Jedynie prawda jest ciekawa

Nykiel: Piękno Polek Walczących

28.02.2014

Niech narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych będzie okazją do złożenia hołdu walecznym, pięknym, odważnym i mężnym Polkom, bez których Naród Polski nie miałby szansy na przetrwanie.

Szantażowali i bili, nie wydała. Namawiali, by prosiła o łaskę Bieruta, nie uległa. Ubeccy kaci rozstrzelali ją sierpniowego poranka 1946 roku na sześć dni przed jej 18. urodzinami. Śmierć przyjęła z żołnierską godnością, której nie straciła nawet w chwili konania. Czy ma szansę stać się bohaterką i wzorem polskich nastolatek?

Jaka była „Inka”? Niezwykła. Można śmiało powiedzieć, że Danka Śledzikówna przegoniła postulaty równouprawnienia na długo przed tym, jak smutne feministki zaczęły zniekształcać jego ideę. „Była bardzo lubiana za swoją skromność, a jednocześnie hart i pogodę ducha. Znosiła trudy z równą chłopcom, a niekiedy bardziej zadziwiającą wytrzymałością, szczególnie psychiczną” - wspominał ją sierż. Olgierd Christa „Leszek”, jeden z jej wojskowych przełożonych. Przez całą wojnę służyła w Armii Krajowej. W wieku piętnastu lat została zaprzysiężona jako łączniczka. Po wojnie, w styczniu 1946 r., gdy Brygada Wileńska AK wznowiła działalność, podjęła służbę w szwadronie ppor. Zdzisława Badochy „Żelaznego”, w którym wykonywała zadania łączniczki i kurierki, wyjeżdżając na odległe czasem punkty kontaktowe. Dowódcy jej ufali, koledzy bardzo cenili.

W walkach szwadronu z grupami operacyjnymi UB, MO i KBW uczestniczyła jako sanitariuszka. Podczas akcji bojowych nie ograniczała się do udzielania pomocy sanitarnej rannym partyzantom, ale potrafiła się zaopiekować również rannymi milicjantami, co potwierdzone zostało przez licznych świadków.

„To była bardzo skromna dziewczyna. Była bardzo obowiązkowa. Nie pamiętam, by się kiedykolwiek skarżyła, choć nie brakowało długich, forsownych marszów.  W lipcu wysłałem ją  do Gdańska po medykamenty dla oddziału. Kiedy stanęła przede mną, żeby zameldować gotowość wyjazdu, spojrzałem zdziwiony, jakbym ujrzał kogoś nieznanego. Była zawsze ubrana w wojskowy uniform i w wojskowe buty. Teraz stała przede mną smukła, uśmiechnięta, ładna dziewczyna, w pożyczonej gdzieś na wsi letniej sukience” - wspominał ją Olgierd Christa. Nie przypuszczał, że ta misja zakończy się tak tragicznie.

Jedna z łączniczek, Regina Żylińska-Mordas ps. „Regina”, podjęła już współpracę z UB i zdradziła informację o punktac kontaktowych 5 Brygady Wileńskiej. Gdy „Inka” nocą 19/20 lipca 1946 r. zjawiła się we Wrzeszczu, wpadła w sieć UB. Nazajutrz o świcie do mieszkania wpadli ubecy i wszystkich aresztowali.

Ubecja nie miała litości. „Inka” przeszła dramatycznie bolesne i brutalne śledztwo w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa w Gdańsku. Jedna ze strażniczek twierdziła, że Danusia Śledzikówna była bita i poniżana podczas śledztwa. "Bandyci od Łupaszki" byli traktowani przez władzę ludowa ze szczególnym okrucieństwem. 31 lipca 1946 r., w dniu najdłuższego przesłuchania „Inki”, prokurator podpisał skierowanie jej sprawy do Wojskowego Sądu Rejonowego w Gdańsku. Najważniejszymi zarzutami postawionymi „Ince” były: udział w akcji w Starej Kiszewie oraz walkach koło Podjazdów i w Tulicach. W tym ostatnim przypadku zarzucano jej wydanie rozkazu rozstrzelania dwóch wziętych do niewoli funkcjonariuszy UB. Nie trzeba wspominać, że zarzuty były absurdalne? Ale nie o prawdę tutaj przecież chodziło.... Sąd skazał ją na karę śmierci. Nie miała nawet 18 lat...

Sala egzekucyjna gdańskiego sądu pełna ludzi. Prokurator wojskowy Wiktor Suchocki, lekarz, zgraja młodych ubowców i przerażony ks. Marian Prusak, który dwie godziny wcześniej wyspowiadał Inkę i Zagończyka.

"Sala była niewielka, jak dwa pokoje. Miałem krzyż, dałem go do pocałowania. Chciano im zawiązać oczy, nie pozwolili. (...) Ustawiono nieszczęśników pod słupkami. Ci, którzy tam stali, nie uszanowali powagi śmierci. Obrzucili skazańców obelżywymi słowami, a prokurator odczytał uzasadnienie wyroku i poinformował, że nie było ułaskawienia. Jego ostatnie słowa brzmiały: "Po zdrajcach narodu polskiego, ognia!". W tym momencie skazani krzyknęli, jakby się wcześniej umówili: "Niech żyje Polska!". Potem salwa i osunęli się na ziemię. Strzelało dwóch lub trzech żołnierzy, chyba z pepesz, z bliskiej odległości - 3-4 metrów. Inka i Zagończyk osunęli się. Nie mogłem na to patrzeć, ale pamiętam, że obydwoje jeszcze żyli. Wtedy podszedł oficer i dobił ich strzałami w głowę"... Ledwie przytomna w ostatniej chwili krzyknęła jeszcze: "Niech żyje major Łupaszko".

Bohaterowie nie umierają! Nie potrzebują marnej ideologii, by przetrwać w pamięci potomnych, choćby próbowano zatrzeć po nich wszelki ślad. Niech narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych będzie okazją do złożenia hołdu walecznym, pięknym, odważnym i mężnym Polkom, bez których Naród Polski nie miałby szansy na przetrwanie.

Pełniejszej i prawdziwszej koncepcji kobiety nad tę, którą niesie chrześcijaństwo, zwłaszcza katolicyzm wpisany w tradycję narodową, nie znajdziemy. Ideologia gender, oparta na marksizmie, mającym na sumieniu śmierć i nieszczęście setek tysięcy kobiet, nie ma prawa przynieść kobietom nieczego dobrego. Wystarczy trzeźwo spojrzeć wstecz. Nie dajmy się nabrać na słabą argumentację walki ze stereotypem. W katolickiej Polsce nigdy nie brakowało bohaterskich kobiet walczących z bronią w ręku, opatrujących rannych, szpiegujących wroga, zaopatrujących wojska, organizujących fundusze na funkcjonowanie struktur podziemnych, pełniących rolę łączniczek czy podtrzymujących na duchu mężów, ojców, synów, braci. To one krzewiły narodowego ducha, one przekazywały historyczną prawdę swoim dzieciom i zajmowały się wychowaniem kolejnych pokoleń Polaków. Dawno przekroczyły wszelkie stereotypy, które ociężałe umysły genderowców próbują dopiero wyłuszczać.


Marzena Nykiel
Fot. Danka Siedzikówna „Inka” w szwadronie 5. Wileńskiej Brygady AK. Lato 1945

 

Słowa kluczowe:

Inka

,

Łupaszka

,

Polska

,

kobiety

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook