Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Marek Klecel: seksmisja gender

04.01.2014

Dla ułatwienia dyskusji o Gender i lepszego zrozumienia przyszłości, do jakiej dążą podobne (jednak) ideologie, polecam znaną polska komedię filmową pt. „Seksmisja”. Pokazuje ona świetnie, lekko, a zarazem nieomal proroczo, do czego prowadzą utopijne pomysły. Nie wiedziałem, że hasło „Kopernik był kobietą” jest żartem pochodzącym z tego filmu. Polskie feministki wzięły to hasło za swoje, nie zrozumiały, że to żart - pisze historyk i publicysta Marek Klecel w swoim liście ws. gender do o. Macieja Ziemby i innych medialnych duchownych.

Po liście biskupów w sprawie gender, odczytywanym w kościołach w ostatnią niedzielę, wyraził Ojciec w radiu TOK FM zaniepokojenie, czy list ten był w ogóle stosowny i czy będzie należycie zrozumiany zwłaszcza w prowincjonalnych parafiach. Przestrzegał też Ojciec przed nadmiernym triumfalizmem w posiadanych racjach i przed agresją wobec zwolenników gender. Nic nie stoi na przeszkodzie, by dalej, szczegółowo i konkretnie wyjaśniać, co się kryje za tą nową, obco brzmiącą nazwą, co reprezentuje, do czego zmierza ruch czy też działalność tak nazywana, a też, czy coś innego może ukrywa.

Czy można spokojnie dyskutować o tej sprawie w mediach o nastawieniu wyraźnie lewicowo-liberalnym, a właściwie lewackim, które przecież właśnie propagują zachodnią rewolucję obyczajową, w której skład wchodzi ruch gender. Czy można w takich mediach uczciwie przedstawić racje drugiej strony, skoro debaty w nich są jawnie stronnicze, a dobór rozmówców jest całkowitym zaprzeczeniem obiektywnych parytetów, które zwolennicy tolerancji głoszą. Kościół jest tu obiektem nieustannej uwagi i troski, tyle że tym dobroczynnym mediom chodzi przecież tylko o to, by ten Kościół nawrócił się na ich modłę, a najlepiej zniknął z życia publicznego i zszedł do katakumb. Czy można dziwić się, że niektórzy wierni nie wytrzymują już tego nieustannego, choć wciąż nowego od czasów komunizmu kłamstwa, oszustwa i manipulacji i reagują nadmiernie nerwowo.

Wiem, że trzeba ewangelizować i w jaskini (a nawet w paszczy) lwa, ale dlaczego zaraz stawać po drugiej stronie, niemal w obronie rzekomo uciśnionych rzeczników sprawy gender. Jak dotąd, to oni są stroną aktywną, a nawet agresywną, mają za sobą instytucje międzynarodowe i państwowe, są siłą, której możemy się obawiać.

Wracając do sprawy listu, o ile wiem, były jego różne, łatwiejsze i trudniejsze wersje, nie było też przymusu odczytywania go z ambon. Trudny jest więc do przyjęcia i taki pojawiający się zarzut, wyrażany przez zwolenników czystości Kościoła, że list taki ma charakter polityczny i należało ograniczyć się do stosownej homilii. Zarzut ten jest wysuwany zawsze, gdy Kościół nie spełnia w jakiś sposób warunków jego przeciwników, a przeważnie nigdy ich nie spełnia.

Jeśli jednak powstała dyskusja i spór wokół sprawy gender, to nie ma innego wyjścia, jak dalej ją wyjaśniać. Co się kryje za tą nazwą, czy jest to jakaś nowa i pewna nauka, jak twierdzą jej zwolennicy, nauka o wpływie płci, bycia mężczyzną czy kobietą, na zjawiska społeczne i kulturowe, o tym jak kształtowały się role kobiet i mężczyzn, ich wzajemne powiązania i zależności w dawnych i nowych społeczeństwach. Czy jest to taka nauka jak socjologia czy psychologia, czy też taka jak matematyka i fizyka, czy też nie kryje się w niej albo jest do niej dodana jakaś także ideologia, to znaczy raczej zespół wierzeń i przekonań, z których wynika jakaś praktyka społeczna i edukacyjna, wprowadzana już czynnie do prawa i instytucji państwowych.

Zwolennicy nauki gender argumentują, że jej katedry są na wszystkich uniwersytetach świata. Cóż, to taki sam argument naukowości jak kiedyś w komunizmie dowód naukowości marksizmu, który był obowiązkowym przedmiotem uniwersyteckim. Wtedy marksizm był właśnie ogłaszany naukowym fundamentem ideologii komunizmu, nauka została wprzęgnięta w propagandową służbę totalitarnej ideologii. W tym wypadku operacja jest bardziej dyskretna, rewolucja bardziej ewolucyjna, ale trudno po tym wszystkim oddzielić tak pojmowaną naukę od ideologii. „Naukowość” gender jest uzasadnieniem dla rozpowszechniania ideologii gender. Z trudem da się jej powagę utrzymać, jeśli weźmie się pod uwagę dość wyraziste przykłady.

W naukach zwanych humanistycznymi dobrym przykładem będzie niedawna interpretacja książki „Kamieni na szaniec”, w której badaczka gender odkryła, że niektórzy bohaterowie tej książki, młodzi konspiratorzy z czasów wojny, to geje, używając obecnej nazwy homoseksualistów. Wcześniej ta sama badaczka dokonała jeszcze bardziej rewelacyjnego odkrycia: oto kapliczki stawiane po Powstaniu Warszawskim na podwórkach zrujnowanych kamienic miałyby mieć charakter dziękczynny za wymordowanie Żydów.

To przykłady skrajne, może nie świadczące o całej nauce gender, ale opisujące kierunek „badań” i ich preferencje. Innymi przykładami z tej dziedziny mogą być nieomal detektywistyczne poszukiwania w rodzaju: którzy pisarze byli homoseksualistami i jak to wpłynęło na ich twórczość, czy Konopnicka była lesbijką, choć miała sporo dzieci, kim był Słowacki, skoro tak kochał swą matkę i z czułością zwracał się w listach do przyjaciół. Może to przykłady wyjątkowe, ale świadczą  one o dowolności, subiektywizmie, a z drugiej strony na ideologicznym właśnie nastawieniu tych wybiórczych, tendencyjnych interpretacji. Pomijając szczegóły, warto zapytać przy okazji o obecny, nadszarpnięty status nauki w ogóle. Czy też nauki takie jak przykładowa gender, a też po części socjologia czy psychologia są naukami ścisłymi i pewnymi na tyle, by stanowić jakieś założenia dla instytucji państwa, dla stanowienia jego prawa, edukacji i wychowania młodych obywateli.

Podobnie z filozofią, którą trudno uznać za naukę ścisłą, ale która miała swoją ustaloną, humanistyczną wartość, swoje zobowiązujące do uznania dziedzictwo, a dziś jest również poddana ideologicznej presji. Jeśli dziś mieni się filozofem/ką Magdalena Środa czy Jan Hartman, to czym stała się filozofia? Oni przecież nie uprawiają filozofii, nauczają tendencyjnie co najwyżej jakichś jej aspektów, a przede wszystkim sobą ją dekonstruują, mówiąc wprost, obalają ją i zamiast niej wprowadzają postmodernistyczną, wszystkoistyczną ideologię. Jeśli tytułujący się filozofem Kamil Sipowicz urąga publicznie: po co nam tacy biskupi jak Michalik czy Hoser, po co wam (tu zwraca się poniekąd do Ojca) zamierzchły św. Tomasz, to trudno się dziwić, że ktoś może się zdenerwować, nawet gdy jest to filozoficzna lub artystyczna prowokacja.

Wracając do sprawy gender, czy w ogóle istnieje taki problem, czy jest on nieistotny i sztucznie rozkręcony, więc można go pominąć i przejść do ważniejszych spraw. Czy to nazwa pusta, za którą nic się nie kryje. Czy nie istnieje jednak szereg zjawisk, które składają się na nieznaną i dość niepokojącą całość, czy nie wzbiera jakaś fala tych zjawisk, która na nas naciera i nas zalewa, z którą musimy jakoś sobie poradzić?

Przesada, spiskowa teoria? No to po kolei, poniekąd chronologicznie: fala aborcjonizmu, zdobywanych stopniowo praw do aborcji, z drugiej strony, praw do eutanazji. Niesłychana promocja antykoncepcji jako epokowego wynalazku rozwiązującego kwestie przeludnienia, choć mamy akurat zapaść demograficzną, wynalazku powstrzymywania życia, oddzielającego seks od prokreacji i dokonującego w ten sposób pełnego „wyzwolenia seksualnego”. Kolejne promocje homoseksualizmu, zarówno „związków partnerskich”, zrównania w prawach z rodziną, praw do adopcji dzieci, a więc i powiększające się niesłychanie ryzyko pedofilii i dziedziczenia homoseksualizmu. Zarazem odebranie wartości rodzinie przez piętnowanie samej przemocy w rodzinie i pokazywanie jej jako stanu patologii, sankcjonowanej już prawnie odebraniem dzieci, często ryzykownym, kończącym się niepewną adopcją. Dalej, programy szkolne, już nie „wychowania w rodzinie”, ale samej edukacji seksualnej w coraz młodszym wieku, kiedy dzieci nie są na to przygotowane, bo są po prostu niedojrzałe płciowo.

 I jeszcze dalej: czy tu nie wchodzi nauka czy ideologia gender, która głosi, że nie jest ważna albo wcale nie ma płci danej biologicznie, lecz że można ją stopniowo kształtować kulturowo, czyli wychowywać, edukować, instruować (również seksualnie, skoro chodzi o płeć), dopasowywać do jakichś wzorców i celów, znów tworzyć „nowego człowieka”, teraz od najwcześniejszej młodości. Jeśli ma on sam, jak się powiada, wybrać dopiero w dojrzałości swą płeć, to w czym będzie wcześniej ukształtowany i wychowany, zadecyduje ktoś inny i przypadkowy, jakaś instytucja, ideologia.

Czy o jest ta nauka i taka praktyka? Od razu nasuwa się najprostsze pytanie: po co to wszystko? Qui bono? Jaki to ma w ogóle sens, czy ten nowy porządek wprowadzany pod szczytnymi hasłami równości nie doszedł już do absurdu? Zwolennicy gender podkreślają często, że chodzi głównie o feministyczne hasła społecznego równouprawnienia kobiet. Ale czy ten walec równości nie doprowadza rzeczy już do karykatury: kobiety mają mieć równy dostęp do zawodów, ale czy również do zawodów szczególnie uciążliwych i niebezpiecznych. Czy mają również pracować w górnictwie, hutach, asenizacji? Obraźliwa ma być praca kobiet w domu, wychowywanie dzieci, przysłowiowe „lepienie pierogów”, natomiast nie jest obraźliwa prostytucja i pornografia. Dalej już idą tylko hasła wyzwolenia całkowitego, w tym wyzwolenia seksualnego, i taka jest treść rewolucji obyczajowej, którą nam się proponuje, w której pakiecie jest również ideologia gender.

Czy to teoria spiskowa, czy takie niebezpieczeństwo nam nie zagraża? A jeśli takie całościowe zagrożenie jest tylko urojeniem, to może prawdziwe są jej części, może realne są jej fragmenty, prądy i tendencje ideowe, może jakieś mody i lobby, które walczą o przywództwo i przewagę w obecnej demokracji dążącej do nadzwyczajnej sprawiedliwości, ale nie mającej podstaw, fundamentów, wyrzekającej się wartości i tradycji, zagrożonej wciąż nowym chaosem. Czy jest pewne, że nie ma żadnego zagrożenia dla samego życia, dla jego wartości i jego rozumienia, od samego początku aż do końca, czy nie ma zagrożenia w uzurpacji dowolnego kształtowania tego życia przez człowieka pozbawionego już samego siebie, nie tylko dotychczasowego człowieczeństwa, ale i podstawowej tożsamości i natury, o nastawieniu religijnym już nie wspominając.

PS. Dla ułatwienia dyskusji o gender i lepszego zrozumienia przyszłości, do jakiej dążą podobne (jednak) ideologie, polecam znaną polska komedię filmową pt. „Seksmisja”. Pokazuje ona świetnie, lekko, a zarazem nieomal proroczo, do czego prowadzą utopijne pomysły. Nie wiedziałem, że hasło „Kopernik był kobietą” jest żartem pochodzącym z tego filmu. Polskie feministki wzięły to hasło za swoje, nie zrozumiały, że to żart…    
   
Zainteresował Cię artykuł? Śledź nas na Facebooku!     

Marek Klecel

[fot. wpolityce.pl] 
CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook