Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Najlepiej czuję się w domu

25.12.2011

Agnieszka Radwańska, numer osiem światowego tenisa, opowiada o trudnych decyzjach, słabościach i przyjaźniach na korcie. - Mimo że jestem długo za granicą i mieszkam najlepszych hotelach, to zawsze chcę wracać do Krakowa, do siebie. Wiadomo, że ciekawy jest na przykład Nowy Jork, Miami, ale najlepiej mi jest na własnych śmieciach. Niczego na świecie nie zamieniłabym za krakowski Rynek – z Agnieszką Radwańską, najlepszą polską tenisistką, rozmawia Robert Swaczyński.

Kilka tygodni temu, po wyczerpującym sezonie, wróciłaś z wakacji. Gdzie byłaś?

Byłyśmy z Ulą (siostra Agnieszki – przyp. red.) na Jamajce. To był naprawdę udany wyjazd. Uwielbiam wyspy. Wakacje kojarzą mi się ze słońcem, plażą, wypoczynkiem. Było rzeczywiście super.

Jak się czujesz jako ikona polskiego tenisa po wszystkich swoich sukcesach na korcie?

Robię po prostu to, co lubię. Cieszę się, że mi to wychodzi i jestem dobra w tym, co robię.

Liczysz na to, że w przyszłym sezonie wskoczysz do pierwszej trójki WTA?

Nie próbuję gdybać. Wiadomo, że każdy chciałby być numerem jeden. To jest tak naprawdę pytanie retoryczne. Dla mnie taki cel jest oczywisty.

Obserwując Cię na korcie, jesteś opanowana. Co sprawia, że nie pękasz psychicznie?

Szczerze mówiąc, każdy ma jakieś swoje przeżycia. Wiadomo, że sport to są olbrzymie nerwy. Są chwile gorsze i lepsze, ale ja staram się być spokojna. Jakoś do tej pory nie miałam z tym żadnego problemu.

Kibice chyba bardziej przeżywają Twoją grę w telewizji, niż Ty na korcie.

Ja też oglądam mecze, przede wszystkim siostry, więc wiem, że na pewno łatwiej się gra niż ogląda.

 

A co Cię motywuje do gry, do kolejnych, lepszych wyników?

Odkąd pamiętam, gram w tenisa. Tenis to całe moje życie. Każdy kolejny wygrany mecz na pewno cieszy. Jak wychodzę na kort, to tylko po to, żeby wygrać. Trenuję już siedemnaście lat i pracowałam nad tym przez całe moje życie. Kocham tenis, moją motywacją jest po prostu wygrana. 

 

Co jest najtrudniejsze w życiu zawodowego sportowca?

Wszystko tak naprawdę jest trudne w życiu tenisisty. Sezon trwa przecież dziesięć miesięcy, przez ten czas nie ma mnie w Polsce. Przede wszystkim chodzi o tryb życia, to jest kilka godzin dziennie trudnego i wyczerpującego treningu. W rzeczywistości nie istnieje dla mnie wtedy życie codzienne. Nigdy go nie było i nie będzie. To jest coś za coś. Kompletnie inne życie, inna bajka.

 

Czyli ciągłe podróże, treningi, a wolny czas jest jedynie na jedzenie i spanie?

Dokładnie tak. I jeszcze na przepakowanie walizki (śmiech).

 

Czy masz chwile, gdy chciałabyś rzucić grę w tenisa?

Szczerze mówiąc, wiadomo, że na początku była to jakaś zabawa i pasja, a potem przerodziło się to w pracę. Ja po prostu tak zarabiam i to jest moja praca. Nie wiem, co miałabym robić, jakbym rzuciła tenis. Robię to, co potrafię robić najlepiej w życiu. Nauczył mnie tego ojciec. Nie miałabym żadnego pomysłu na swoją aktywność. Są jednak takie momenty, kiedy mam już dość wszystkiego, a mój organizm jest przemęczony i nie mam siły na nic. Ale to szybko przechodzi. To jest wyczynowy sport, nie jest sportem zimowym, który trwa tylko dwa, trzy miesiące. W tenisie to jest prawie cały rok, niekiedy jedenaście miesięcy harówki. Człowiek nie jest maszyną i nie budzi się świeży oraz pełen energii każdego dnia. Zdarzają się kontuzje i krótkie przerwy. Wiadomo, że niekiedy staje się, jak w maratonie, przed ścianą i czuje się, że dalej nie da rady. Wtedy trzeba odpuścić i po pewnym czasie znowu wrócić do rzeczywistości. Ja z siostrą od dzieciństwa byłyśmy wychowywane na korcie, więc wszystko, co jest związane z tenisem, jest dla nas normalne i nie dziwi.

 

Czy czujesz, że sport może odebrał Ci dzieciństwo i młodość?

Chyba nie odbiera młodości, ale tak, jak wspominałam wcześniej, to po prostu jest coś za coś. Na przykład jak chodziłam jeszcze do podstawówki, mając naście lat, to po szkole musiałam łapać szybko plecak i biec na trening. Miałam pół godziny na zjedzenie obiadu, przebranie się, wypakowanie i na dojazd na kort. A moja klasa w tym czasie szła na boisko się bawić. To była taka różnica między mną a rówieśnikami. Mało było dla mnie tej zabawy i na pewno takiego prawdziwego dzieciństwa. Gram w tenisa od piątego roku życia i nawet nie pamiętam, kiedy zaczęłam. Nie da się ukryć, że coś w życiu uciekało. To jest pewne ryzyko, ale uważam, że się opłacało.

 

Czy masz w takim razie jeszcze czas i chęć na naukę w tak napiętym terminarzu?

Na palcach jednej ręki można policzyć tenisistki, które skończyły w ogóle szkołę, zdały maturę. Taka jest przykra prawda, że większość dziewczyn nie kończy szkoły. A my z siostrą jeszcze studiujemy, jesteśmy na drugim roku studiów na AWF-ie, na turystyce i rekreacji. Inne tenisistki, jak się dowiadują, że studiuję, to robią oczy jak dwa euro. Pytają z niedowierzaniem – „co robisz"? To nie są studia internetowe lub inne bzdury. Normalnie chodzę na uczelnię, spotykam się z wykładowcami, biorę materiały i się uczę. Mogę podziękować, że niekiedy profesorowie idą mi na rękę i mogę zdawać egzaminy, kiedy mi to pasuje i jestem przygotowana. Nie uczymy się w grupie, jedynie indywidualnym tokiem. Zdarza się, że mam w tygodniu kilka egzaminów, a innym razem nie ma mnie przez parę miesięcy. Ale wszystko da się pogodzić. Nie mam żadnej presji, nauka jest tylko dla mnie. Tenis zawsze w moim życiu będzie na pierwszym miejscu, gra jest dla mnie priorytetem. Ale nauka jest po to, żeby nie tylko wiedzieć, jak się gra forhend i bekhend. To jest dla mnie na pewno fajna odskocznia od ciężkiej pracy na korcie.

 

Jak widzisz swoją przyszłość po tenisowej karierze? Założenie rodziny, czy prowadzenie własnego biznesu?

Te rzeczy da się połączyć. Ale mam nadzieję, że bez kontuzji, w zdrowiu pogram w tenisa jeszcze przez kilka lat. A potem zobaczymy. Mam dwadzieścia dwa lata i jestem bliżej początku niż końca.

 

Jeżeli tylko pojawiają się wolne chwile, to jak je spędzasz?

Tak, jak każdy inny człowiek. Chodzę ze znajomymi na kolację, na kręgle albo do kina. Ale na pewno robię to rzadziej niż inni.

 

Czy masz jakieś swoje małe przyjemności?

Uwielbiam czekoladę (śmiech). Jak mam mleczną czekoladę, to już inne problemy przestają istnieć. Jeżeli tylko jest okazja, to lubię jeździć na rolkach. W zasadzie od dzieciństwa jeżdżę.

 

Jak radzisz sobie z popularnością, czy jest dla Ciebie męcząca?

Różnie bywa, ale raczej nie miałam złych wspomnień z tym związanych. Niekiedy chciałabym mieć więcej spokoju, żeby nikt mnie nie zauważał, ale popularność wpisana jest w moją karierę. Cieszę się, że ludzie interesują się tym, co ja dobrze robię.

 

Jakie są miejsca, poza kortem, w których lubisz przebywać lub do których wracasz?

Najlepiej czuję się w domu. Mimo że jestem długo za granicą i mieszkam w najlepszych hotelach, zawsze chcę wracać do Krakowa, do siebie. Wiadomo, że ciekawy jest na przykład Nowy Jork, Miami, ale najlepiej mi jest na własnych śmieciach. Niczego na świecie nie zamieniłabym za krakowski Rynek. Usiąść przy kawiarnianym stoliku i po prostu pobyć.

 

A jak wygląda Twój turniejowy dzień?

Wszystko zależy od tego, jaki jest plan dnia. Jak gram dwa mecze, to wstaję rano, jem śniadanie, robię rozgrzewkę – pół godziny singla. W zależności od tego, ile mam czasu do debla, czasami się przebieram, myję, jem obiad, niekiedy uczestniczę w konferencji, potem jest mecz deblowy, następnie fizjoterapia, masaż, kolejna konferencja, w następnej kolejności rozciąganie, jedzenie kolacji i do spania. Czasami jest tak, że siedzę dwanaście godzin na korcie. Od rana do wieczora. Nie ma czasu kompletnie na nic. Niekiedy jest dzień wolniejszy lub jeden mecz, to siedzę i nic nie robię. No bo co można robić przed meczem?

 

Czy prowadząc taki tryb życia, nie czujesz się samotna?

W zasadzie cały czas muszę sobie radzić sama, w jakimś stopniu na pewno jestem sama na korcie i poza nim. Są jednak wokół mnie osoby, z którymi współpracuję, ale to jest zawodowy sport. Ja sobie tego inaczej nie wyobrażam. Albo rybki, albo akwarium.

 

A jak sobie radzisz na przykład z chandrą?

Żyję tenisem i w zależności od tego, jak potoczy się mecz, i jak mi się gra, takie są emocje. Cieszę się zawsze, jak wygram spotkanie. Zależy to również od rangi meczu i chwili, na to nie ma reguły. Jak się przegra jakieś ważne spotkanie, to cały dzień można być zestresowanym i lepiej do mnie nie podchodzić. Każdy przeżywa porażki po swojemu.

 

Czy zdarza się, że robicie sobie z tenisistkami jakieś kawały i żarty?

Na pewno tenis w telewizji wygląda na sport bardzo poważny. A fani widzą, że my podajemy sobie rękę i schodzimy z kortu. Ale prywatnie wszystkie się przyjaźnimy. Atmosfera jest bardzo fajna. Przecież dziewczyny widzę częściej niż własną rodzinę. To są prawdziwe przyjaźnie, wygłupy, można pogadać o wszystkim. Są takie zawodniczki, które na turniejach spędziły ze sobą nawet pół swojego życia.

 

Nie wstydzisz się swojej wiary. Co ona Ci daje w codziennym życiu i na korcie?

Jestem katoliczką, wierzę w Boga i noszę krzyżyk, ale raczej nie mieszam religii ani polityki ze sportem. Dla mnie to są rzeczy, których się nie łączy.

 

A jakimi wartościami kierujesz się w życiu?

W życiu tak naprawdę zajmuję się sportem. Liczy się przede wszystkim uczciwość, gra fair play. Brzydzę się na pewno zawiścią i zazdrością, z którą niekiedy się spotykamy. Ważna jest dla mnie również szczerość.

 

Jaki obrałaś sobie cel na nadchodzący sezon?

Sport jest nieprzewidywalny, nie da się czegoś ustalić przed sezonem, ale na pewno można do tego dążyć.

 

Wywiad opublikowany na niezależna.pl

[fot. wikipedia]

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook