpospolita udaje przed sąsiadami na Zachodzie i Wschodzie, że nie ma własnych interesów. Postawa taka budzi nieufność, bo każdy inny normalny kraj takowe interesy posiada. Tandem Tusk–Sikorski czyni to również wobec Berlina. A może obecny rząd uważa, że mamy swoje interesy, ale wobec Niemiec ulegają one anihilacji?

Stawiam tezę: w długofalowym interesie Republiki Federalnej jest sytuacja, w której Polska jest nie powolnym wykonawcą poleceń, ale realnym, choć słabszym politycznie i ekonomicznie partnerem i w Unii Europejskiej i w polityce wschodniej UE. Im szybciej to Niemcy zrozumieją – tym lepiej.

Ale też im szybciej my sobie to uświadomimy – choć na premiera Tuska bym nie liczył – też tym lepiej.

Ryszard Czarnecki

*Artykuł ukazał się także w skróconej edycji w "Gazecie Polskiej" (08.01.2014) 

Słowa kluczowe:

Niemcy

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook