Jedynie prawda jest ciekawa

Nie wolno nam było patrzeć na wkładanie ciał do trumien

06.10.2012

Po kłamstwach, które towarzyszą skandalicznym wynikom ekshumacji ofiar smoleńskich, rodziny przerywają milczenie. Fakt zamiany ciał Anny Walentynowicz i Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej stał się wstrząsającym przełomem dla tych, którzy dotąd wypowiadali się niechętnie. Coraz więcej osób mówi publicznie o swoich doświadczeniach w Moskwie podczas identyfikacji ciał bliskich.

W Sejmie trwa posiedzenie zespołu parlamentarnego ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Bierze w nim udział 30 kolejnych, dotychczas niezaangażowanych w bliską współpracę z Antonim Macierewiczem rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej. Na posiedzeniu zespołu jest także reporter portalu Stefczyk.info.

Jerzy Wojtczak, siostrzeniec Teresy Przyjałkowskiej-Walewskiej, opowiadał dziś w sejmie o przebiegu tamtych dni:

- Było nas troje. Poproszono nas do auli. Każdej z rodzin został przydzielony psycholog i tłumacz - mówił, przypominając jak wyglądało pierwsze przesłuchanie.

– Pytano o ubrania, znaki szczególne, biżuterię. 2 – 2,5 godziny, Potem zeszliśmy na dół, gdzie były stanowiska z rzeczami do okazania. Za jakiś czas zostaliśmy poproszeni do sali identyfikacyjnej, gdzie pokazano nam ciało. Siostrze zrobiło się słabo. Zajął się nią psycholog. Rozpoznaliśmy panią Walentynowicz. Skierowano nas potem do dalszych poszukiwań. Wyszedłem na papierosa. Spotkałem pana Walentynowicza i powiedziałem mu, ze właśnie i widziałem jego mamę - wspominał.

- Dwa następne okazania były nietrafne. Późnym wieczorem, po kolejnej selekcji po przeglądaniu zdjęć, wytypowaliśmy ciało jako ciało nr 95. Zostało nam pokazane, ale nie od razu. Weszliśmy razem z wujkiem. Siostra nie. Zidentyfikowaliśmy ciało naszej cioci. Miała bardzo zdeformowane stopy. Haluksy, ale bardzo  silne. My o tym wiedzieliśmy. Ciocia chodziła w butach ortopedycznych. Bo to schorzenie bardzo jej utrudniało życie. Gdy opowiadaliśmy o cioci – to powtarzaliśmy o tym za każdym razem - mówił Jerzy Wojtczak.

- Po rozpoznaniu poprosiłem księdza, żeby odprawił krótką modlitwę. Wtedy już razem z siostrą - dwóch księży, psycholog i my. Po zakończeniu modlitwy zrozumieliśmy, że nie mamy ubrania dla cioci. Zapewniono nas, że ubrania są. Wybraliśmy garsonkę. Czarna garsonka z czerwonymi akcentami. Chcieliśmy ją włożyć do trumny. Wtedy mi powiedziano, że my we wkładaniu do trumny ubrań uczestniczyć nie możemy. Następnie wyszedł starszy ksiądz i zapewnił, że nasza ciocia jest godnie przygotowana do pochówku - wspominał.

Opowieść uzupełnił Antoni Wolański, brat cioteczny.

- Poproszono mnie do pobrania krwi, ale ostatecznie do tego nie doszło. Powiedziano, że pokrewieństwo jest zbyt odległe. ABW pobrało materiał z mieszkania cioci, jeszcze w Warszawie - mówił.

- Potem została zwrócona nam obrączka. Konsternacja. Zobaczyłem datę 64 rok. Zaczęliśmy się zastanawiać skąd ta obrączka. Temu przysłuchiwał się pan Walentynowicz. Zapytał, czy są litery. Doczytaliśmy się inicjałów AH. Powiedział, że to obrączka jego mamy. Była pani psycholog. Sporządzono dokumenty przekazania – 5 albo 6 stron - opowiadał.

- W hotelu dowiedzieliśmy się że będzie spotkanie z panią Kopacz. To była chyba 2 w nocy. Wtedy przyszła nam do głowy myśl o badaniach. Poprosiliśmy panią minister żeby jeszcze zostały wykonane badania DNA. Wróciliśmy do pokoi. Ok. 8 rano wuj Antoni Wolański zadzwonił, że dostał telefon, iż badania się potwierdziły - wspomina.

Antoni Wolański podkreślał też, że prokuratura kontaktowała się tylko z wujem Antonim. Z nimi się nie kontaktowała.

- To czwarte ciało które nam pokazano – nie miało twarzy. Twarz była zasłonięta - opowiadał, mówiąc że wzbudziło to potem zainteresowanie pani prokurator.

- 18 lipca w tym roku poproszono mnie o kolejne wyjaśnienia. Zadzwoniono do nas po półtora roku. Gdy likwidowaliśmy mieszkanie – znaleźliśmy zdjęcia rentgenowskie. Myśleliśmy, że nie będą potrzebne - mówił.

- Prokuratura zgłosiła  się dwa miesiące później. Zastanawialiśmy się o co chodzi. Może źle rozpoznaliśmy Teresę? Ale ostatnią rzeczą której mogliśmy się spodziewać, to że źle rozpoznano panią Walentynowicz. Byliśmy pewni.

ansa, mall
[fot. PAP/R.Pietruszka]
CS150MINIfot

Czas Stefczyka 150/2017

PDF (4,60 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook