Jedynie prawda jest ciekawa

Lewicowe autorytety toną w bagnie. Ale wciąż udają, że tylko zbierają nenufary

08.11.2017
wirtualne081102017
Lewicowe autorytety toną w bagnie. Ale wciąż udają, że tylko zbierają nenufary

Wszyscy pamiętamy tę kultową scenę z filmu „Noce i dnie”, w której Józef Toliboski wchodzi do stawu i zrywa Barbarze kwitnące nenufary. Taki mężczyzna to marzenie każdej kobiety. Przystojny, w doskonale skrojonym garniturze. Świetnie wygląda nawet wówczas, gdy w takim stroju wchodzi do wody, wyławia kwiaty i klęka przed ukochaną wyznając jej miłość. A to wszystko na oczach tłumu. Jak się właśnie okazało, współczesne feministki mogą zrobić Toliboskiego z pierwszego lepszego chama i prostaka. Oczywiście pod jednym warunkiem, cham i prostak musi być członkiem zaklętego kręgu lewicowych znajomych i przyjaciół, któremu wszystko wolno.

Zanim dokonamy wiwisekcji na lewackim truchle pozwolą Państwo, że wyjaśnię jedno. Po co w ogóle zajmować się takim bagnem i babrać się w tym wszystkim? Z jednego prostego powodu, ta historia świetnie pokazuje podwójne standardy lewicy, zakłamanie i obłudę tego świata, w którym tradycyjne i konserwatywne wartości zastąpiono neomarksistowskim ersatzem.

Zaczęło się od wywiadu opublikowanego w – proszę wybaczyć – „Wysokich obcasach”. Dziennikarka Gazety Anna Śmigulec rozmawiała z Alicją Długołęcką, która zajmuje się edukacją i poradnictwem psychoseksualnym. Standardowe bzdury z Gazety Wyborczej sprzedawane pseudointeligentom. Tym razem tematem dyskusji obu pań było między innymi i to, jak należy się zachować, gdy się okazuje, że bliska osoba była molestowana.

– Rok temu miałam wywiad ze znanym pisarzem, którego podziwiam od dawna. W wywiadzie był błyskotliwy i ujmujący, cieszyłam się, że go wreszcie poznałam. Odprowadził mnie kawałek, okazało się, że lubimy tę samą kawiarnię nieopodal. Ja szłam do niej od razu, on rzucił, że może wpadnie tam potem, z kolegą. Rzeczywiście, z godzinę później, kiedy siedziałam już z koleżanką, reporterką, dołączył do naszego stolika. Rozmawiamy miło, kafejka pełna ludzi, aż tu nagle w drzwiach pojawia się ów kolega, a pisarz woła do niego: „Chodź, kurwy już są!”. Zamurowało mnie. Nie zrobiłam nic, choć na co dzień jestem asertywna i reaguję, gdy komuś dzieje się krzywda – opisała dziennikarka cytowana przez Wirtualne Media.

I się zaczęło. Śmigulec za żadne skarby świata nie chciała zdradzić nazwiska pisarza. Wzbraniała się, że to autorytet, że została wychowana na grzeczną dziewczynkę i nie wszczyna awantur. Wtedy zareagował Toliboski, którym tu akurat okazał się Janusz Rudnicki, pisarz znany w kręgach warszawskiej śmietanki towarzyskiej.

Pisarz „przeprosił” dziennikarkę nazywając swoje zachowanie „żartem”. Próbował też – w absurdalny sposób – wytłumaczyć swoje zachowanie: – Tak powiedziałem? Kurwy już są? To wszystko? Czegoś tam chyba brakuje. W sensie, to musiało być zaokrąglone, coś w rodzaju, człowiek ich szuka po burdelach, a one siedzą tu, we Wrzeniu Świata. Czyli jakaś mikroprzypowieść  – pisze Rudnicki. – Anka, do mężczyzn też mówię czasami per kurwo lub pizdolino, a kobiety do mnie "cześć chuju". To jest po prostu taka gra na słowa, tylko i wyłącznie na słowa, a nie na ich znaczenie. Taki rodzaj kodu między samymi swoimi, taka po prostu wolna amerykanka – dodaje.

Do tego momentu ta historia jest tak średnio zabawna. Ot, dziennikareczki z Warszawki, które w skończonym chamie i  prostaku doszukują się autorytetu, a kiedy ten okaże się tym, kim jest, to ukrywają cała sytuację i żyją z traumą aż do rozmowy z psychologiem. To, co najwyżej, poziom dowcipów ze Studia Yayo. Dalej jest jednak znacznie zabawniej, bo cała sprawa ma swój dalszy ciąg i drugie dno.

W obronę Rudnickiego, którego włączono już nawet w akcję #metoo (tym hasztagiem kobiety dzieliły się w serwisach społecznościowych opowieściami o tym, że były molestowane), włączyły  się autorytety świata lewicy.

Najpierw słynna obrończyni praw kobiet Kazia Szczuka, która pisze na swoim profilu na Facebooku w te słowa: – Ta historia o strasznym pisarzu w WO (Wysokich Obcasach – przyp. red.) jest głupia do łez. Oczywiście teksty Janusza są patologiczne i milion razy mu to mówiłam. Ale robienie z siebie ofiary z powodu debilnego żartu w kawiarni to jakaś żałość rzeczywiście ośmieszająca idee dzielenia się opowieściami o molestowaniu. Znam Janusza Rudnickiego. Lubię go. Jego patologiczne żarty traktuję jako przejaw choroby o nieznanej etiologii. I tyle (…) – broni swojego znajomego znana feministka.

Równie mocno w obronie staje Magdalena Żakowska, dziennikarka i żona Jacka Żakowskiego, również pracująca w Gazecie Wyborczej.  

- Pamietam, jak Janusz Rudnicki wkrecil mnie (skutecznie), ze jego nowa dziewczyna, ktora za chwile mialam poznac, jest prostytutka i to wyjatkowo tania - 50 zeta za godzine. Albo jak na imprezie przekonywal kolege, ze juz ze mna ustalil, ze wezma mnie na dwa baty. Albo jak wyrywal dziewczyne (przy mnie) na historie o tym, ze totalnie na niego lece, ale jestem za brzydka i mu przy mnie nie staje. Albo, ze jak mu dam dupy, to bede mogla sobie dopic jego piwo (pisownia oryginalna - przyp. red.) – pisze na swoim profilu na Facebooku dziennika i feministka. Wśród znajomych cała wierchuszka lewicowego świata fantazji – Biedroń, Ikonowicz, Szumlewicz…

Ten ostatni nie wytrzymał i wykazał się przyzwoitością. – Nie znam osobiście Pana Rudnickiego, ale przytoczone przez Ciebie wypowiedzi to absolutne dno. O Ziemkiewiczu znajomi pewnie też mówią, że słodki chłopak – napisał w komentarzu pod wpisem Żakowskiej.

W obronię Rudnickiego włączył się też Maciej Stuhr, który zauważył, że pisarz z niego też żartował.

Krytyczne stanowisko wobec Szczuki, Stuhra, Żakowskiej i wielu innych autorytetów lewicy zajął, excusez le mot, Codziennik Feministyczny – portal stojący z reguły na pierwszej linii frontu walki z męską opresyjną kulturą. Tu akurat przyszło mu toczyć wojnę domową i piórem Igi Dzieciuchowicz krytykować warszawską śmietankę towarzyską stosującą podwójne standardy.

Z licznych anegdot opisywanych w długich postach przez elitarne grono znajomych pana Rudnickiego wynika przecież, że pisarz to fajny kolo, taki już po prostu jest i ma „charakterystyczny” sposób bycia, a dziennikarka przesadza. Uważa tak Kazimiera Szczuka, Magda Żakowska, Maciej Stuhr, a posty te lajkują Borys Szyc, Mikołaj Lizut i Szymon Hołownia. Niezła impreza. Polska elito kulturalna liberalno-lewicowa – pisze wyraźnie wzburzona autorka, która przytomnie zauważa, że lewicowo-liberalne „elity” mają podwójne standardy. Zupełnie inaczej oceniają słowa redaktora Ziemkiewicza czy posłanki Pawłowicz i pisarza Rudnickiego.

"Aferę" opisuje Polityka, Newsweek i Wyborcza. W komentarzach wrze, lewicowe bagienko się gotuje. Jedni krytykują, drudzy bronią, jeszcze inni mówią, że to wszystko jest przecież bez znaczenia. Słusznie. Nie czas przecież żałować nenufarów, kiedy płonie podpalona przez PiS demokracja.

Artur Ceyrowski

fot. screen za Wirtualne Media

CS149FOTMINI

Czas Stefczyka 149/2017

PDF (4,39 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook