Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Markiewicz: TVP jest własnością widzów, nie prezesa

14.01.2014

Czy w wykazie nowych zasad opracowanych dla programu "Bliżej" Jana Pospieszalskiego znajdzie się zakaz zapraszania ludożerców, zwolenników kataklizmu atomowego, ludzi którzy są zwolennikami eksterminacji wszystkich blondynów o niebieskich oczach? O granicach ingerencji władz TVP w kształt programu - rozmawiamy z Markiem Markiewiczem, b. szefem KRRiT.

Stefczyk.info: Gdzie leżą granice ingerencji władz TVP w kształt programu autorskiego? Czy prezes może decydować o doborze gości zapraszanych na antenę? Pytam w kontekście ostatniego sporu o program Jana Pospieszalskiego.

Marek Markiewicz, b. przewodniczący KRRT: Pytanie jest bardzo trudne, bo gdyby siegnać do przepisów, to możnaby powiedzieć, że redaktor naczelny odpowiada za całokształt pracy redakcji. Tylko problem jest taki, że ja nie wiem, kto jest dziś redaktorem naczelnym w telewizji.

Na pewno nie jest to szef anteny. Kiedyś powoływaliśmy szefa spółki i to była jedna nominacja, a druga to była nominacja redaktora naczelnego. I to jest trochę niedostrzegany problem - tworzący stan sprzeczny z ustawą.

Oczywiście redaktor, czy wydawca odpowiada za kształt programu, ale także w granicach zaufania do autora, który swoją twarzą i nazwiskiem ponosi odpowiedzialność za to, o czym mówi, z kim rozmawia i co z tego programu wynika. Tymczasem w tym wypadku mieliśmy wyraźnie do czynienia z rodzajem działań cenzorskich, nakierowanych, nota bene, na byłego pracownika telewizji. 

Takie interwencje tworzą zupełnie niepotrzebne zadrażnienia i przekreślają zasadę, że każdy powinien sam za siebie odpowiadać. Bez potrzeby korygowania przez mniej, czy bardziej umocowanych redaktorów. 

Może gdyby istniało głębokie przekonanie, że do programu wybiera się szaleniec, albo osoba, która znana jest z prowokowania widowni, wtedy - z troski o widzów - można by ograniczyć zaproszenia. Ale nie ten powód był przecież motywem działania władz telewizji w przypadku pana Karnowskiego.

Władze telewizji chcą teraz na nowo spisać zasady współpracy z Janem Pospieszalskim, by na przyszłość uniknąć podobnych, mówiąc oględnie, "nieporozumień". Czy da się w takiej umowie przewidzieć wszystkie potencjalne "punkty zapalne", bez naruszania autonomii programu?

To prowadzi do absurdu, bo trzeba by na takim wykazie umieścić zakaz zapraszania ludożerców, zwolenników kataklizmu atomowego, ludzi którzy są zwolennikami eksterminacji wszystkich blondynów o niebieskich oczach itd. I tak powstanie wykaz, który i tak nie będzie pełny. I nikt na świecie poważnie by go nie potraktował. Istnieje wszakże zwyczaj, w ramach każdej redakcji, polegający na niepisanym porozumieniu i honorowaniu tego, co strony ze sobą ustalają, czego od siebie oczekują. Na pewno zawierane wcześniej, a nie po fakcie. Inaczej bowiem mamy do czynienia z krępowaniem swobody autora i z niewątpliwymi działaniami cenzorskimi.

A czy są jakieś wyraźne różnice pomiędzy powinnościami mediów publicznych i prywatnych w tym zakresie?

To ciekawe pytanie. Miałem kiedyś do czynienia z przypadkiem, kiedy właściciel powiedział, że on sobie nie życzy pewnej osoby na antenie ze względu na jakieś tam zaszłości z dawnych czasów. I to zostało uszanowane w ramach uhonorowania uprawnień właściciela. Chociaż moim zdaniem niepotrzebnie ów właściciel te dwie rzeczy łączył. Natomiast media publiczne nie są prywatną własnością kogokolwiek, poza Skarbem Państwa, więc de facto widzów. Więc tu nikt nie może postępować tak, jakby był prywatnym właścicielem żarówki i krzesła w studio.

not. Anna Sarzyńska

[fot. Jan Pospieszalski"Bliżej"]

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook