Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Ks. Słomka: Próbujmy duszpasterzować jak proponuje Franciszek!

07.01.2014

O tym jak wychowywać przyszłych kapłanów u progu XXI wieku mówi KAI ks. dr Marek Słomka, rektor Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Lublinie, które obchodzi jubileusz swego 300-lecia. Oficjalne obchody jubileuszu 300-lecia Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Lublinie rozpoczynają się w niedzielę 12 stycznia br.

KAI: Za kilka dni rozpoczną się obchody 300-lecia Seminarium Duchownego w Lublinie. Ciekawe, że seminarium to powstało na niemal 100 lat przed utworzeniem diecezji lubelskiej. Dlaczego tak się stało?

Ks. dr Marek Słomka: Seminarium powstało w Lublinie w 1714 r. Sobór Trydencki zreformował system kształcenia duchownych. W kolejnych dziesięcioleciach powstawało wiele seminariów duchownych. Lublin był znacznym ośrodkiem na terenie archidiecezji krakowskiej, gdzie odczuwano potrzebę formowania przyszłych kapłanów. Oddalenie od Krakowa i stosunkowo duża liczba mieszkańców w okolicy skłaniały do powołania odrębnego seminarium w Lublinie.

Troska o kształcenie przyszłych duchownych w naszym seminarium od samego początku została powierzona Zgromadzeniu Księży Misjonarzy św. Wincentego a Paulo, którzy w połowie XVII wieku przybyli do Polski. Zakon ten, założony w 1625 roku we Francji, zgodnie z myślą założyciela zajął się organizowaniem seminariów duchownych, wychowaniem księży i misjonarzy ludowych. Jak na tamte lata, robili to w nowoczesnym stylu. Jedną z fundatorek ich obecności w Lublinie była Anna Zbąska, wdowa po podkomorzym lubelskim, która przekazała Misjonarzom część swych dóbr. Można było za nie kupić położoną na lubelskim przedmieściu murowaną kamienicę, zwaną Sucharabską, To najstarsza część naszych zabudowań, jeszcze z XVII wieku. Na zewnątrz budynku znajdują się pięknie rzeźbione medaliony, podziwiane przez znawców sztuki.

W latach 1714-1730 wybudowano kościół seminaryjny pw. Przemienienia Pańskiego, według planu ks. Mikołaja Augustynowicza. Konsekracji dokonał w 1739 r. bp Michał Kunicki, sufragan krakowski. Misjonarze byli odpowiedzialni za formację przyszłych kapłanów w lubelskim seminarium przez 150 lat, później zaś za kształcenie duchownych odpowiadał biskup diecezji lubelskiej. Stało się tak, gdyż w 1864 r. władze carskie w ramach represji po powstaniu styczniowym dokonały kasaty zgromadzeń zakonnych, w tym Księży Misjonarzy.

W pewnym sensie, Seminarium Lubelskie jest spadkobiercą okolicznych seminariów, które w wyniku różnych zawirowań nie mogły dłużej funkcjonować. Dotyczy to Seminarium Księży Jezuitów, erygowanego w 1675 r. jak i istniejącego od 1640 r. Seminarium przy Kolegiacie Zamojskiej oraz Seminarium w Krasnymstawie erygowanego w 1719 r. dla diecezji chełmskiej.



Ksiądz mówi o „nowoczesnym stylu” formacji duchownych przez Księży Misjonarzy. Na czym to polegało?


- Formacja prowadzona przez Misjonarzy wynikała z ich charyzmatu, gdzie na ważnym miejscu stawiano troskę o ubogich i rozwój dzieł miłosierdzia. Cechowało ich staranie o powrót do ewangelicznych korzeni chrześcijaństwa i silny duch misyjny. Do dziś istnieją w Lublinie różne dzieła zainicjowane przez Księży Misjonarzy. W centrum naszego miasta gorliwie pracują siostry szarytki. Charyzmat św. Wincentego ujawnia się w zaangażowaniu Sióstr dla dzieci i młodzieży potrzebujących pomocy materialnej i duchowej.

Chciałbym, by duchowość traktująca priorytetowo dzieła miłosierdzia była zawsze obecna w naszym seminarium. W programie rozpoczynających się niebawem obchodów jubileuszu 300-lecia seminarium dziedzina miłosierdzia będzie mieć ważne miejsce. Opatrznościowo zbiega się to z akcentami, które przekazuje papież Franciszek.



Jak będzie to konkretnie wyglądać?


- Czas wakacji, kiedy alumni są wolni od nauki, będzie okresem wzmożonej ewangelizacji oraz posługi miłosierdzia. Zwrócimy baczniejszą uwagę na dzieci z zaniedbanych ulic i zaułków Lublina, podopiecznych z lubelskiego Dziecięcego Szpitala Klinicznego, cudzoziemców i uchodźców. Klerycy będą też odwiedzać schronisko dla nieletnich przestępców oraz Zakład Karny w Lublinie.



Czy to tylko z okazji jubileuszu?

- Bynajmniej. Praca z osobami niepełnosprawnymi i ofiarami patologii na stałe wpisuje się w formację naszego seminarium. Nawiązaliśmy kontakty z wieloma ośrodkami. Klerycy pomagają w organizowanych przez Caritas wczasorekolekcjach dla chorych oraz koloniach dla dzieci. Przyjeżdżają na nie także młodzi zza wschodniej granicy: z Ukrainy i Białorusi. Jest to doskonała praktyka dla przyszłych księży. Uczy wrażliwości na biedę czy niesprawiedliwość.



Powróćmy do historii. Nowy etapem dla seminarium było powstanie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w 1918 r., u progu polskiej niepodległości.


- Pierwsze cztery lata KUL egzystował w murach lubelskiego seminarium duchownego. Bp Marian Fulman, ówczesny ordynariusz lubelski, przyjął studentów różnych kierunków do naszych zabudowań, pomagając rozwinąć się uczelni. Biskup zdawał też sobie sprawę z tego, jakie znaczenie ma związek seminarium duchownego z wyższą uczelnią. Pierwsza inauguracja roku akademickiego KUL odbyła się w tzw. sali zielonej naszego seminarium. Już w pierwszym roku na Wydziale Prawa, Praw Kanonicznego, Teologii i Nauk Społeczno-Ekonomicznych studiowało 447 osób.

Silnie wpłynęło to na życie seminarium, gdyż alumni seminarium lubelskiego stali się jednocześnie studentami KUL. Dziś również uświadamiamy przyszłym księżom, jak wielką wartością jest dla nich możliwość studiowania na KUL. Alumni są studentami Wydziału Teologii. Wyjątkiem są oczywiście ci, którzy przychodzą do seminarium już po studiach teologicznych. Dydaktykę prowadzi u nas ponad sześćdziesięciu profesorów KUL. W zajęciach uczestniczą także klerycy innych seminariów położonych na terenie Lublina: Kapucyni, Marianie, Ojcowie Biali i alumni diecezji zamojsko-lubaczowskiej.

Dzięki uczelni mamy częste sympozja i konferencje. Poszerzają one horyzonty myślenia kleryków, którzy w ten sposób spotykają się z myślą naukową „z najwyższej półki” oraz z wieloma gośćmi z zagranicy. Doświadczają Kościoła powszechnego i poznają świat w jego różnorodności i pluralizmie.



Specyfiką lubelskiego seminarium jest dwuobrządkowość, kształcenie księży w obrządku zachodnim jak i wschodnim. Studiują tu przyszli kapłani grekockatoliccy.


- Dokładnie od roku 1965. Najpierw byli to grekokatolicy z Polski. Decyzja o formacji kapłanów w obrządku wschodnim w Lublinie zapadła w czasach, gdy ordynariuszem dla grekokatolików mieszkających w Polsce był Prymas Wyszyński. Jako wcześniejszy biskup lubelski doskonale znał KUL. Sam pracował tu naukowo przed wojną. Od 1990 r. licznie zaczęli przybywać do nas klerycy obrządku wschodniego z Ukrainy, gdzie w poprzednich latach działalność Kościoła greckokatolickiego była zakazana. W latach dziewięćdziesiątych w lubelskim Seminarium studiowało ich kilkudziesięciu. Obecność grekokatolików była dla nas alumnów naturalna i dawała specyficzny koloryt codziennego życia. W trakcie studiów myśleli oni np. o znalezieniu żony. Duchowni grekokatoliccy mogą być żonaci, ale ślubu nie można zawrzeć po święceniach.

Greckokatolickich alumnów kształcimy i dziś, choć jest ich mniej, obecnie czternastu. Na Ukrainie funkcjonują już greckokatolickie ośrodki akademickie. Rektorem Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie jest nasz absolwent. Biskupi z Ukrainy traktują często wysłanie na studia do Lublina jako wyróżnienie. Studia na KUL są tam bardzo cenione.

Kiedy przygotowujemy się do porannej mszy, grekokatolicy są już na jej pewnym etapie. Słyszymy piękny śpiew dochodzący z sąsiadującej kaplicy, w której znajduje się ikonostas autorstwa prof. Nowosielskiego. Doświadczamy funkcjonowania dwóch płuc Kościoła, o których mówił Jan Paweł II. Koegzystencja nie sprawia większych problemów. Rodzące się przyjaźnie pomagają w przezwyciężaniu trudnego dziedzictwa historii, która mocno nas podzieliła.



Czy grekokatolicy mają odrębny cykl kształcenia?


- Prawie wszystkie przedmioty są wspólne. Odrębna jest liturgia, język starocerkiewny i prawo Kościołów wschodnich.



Jak jest dziś z powołaniami kapłańskimi na terenie archidiecezji lubelskiej?


- Widać pewien spadek, który można różnie tłumaczyć. Znaczenie miało na pewno odejście Jana Pawła II. Na fali jego charyzmatu przychodziło wielu kandydatów, co widzieliśmy np. w roku pielgrzymki Jana Pawła II do Lublina. Czynnikiem osłabiającym powołania jest wzrost antyklerykalizmu. W dobie Internetu młody człowiek jest bombardowany treściami mieszającymi księży z błotem. Musi mieć więcej odwagi, by zdecydować się na kapłaństwo.

Inną przyczyną jest emigracja. Duży procent młodych wyjeżdża do pracy za granicę, a wtedy trudniej jest myśleć o powołaniu kapłańskim. Spadek powołań kapłańskich związany jest także z kryzysem demograficznym, który przekłada się na spadek liczby studentów.

Niezbędna jest więc ciągła praca powołaniowa. Może było nam w minionych latach za dobrze? Liczni kandydaci bez specjalnego przynaglania przychodzili do seminariów. Dziś wysiłek powołaniowy musimy zdwoić.



A skąd pochodzi obecnie najwięcej powołań? Z jakich środowisk społecznych?


- Pierwsze miejsce, z którego rekrutują się przyszli kapłani, to liturgiczna służba ołtarza. Stąd płynie prosty wniosek: trzeba solidnie prowadzić tę dziedzinę duszpasterską. Nadal dużo kandydatów jest z ruchu oazowego. Grupy duszpasterskie mają ogromny wpływ na budzenie powołań. Dużą rolę ma formacja religijna w rodzinie.

O wiele więcej powołań jest dziś z terenów miejskich niż wiejskich. To się bardzo zmieniło podczas ostatnich 20 lat, gdyż kiedyś zdecydowana większość kleryków pochodziła z wiosek. Dziś większość powołań na terenie diecezji pochodzi z takich miast jak: Chełm, Łęczna, Opole Lubelskie czy Puławy



Jak by to Ksiądz interpretował?


- Dzisiaj młody człowiek jest wręcz „zadurzony” możliwościami, jakie przed nim otwiera życie w wielkim świecie. Szczególna zmiana nastąpiła dla młodzieży wiejskiej. Ogromnym skokiem jest przeniesienie się z małej wioski pod granicą z Ukrainą do Londynu. Perspektywa pójścia do seminarium, która kiedyś otwierała drzwi do miasta i do dalszego rozwoju nie jest już dziś tak atrakcyjna.

Kolejna sprawa to podniesienie się średniej wieku kandydatów do seminarium. Kiedyś większość przychodziła zaraz po maturze. Teraz przeciętny wiek to zdecydowanie ponad 20 lat. Przychodzą więc ludzie lepiej znający życie, którzy już studiowali bądź pracowali. Mamy 30-latka, który obronił doktorat z fizyki. Teraz namiętnie czyta ks. Hellera. Jest też chłopak, który ukończył Politechnikę Lubelską, a później pracował w Kolonii i Londynie dla Forda oraz Mercedesa. Okazał się zdolnym projektantem nadwozi samochodowych. Potem zdecydował się na seminarium.

W tym roku na pierwszy rok przyszło 24 kleryków. W ciągu 20 lat liczba wstępujących do naszego seminarium obniżyła się o połowę.



Inny typ kandydatów determinuje inny sposób formacji?


- Do seminarium przychodzą ludzie z konkretnych rodzin, ze społeczeństwa. Znacznie większy niż dawniej jest odsetek kandydatów z rodzin niepełnych. Oficjalne statystyki podają, że już co trzecia polska rodzina się rozpada. Ma to duże znaczenie dla psychiki młodzieńców, zwłaszcza gdy brak ojca. Ale dziś seminarzysta sam często przychodzi i mówi: Księże rektorze, mój tata był alkoholikiem, ja coś z tym muszę zrobić, chciałbym podjąć terapię, by wejść w kapłaństwo bardziej dojrzałym. Oznacza to, że poważnie myśli on o swoim życiu. Jako wychowawcy musimy dziś patrzeć bardziej indywidualnie na każdego kandydata do święceń.



Jaki procent alumnów stanowią ludzie z podobnymi problemami?


- Duży w porównaniu z czasami sprzed 20 lat, kiedy ja studiowałem. Aby na to wyzwanie odpowiedzieć należy zmieniać proporcje między ilością kleryków a wychowawców. Przed 40 laty na 200 kleryków przypadało 3 wychowawców: rektor, ojciec duchowny i prefekt. Dziś jest 3 ojców duchownych na 100 kleryków.

Istotna nowość polega także na wprowadzeniu okresu propedeutycznego dla studentów pierwszego roku. Rozpoczęliśmy go jesienią. Alumni pierwszego roku mieszkają poza głównym budynkiem, na obrzeżach Lublina.



Na czym polega czas propedeutyczny?


- Realizowany jest według wskazań polskiego Episkopatu sprzed kilku lat, zgodnie z wytycznymi dokumentu podpisanego przez jego ówczesnego sekretarza generalnego bp Stanisława Budzika, który dziś jest metropolitą lubelskim. Biskupi stworzyli możliwość otwarcia okresu propedeutycznego, który poprzedzałby studia w seminarium. Został on już wprowadzony w wielu krajach. Póki co wybraliśmy rozwiązanie pośrednie i okres ten realizujemy w ramach pierwszego roku studiów. Głównym walorem jest możliwość indywidualnego kontaktu z ojcem duchownym i wchodzenie w życie seminarium w małej grupie. Pozwala to nie tylko na łagodniejsze wejście w realia większej wspólnoty, ale także na otwarcie się młodego człowieka przed formatorem i możliwość przepracowania z nim ważnych problemów.

Pierwszy etap ma atmosferę wspólnoty, młodzi czują się tam jakby na rekolekcjach ewangelizacyjnych. Chłoną pierwsze miesiące formacji pod opieką zaufanego ojca duchownego. Często z nimi się spotykam, modlimy się i rozmawiamy.



W obecnych dokumentach Kościoła wiele się mówi o potrzebie szczególnej uwagi jeśli chodzi o dojrzałość w sferze seksualnej. Wyraźnie taki wymóg stawiają aneksy do wytycznych w sprawie pedofilii. Jak jest to realizowane w Lublinie?


- Już w pierwszym roku mej posługi rektorskiej bardzo starałem się o ściślejszy kontakt z zaufanymi psychologami. Zabiegałem o to także w rozmowach w ówczesnym Pasterzem Archidiecezji. Systematycznie korzystamy z pomocy kapłanów i świeckich, którzy są fachowcami w tej dziedzinie. Kiedyś skierowanie kleryka na badania psychologiczne było kojarzone z budzeniem podejrzeń, że nie jest w pełni normalny. Dziś każdy alumn naszego seminarium przechodzi gruntowne testy. Otrzymujemy w ten sposób znaczne wsparcie zwłaszcza w sytuacjach skrajnych. Specjaliści w zakresie psychologii nie zastąpią, rzecz jasna, wychowawców bezpośrednio odpowiedzialnych za formację. Razem z mymi najbliższymi współpracownikami dostrzegamy jednak owoce podjętej odważnie decyzji.



Czym różni się formacja przyszłego kapłana dziś, od tej jaka była 20 lat temu?

- Więcej miejsca poświęcamy na integrację powołanych i budowanie solidarności kapłańskiej. Jest ona potrzebna choćby ze względu na znacznie większą presję społeczną z jaką spotykają się dziś księża.

Dzisiejszy kleryk ma większe poczucie indywidualności, odkrywa przed wspólnotą więcej talentów, gdyż przed przyjściem do seminarium miał większą niż kiedyś szansę je kształtować i wiele się nauczyć. Wiąże się z tym pewna skłonność do indywidualizmu. Chcemy więc rozwijać w podopiecznych przekonanie do służby Kościołowi i pragnienie jedności, bo realizujemy powołanie w konkretnej wspólnocie diecezjalnej. Kolejny element to przygotowywanie księży do odczytywania „znaków czasu”.



A konkretnie jakich?

- Pierwsza sprawa to dysproporcje społeczne. Musimy być znacznie bardziej otwarci na potrzebujących, zmarginalizowanych. Nie chodzi tu tylko o biedę materialną, ale także o różne obszary biedy, zagubienia i patologii. Otaczamy wiec opieką mieszkańców najbiedniejszych ulic Lublina, gdzie jest największy odsetek przestępstw. Zapraszam tych ludzi do seminarium, gdzie otrzymują ciepły posiłek i inne wsparcie. Nowym wyzwaniem są też ośrodki dla uchodźców. W naszym mieście mamy jeden z większych w Polsce. Tam także chcemy sprawować posługę duszpasterską w miesiącach wakacyjnych. Kilka lat temu pospieszyliśmy z pomocą mieszkańcom zalanych terenów nad Wisłą. Na skraju naszej archidiecezji każdy alumn zobaczył dramat powodzian i włączył się w zorganizowaną akcję pomocy. Dzięki staraniom seminaryjnego Ekonoma prowadzimy resocjalizację dla skazanych młodzieńców, którzy mogą odbywać część kary poza murami więzienia. Jeden z naszych prefektów dał piękny przykład zaangażowania w tym zakresie podczas ostatnich wakacji, kiedy przez miesiąc pieszo towarzyszył młodemu człowiekowi skonfliktowanemu z prawem na trasie między Lublinem a Bolesławcem. Kilkaset kilometrów wędrówki szklakiem jakubowym w ramach specjalnego programu realizowanego w naszym mieście – wyjątkowo czytelny przykład poświęcenia dla ludzi z marginesu.



Jeśli mówimy o narastających różnicach społecznych to warto przekazywać klerykom podstawy nauczania społecznego Kościoła? W Polsce, także wśród księży, jest ono za mało znane.

- W tym kontekście najważniejsze jest wcielanie w życie ideałów ewangelicznych. Doskonale robi to papież Franciszek. Dlatego zamiast długich czasem dywagacji społeczno-politycznych na ambonie, lepiej przypominać wiernym podstawowe zobowiązania z racji bycia chrześcijaninem. Jeśli działamy w duchu Ewangelii, nie przejdziemy obojętnie obok biedaka, nie zgodzimy na niesprawiedliwość i brak szacunku dla człowieka. Chrześcijaństwo nie jest ideologią niosącą projekt politycznego zbawienia świata. Mamy go przede wszystkim czynić bardziej ludzkim czerpiąc siły z jedności z Bogiem.



Pytanie o sposób głoszenia Ewangelii dzisiejszemu światu. Czy odpowiadać na duchowe bolączki dzisiejszego człowieka, czy zwierać szeregi w walce z wrogiem, z zewnętrznymi zagrożeniami? Wokół tego jest spór w samym Kościele.


- Sposób głoszenia jaki prezentuje Franciszek jest nieco inny od poprzedników. Papież z mocą przypomina, byśmy głosili wiarę w duchu nadziei i Zmartwychwstania, nie zaś Wielkiego Postu. Bardzo wiele mówi o Bożym miłosierdziu, czułości czy radości.

To jest pontyfikat na nasze czasy. Wierzę w działanie Ducha Świętego, więc wybór Franciszka traktuję jako dar z nieba. Papież z Argentyny ma wielkie talenty duszpasterskie. Doskonale analizuje aktualne problemy Kościoła, który przez lata widzieliśmy przede wszystkim w skali Europy. Możemy z nadzieją patrzeć na to, co nam proponuje. Szczególnie ważna jest adhortacja: "Evangelii gaudium", której duży passus został poświęcony głoszeniu Słowa Bożego.

Homilia ma być czasem głoszenia Słowa Bożego, a nie moralizatorstwem czy analizą społeczno-polityczną. Idąc więc śladem papieża, metodą brzytwy Ockhama tnijmy z homilii to, co nie jest w niej konieczne, bez czego Kościół może nawet lepiej funkcjonować. Staram się to przekazywać alumnom. Mówię im także, by nie produkowali 10-minutowych ogłoszeń duszpasterskich, gdzie mówi się o wszystkim aż do wskazywania z nazwiska, kto jest najbardziej wart poparcia w najbliższych wyborach. Musimy sobie uświadomić, że są nowe czasy. Nie oglądajmy się wstecz, tylko spróbujmy zrobić to, co proponuje Franciszek!



Papież mówi też o "drzwiach otwartych Kościoła". Jak to należy rozumieć?


- Każdy człowiek jest ogarnięty miłością Chrystusa, powinien więc także mieć szansę na znalezienie miłości w Kościele. Symbol „drzwi otwartych Kościoła” towarzyszyć nam będzie podczas rozpoczęcia roku jubileuszowego w seminarium, 12 stycznia. Chcemy szeroko otworzyć drzwi seminaryjnej świątyni. Dotąd ten kościół służył wewnętrznym potrzebom wspólnoty. W roku jubileuszowym będzie otwarty dla wszystkich. Przeze wiele inicjatyw chcemy przekazać alumnom, że symbol "drzwi otwartych" powinien odpowiadać ich kapłańskim postawom w przyszłości.



Papież Franciszek zachęca ludzi Kościoła do wychodzenia na zewnątrz, na wszystkie duchowe i egzystencjalne peryferie dzisiejszego świata. Jak kapłana można do tego przygotować?

- Kapłana należy formować nie tylko w wierze czy wiedzy teologicznej, ale i w sferze relacji międzyludzkich. Należy otwierać się na ludzi i problemy, jakimi żyją. W przeciwnym razie duszpasterstwo będzie oderwane od życia. Sam się tego ciągle uczę. Odwiedzam np. małżeństwa „na dorobku”. Ostatnio spotkałem się z młodymi rodzicami, którzy mają już czwórkę dzieci z czego jedno adoptowane. Radzą sobie w lubelskich realiach, gdzie ciężko znaleźć pracę. Patrząc na wielodzietną rodzinę pokładająca nadzieję w Bogu, wiem lepiej, co jest prawdziwie ważne. Każda taka wizyta wyzwala z klerykalnego świata i pozwala na poszerzenie horyzontów oraz spojrzenie z dystansu na to, co jako księża robimy na co dzień.

Utrzymuję także kontakty z wyjątkowymi ludźmi, których poznałem będąc sekretarzem abp. Życińskiego. Przyjmował on wszystkich, także ludzi kultury, intelektualistów czy polityków różnych partii. A wśród nich poszukujących czy niewierzących. Warto wiedzieć, jakie ci ludzie mają rozterki w wierze albo kiedy ją stracili i dlaczego.



Jaki wpływ na formację kapłanów w lubelskim seminarium ma spuścizna, jaką pozostawił po sobie abp Józef Życiński?


- Mam wrażenie, że to, co czynię jako rektor, robię w niemałej mierze dlatego, że „przesiąkłem” sposobem myślenia abp. Życińskiego. Za to jestem wdzięczny Bogu. Kontynuatorem wielu działań abp. Życińskiego jest jego następca – abp Stanisław Budzik. Mam więc dalej naturalną możliwość wyrażania ideałów, które są mi bliskie.

Dziedzictwo abpa Życińskiego staram się przybliżać także poprzez zapraszanie do seminarium wielu spośród tych, którzy doświadczyli jego dobroci. Regularnie przychodzą do nas choćby twórcy kultury. Przekazują podobny sposób widzenia świata. Mówią o potrzebie otwarcia Kościoła na świat, o relacjach między wiarą a nauką czy między Kościołem a kulturą.

Lublin daje w tej dziedzinie wielkie możliwości. Nasze miasto jest od wieków miejscem spotkania kultur, tradycji i religii. Nie wyobrażam sobie, by przyszli nasi kapłani byli w tym kontekście zamknięci. To współczesna przestrzeń ewangelizacji.


Rozmawiał Marcin Przeciszewski
Greg
[fot. PAP/EPA]


Zainteresował Cię artykuł? Znajdź nas na facebook.com/stefczyk.info?fref=ts" target="_blank">Facebooku!
CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook