Jedynie prawda jest ciekawa

Ks. Oder: głos „Santo Subito” był trwały

31.03.2014

Reprezentanci środowisk krytykujących proces [kanonizacyjny] Jana Pawła II zostali poproszeni o złożenie dodatkowych zeznań w ramach procesu. Takie głosy krytyczne pojawiły się, mówiąc umownie, zarówno z lewej, jak i z prawem strony. Były zatem głosy teologów, którzy z życzliwością patrzyli na teologię wyzwolenia, kapłaństwo kobiet, zniesienie celibatu księży, jak i ze strony środowisk związanych z Bractwem św. Piusa X, dla których motywem zgorszenia było na przykład otwarcie Jana Pawła II na dialog ekumeniczny, czy międzyreligijny – mówi ks. Sławomir Oder. Publikujemy treść wywiadu z postulatorem w procesach beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym Jana Pawła II.

Proces beatyfikacyjny i kanonizacyjny Jana Pawła II, za zgodą Benedykta XVI, który udzielił dyspensy od wymaganego w takich przypadkach okresu pięciu lat oczekiwania, rozpoczął się już w czerwcu 2005 r. Na szczeblu diecezjalnym zakończył się on niespełna dwa lata później. W grudniu 2009 r. nastąpiło ogłoszenie dekretu o heroiczności cnót, a w styczniu 2011 zatwierdzono cud. W tym samym roku, 1 maja, odbyła się beatyfikacja. I jeszcze jedna data - 5 lipca 2013 r. ogłoszenie dekretu o drugim cudzie. Tylko to kalendarium pokazuje jak szybki był to proces. W jaki sposób w tak krótkim czasie udało się opracować zapewne niezwykle obszerny materiał?

Ks. Sławomir Oder: Już na początku pracy miałem okazję spotkać Ojca Świętego Benedykta XVI. W bardzo serdecznej rozmowie papież skierował do mnie słowa, które już są znane: róbcie szybko, ale dobrze. I rzeczywiście te słowa stały się mottem pracy naszego zespołu, który zajmował się procesem. Pamiętajmy natomiast, że aspekt ludzki w całej tej rzeczywistości procesowej jest tylko jednym z wielu i to, powiedziałbym, drugorzędnym. Prawdziwie rytm pracy procesowej, zwłaszcza już po rozpoczęciu samego procesu kanonicznego, wyznacza Boża Opatrzność. Jest praktyką Kongregacji ds. Świętych, aby nie podchodzić do dyskusji merytorycznej, dotyczącej heroiczności cnót, do chwili, kiedy nie zostanie przedstawiony materiał dotyczący cudu. W przypadku procesu Jana Pawła II przypadek uzdrowienia siostry Marie Simon-Pierre z choroby Parkinsona nastąpił jeszcze przed rozpoczęciem samego procesu dotyczącego heroiczności cnót, a po jego rozpoczęciu prace nad cudem już trwały. Co więcej, proces dotyczący domniemanego cudu na etapie diecezjalnym zakończył się nawet wcześniej, niż proces dotyczący heroiczności cnót. Gdy dokumenty dotyczące heroiczności cnót trafiły do Kongregacji ds. Świętych, czekało już tam opracowanie w odniesieniu do cudu, co pozwoliło na podjęcie natychmiastowej pracy nad napisaniem Positio i uruchomieniem całego ciągu procesów wewnątrz Kongregacji ds. Świętych. Podobna sytuacja miała miejsce przy cudzie, który został opracowany i przedstawiony pod rozwagę Kościoła do kanonizacji. Uzdrowienie pani Floribeth Mory Díaz w Kostaryce miało miejsce w dniu beatyfikacji Jana Pawła II. Opowiadam to dlatego, by wykazać, że ten rytm szybkiej pracy wyznaczony był wolą Ojca Świętego, ale jeszcze bardziej Bożej Opatrzności.

Wszystko, o czym Ksiądz mówi mogłoby nie mieć miejsca, gdyby Benedykt XVI zdecydował się nie tylko na udzielenie dyspensy od okresu pięciu lat oczekiwania na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego po śmierci kandydata na ołtarze, ale i procesu w ogóle. Ojciec Święty może podjąć taką decyzję i bez jakiekolwiek dochodzenia kanonicznego wynieść na ołtarze jakąś osobę. Papież jednak się na to nie zdecydował. Zdaniem Księdza dobrze się stało?

Jestem przekonany, że wybór papieża Benedykta XVI był głęboko przemyślany i był wyborem opatrznościowym. Dla nas, którzy żyliśmy w czasach pontyfikatu Jana Pawła II, którzy mieliśmy z nim kontakt, poznaliśmy go, był i pozostaje on świętym, bez konieczności prowadzenia procesu. Myślę, że takie jest przeświadczenie jeśli nie wszystkich, to wielu, którzy papieża Jana Pawła II poznali. Wyrazem tego przeświadczenia były słowa „Santo Subito”, które nie miały jedynie charakteru okazjonalnego. To nie był tylko moment uniesienia w czasie tak podniosłego ceremoniału, jakim był papieski pogrzeb. Ten głos, jego echo, słychać było przez następne lata w cichej modlitwie tłumu, który całymi strugami, każdego dnia, przewijał się przed grobem Ojca Świętego. A więc nie był to tylko moment uniesienia, ale głębokie przekonanie ludu Bożego o świętości Jana Pawła II. Niemniej jednak proces kanoniczny został przeprowadzony w sposób bardzo skrupulatny, z zachowaniem wszelkich reguł, poza tą jedną, od której Ojciec Święty udzielił dyspensy, a przypomnijmy, że istotą owych pięciu lat oczekiwania na rozpoczęcie procesu od chwili śmierci kandydata na ołtarze jest stwierdzenie i potwierdzenie obecności tzw. opinii świętości, „fama sanctitatis”. Myślę, że te tysiące ludzi, które każdego dnia przewijały się przed grobem papieża, aż do chwili, kiedy na krótko przed beatyfikacją został przeniesiony do kaplicy św. Sebastiana w bazylice św. Piotra, są wyraźnym potwierdzeniem, że ów głos „Santo Subito” i opinia świętości były jak najbardziej uzasadnione i trwałe.

Zatem przeprowadzenie procesu kanonicznego, zgodnie ze wszystkimi regułami i wymogami prawa kanonicznego, pozwoliło na przekazanie ludziom i Kościołowi dokumentów, które dają możliwość osadzenia w konkretnym kontekście historycznym owego „Santo Subito”, nadając mu charakter obiektywny. To nie jest już tylko krzyk i wyraz emocji naszego serca, ale historia człowieka, opisana oczyma i przez pryzmat doświadczenia ludzi, którzy zostali wezwani na świadków w tym procesie, a którzy na co dzień mieli okazję doświadczyć jego świętości.

Powróćmy jeszcze do uroczystości na Lateranie 13 maja 2005 r., podczas której Benedykt XVI poinformował o udzieleniu dyspensy i wyraził zgodę na natychmiastowe rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II. W książce „Zostałem z Wami”, będącej zapisem wywiadu-rzeki, którego udzielił ksiądz włoskiemu dziennikarzowi Saverio Gaecie, wspomina Ksiądz, że tego dnia miał zaplanowany wyjazd do Polski na rodzinną uroczystość. Po zakończeniu nabożeństwa na Lateranie podszedł do Księdza kard. Camillo Ruini, wikariusz generalny Rzymu i poinformował, że pomyślano, by to właśnie ksiądz został postulatorem. Nie padło pytanie, czy Ksiądz podejmie się tej pracy, był to raczej komunikat. Co Ksiądz sobie wtedy pomyślał?

To było jak grom z jasnego nieba. Wyglądało to na niesamowity żart Bożej Opatrzności, którego narzędziem był właśnie kard. Ruini. Powiedział do mnie: „Słyszałeś co powiedział Ojciec Święty? Bardzo się cieszę, że przyjąłeś mandat postulatora w tym procesie”. Tak mniej więcej wyglądała nasza rozmowa. Na jego dictum przez kilka chwil pozostałem bez słowa, po czym jedyną rzeczą, którą potrafiłem powiedzieć było: „Eminencjo dziękuję, dziękuję za zaufanie”. W moim sercu w tym momencie naprawdę pojawił się przed oczyma obraz Caravaggia „Powołanie Lewiego”, który znajduje się w rzymskim kościele św. Ludwika. Palec Chrystusa zwrócony jest tam na Lewiego, a Lewi wskazuje samego siebie z niemym pytaniem: to do mnie mówisz, o mnie chodzi? Mniej więcej tak wtedy się czułem. Było to zupełne wyrwanie mnie z moich planów osobistych, z moich zamierzeń. Powiedziałbym, że był to swego rodzaju kairos w moim życiu, nastąpiła nowa jakość tego życia. Bałem się. Po ludzku po prostu się przestraszyłem. Nie miałem jeszcze wtedy zupełnie świadomości tego, czym było to wyzwanie i to pod każdym względem. Oczywiście wiedziałem czym jest proces beatyfikacyjny, kanonizacyjny. W Bożym planie zostałem do tego przygotowany prowadząc inny proces, bł. ks. Stefana Frelichowskiego. Ale tego 13 maja 2005 nie miałem wyobrażenia o tym, jak proces Jana Pawła II miałby być przeprowadzony, jakie będą jego wymiary, jaki będzie kontekst. Takim zupełnie niespodziewanym dla mnie kontekstem, choć dla innych bardziej doświadczonych oczywistym, był kontekst medialny, którego musiałem się uczyć, a którym często byłem mocno przytłoczony.

W drodze do Polski po decyzji o tym, że zostanie postulatorem, próbował już Ksiądz zaplanować działanie Biura Postulacji?

Natychmiast zacząłem myśleć o tym, w jaki sposób zorganizować ten proces. Przyspieszenie było niesamowite. 13 maja Ojciec Święty ogłosił swoją wolę, 14 maja został podpisany mój mandat postulatora. W kilka dni później przedstawiłem już libellum, czyli pozew sądowy będący prośbą o rozpoczęcie procesu. Tym samym formalnie został nadany bieg temu procesowi. Nawet już w samolocie do Polski zacząłem myśleć, kogo trzeba będzie wezwać na świadka. Przyznam zupełnie szczerze, że nie bardzo wiedziałem jak w tym wszystkim się poruszać. Zasadniczą sprawą i pierwszym odruchem woli i inteligencji była chęć skontaktowania się z osobami, które były najbliżej Jana Pawła II, i które mogły wskazać jak najwięcej osób, które przebywały w domu papieskim, spotykały Ojca Świętego i mogły dostarczyć interesujących materiałów dla tego procesu. Stąd oczywisty pierwszy kontakt zarówno z kard. Ruinim, jak również wówczas abp. Stanisławem Dziwiszem. To te osoby były chyba najbliższe Janowi Pawłowi II i mogły mi pomóc w tym chyba najbardziej delikatnym momencie procesu, którym było sformułowanie listy świadków.

Świadków było ponad stu. Jaki był klucz ich wyboru?

Lista świadków nie ma charakteru przypadkowego. Pamiętajmy, że celem dochodzenia diecezjalnego w procesie beatyfikacyjnym jest zebranie materiałów dotyczących trzech zasadniczych płaszczyzn zainteresowania: życia, heroiczności cnót i opinii świętości. Zatem jest to bardzo szerokie spektrum, obejmujące praktycznie całe życie kandydata na ołtarze.

Pierwszym zasadniczym kluczem w doborze świadków był ten chronologiczny, a więc osoby które mogły dostarczyć informacji dotyczących poszczególnych etapów życia. Była to bardzo piękna i fascynująca przygoda spotkania z przyjaciółmi z okresu dzieciństwa, młodości, kolegów kursowych z czasów przygotowania do kapłaństwa, pierwsze doświadczenia duszpasterskie, studia. Później ten klucz niejako zyskiwał nowy aspekt, a mianowicie poza tym chronologicznym, również aspekt funkcjonalny, zwłaszcza dla ostatniego okresu życia Jana Pawła II, kiedy posługiwanie Piotrowe, jego funkcja Wikariusza Chrystusa, wyznaczała bardzo szeroki zakres obowiązków, i to zarówno w aspekcie pracy, jako biskupa Rzymu, Głowy Kościoła Powszechnego, ale także Państwa Watykańskiego, a więc męża stanu, którego decyzje i wybory wpływały na kształt i przebieg wydarzeń historycznych. Stąd ten zakres świadków poszerzał się również o osoby, które mogły dostarczyć informacji z poszczególnych zakresów papieskiej działalności. Takie były zasadnicze dwa klucze doboru świadków. Staraliśmy się również zachować równowagę, ażeby - używając słownictwa Ojca Świętego Franciszka - nie sklerykalizować tego procesu. Zatem nie tylko głos hierarchów Kościoła, kapłanów, zakonników, zakonnic, ale również osób świeckich, zarówno mężczyzn, jak i kobiet, był głosem bardzo istotnym. Co więcej, ze względu na charakter kontaktów Jana Pawła II wśród świadków znalazły się również osoby, które nie należą w sposób formalny do Kościoła katolickiego, a także osoby, które nie są chrześcijanami. Świadkowie byli bardzo różnorodni.

Postulator związany jest tajemnicą procesową, zatem nie może Ksiądz ani wymienić nazwisk świadków, ani tym bardziej przypisać do nich konkretnych zeznań. Jakie są jednak szanse, by opinia publiczna poznała ich treść?

Pozostaję związany tajemnicą procesową, natomiast świadkowie już nie. Obowiązywała ich tajemnica w czasie trwania procesu. Teraz, gdy się on zakończył, mogą mówić swobodnie o tym, co stanowi przedmiot ich wiedzy na temat Jana Pawła II. Trzeba będzie czekać na ich ujawnienie się, aby poznać także to, czym chcieli się podzielić odnośnie do osoby świętego Jana Pawła II.

Historycy mogą uzyskać dostęp do dokumentów procesowych?

Dokumenty, które zwykle przechowywane są w archiwum Kongregacji ds. Świętych, mogą być udostępnione osobom, które zwrócą się do prefekta z prośbą o wgląd do nich, ze względu na prowadzone prace naukowe, najczęściej o charakterze historycznym. Zwykle po kanonizacji tego typu dokumenty są udostępniane. W przypadku Jana Pawła II proces kanoniczny miał charakter bardzo współczesny, a więc ze względu na osoby, które zeznawały w tym procesie - mam tu na myśli ich obecne zaangażowanie w życie Kościoła, czy życie społeczne - najprawdopodobniej dla ochrony prywatności i dobra wspólnego, te kryteria będą raczej zaostrzone, a co za tym idzie, chyba nie będzie bezpośredniego dostępu do tych zeznań.

Mogę się domyślać, że oprócz ogromnej odpowiedzialności, jaką Ksiądz czuł, związanej z prowadzeniem procesów beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego, była chyba także osobista chęć, by wszystko - nawiązując tu do wspomnianych słów Benedykta XVI - przebiegło szybko, ale zgodnie z przepisami prawa. Czy był jednak jakiś moment zwątpienia, zaniepokojenia związanego z ilością dokumentów, które trzeba opracować?

Takiego zwątpienia nie miałem. Były oczywiście momenty, gdy pracowaliśmy bardzo intensywnie, a zatem pojawiało się zmęczenie, czy nawet rozdrażnienie, ale jest to zupełnie naturalne. Natomiast sama kwestia merytoryczna, a więc ten obraz Jana Pawła II, który wyłaniał się ze świadectw i z dokumentów, był tak przejrzysty i krystaliczny, że nie wątpiłem, iż ten proces zakończy się sukcesem. Czułem się w tym umocniony właśnie faktem tych znaków z góry, które towarzyszyły pracom procesowym. Jak już wspomniałem, tymi znakami z góry, otwierającymi jak semafor wolny tor do dalszego biegu, były owe dwa cuda, które pojawiły się w czasie trwania naszej pracy, i które mówiły: idziemy dalej, jest taka możliwość, a więc - do dzieła.

Do Biura Postulacji napływały sugestie, by rozważyć świętość Jana Pawła II bardziej w świetle męczeństwa, aniżeli heroiczności cnót, ze względu na to, że cierpienie było nieodłącznie związane z życiem Jana Pawła II. Brał Ksiądz pod uwag taką możliwość?

We Włoszech powstało nawet stowarzyszenie poświęcone Janowi Pawłowi II, którego członkowie sformułowali postulat - przesłany do Biura Postulacji - zmiany charakteru procesu i przejścia z drogi heroiczności cnót na drogę męczeństwa. Rzeczywiście cierpienie było bardzo wyraźne w życiu Jana Pawła II, zwłaszcza w ostatnich latach jego pontyfikatu stało się ono niejako językiem, którym Ojciec Święty komunikował nam swoją wiarę i miłość. Było to bardzo piękne i cenne. Niemniej jednak kryteria, które powinno spełniać męczeństwo nie w pełni odpowiadały temu, co widzieliśmy i czego doświadczyliśmy w życiu Jana Pawła II. Wydaje mi się, że ten postulat przejścia na drogę rozważania męczeństwa był związany także z pragnieniem przyspieszenia procesu, w obawie, że trzeba będzie długo czekać na cud. Wiadomo, że w przypadku procesów beatyfikacyjnych męczennika nie potrzeba cudu, wystarczy udowodnienie faktu męczeństwa. Tymczasem ten znak z góry przyszedł bardzo szybko i nie było obawy, aby po zakończeniu procesu dotyczącego heroiczności cnót trzeba było długo czekać na możliwość pójścia dalej.

Powiedział Ksiądz, że z zeznań świadków wyłaniał się bardzo jasny obraz świętości Jana Pawła II. W czasie procesu pojawiały się jednak również zastrzeżenia co do osoby papieża. Jakiego rodzaju one były?

To jest zupełnie naturalne i powiedziałbym, zdrowe dla procesu, jeśli pojawiają się głosy krytyczne. Zmuszają one do pogłębienia studium, podjęcia pewnych tematów i wyjaśnienia wątpliwości. Chociaż nie jest zadaniem promotora sprawiedliwości stawianie się w roli adwersarza postulatora, to jednak powinien on dążyć do tego, aby to badanie było pogłębione i jak najbardziej zobiektywizowane. Dlatego również głosy krytyczne, które pojawiły się w czasie trwania tego procesu, uważam za cenne. Chociaż nie podzielam zastrzeżeń, które były wysuwane pod adresem Jana Pawła II, to wszystkie one zostały poważnie wzięte pod uwagę i stanowiły przedmiot studium, analizy. Reprezentanci środowisk krytykujących proces Jana Pawła II zostali poproszeni o złożenie dodatkowych zeznań w ramach procesu. Takie głosy krytyczne pojawiły się, mówiąc umownie, zarówno z lewej, jak i z prawem strony. Były zatem głosy teologów, którzy z życzliwością patrzyli na teologię wyzwolenia, kapłaństwo kobiet, zniesienie celibatu księży, jak i ze strony środowisk związanych z Bractwem św. Piusa X, dla których motywem zgorszenia było na przykład otwarcie Jana Pawła II na dialog ekumeniczny, czy międzyreligijny.

Wspomniał już Ksiądz o cudzie, który posłużył w procesie beatyfikacyjnym, a dotyczącym uzdrowienia siostry Marie Simon-Pierre z Francji, z choroby Parkinsona oraz drugim wydarzeniu, jakim było uzdrowienie kobiety w Kostaryce z tętniaka mózgu. Na pierwszy rzut oka nic nie łączy tych dwóch wyjątkowych wydarzeń. Siostra Marie Simon-Pierre należy do zgromadzenia Małych Sióstr Macierzyństwa Katolickiego, które opiekuje się rodzicami oczekującymi narodzin dziecka; natomiast Floribeth Mora Díaz to matka i żona. Wydaje się jednak, że Pan Bóg za pośrednictwem Jana Pawła II chce coś nam powiedzieć.

Zanim dotrzemy do meritum sprawy, warto zwrócić uwagę, że Jan Paweł II będzie ogłoszony świętym dzięki cudom, które dokonały się na osobach kobiet. Wydaje mi się to bardzo istotne, ponieważ Jan Paweł II, wbrew temu, co niektórzy mówią, jakoby nie doceniał wartości kobiety w życiu Kościoła, był jak najbardziej otwarty na tę problematykę, życzliwy i zawsze odnosił się z wielkim szacunkiem do kobiet. Z drugiej strony, patrząc na te dwa przypadki, które są odległe, zauważamy równocześnie, jak są one bliskie poprzez temat życia i rodziny. Wydaje mi się, że jest to niejako kontynuacja i dopełnienie takiego pragnienia, które kiedyś Jan Paweł II wyraził w rozmowie z osobami mu bliskimi, ze swoimi najbliższymi współpracownikami, mówiąc, że jeżeli świat o nim kiedyś będzie pamiętał, to chciałby, aby pamiętano go jako papieża życia i papieża rodziny.

Przyznam, iż miałem nadzieję, że cud, który posłuży do beatyfikacji lub kanonizacji, będzie pochodził z Polski...

Ja jestem bardzo szczęśliwy, że tak się nie stało, ponieważ my, Polacy, mamy taką tendencję, żeby trochę uzurpować sobie osobę Jana Pawła II, mówimy nawet „nasz papież”. Dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem było stwierdzenie „nasz papież” padające z ust praktycznie wszystkich. To było niezwykłe i piękne. On jest naszym papieżem, papieżem Kościoła, wielkim Polakiem, darem Kościoła polskiego dla Kościoła powszechnego. Dlatego bardzo nie lubię określenia „polski papież”, staram się go nie używać i uważam, że jest niepoprawne. Jest to papież z Polski, ale nie „polski papież”. To jest papież całego Kościoła, Kościoła powszechnego.

Wielkość Jana Pawła II przejawiała się m.in. w tym, że tak bliskie i emocjonalnie przeżywane związki z Polską, jego duma z faktu bycia Polakiem nie zamykały go na wymiar powszechny. Co więcej, ta radość i świadomość bycia Polakiem, świadczona wobec innych ludzi, stawała się zachętą do tego, aby inni przeżywali własną tożsamość kulturową z tą samą dumą, zaangażowaniem, a równocześnie otwarciem na wymiar powszechny. W ten sposób ten Kościół rzeczywiście katolicki jest piękny barwami wszystkich kolorów i wszystkich narodów, równocześnie jest Kościołem mówiącym wszystkimi językami, a przy tym jednym zasadniczym językiem wiary i miłości. Dlatego jestem bardzo szczęśliwy, że te przypadki, które zostały wybrane do procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego, otwierają horyzont naszego myślenia i nasze serca na problematykę całego Kościoła powszechnego. Jan Paweł II jest wielkim darem Polski i Kościoła katolickiego w Polsce dla Kościoła powszechnego, dla całego świata.

We wspomnianej już książce „Zostałem z Wami” pojawia się takie Księdza zdanie: „Świętość w wydaniu Karola Wojtyły nadaje nowe znaczenie temu słowu”. Co to za świętość i co ją charakteryzuje?

Duchowość Jana Pawła II znajduje swoją syntezę, jak sądzę, w słowach wypowiedzianych podczas Mszy inauguracyjnej jego pontyfikatu: „Otwórzcie się na Chrystusa! Nie lękajcie się! On wie co jest w sercu człowieka”. Jan Paweł II był wielkim mistykiem, człowiekiem przebywającym w obecności Boga. Nie lękał się przyjąć Go do swego życia i uczynić z Chrystusa towarzysza swego pielgrzymowania. Z Chrystusem szedł do człowieka, do każdego człowieka, którego pragnął „zarazić” swoją miłością i ufnością wobec Boga, który nas kocha. Tę pewność Bożej miłości czerpał z Eucharystii, która była centrum jego życia. Miłości do Chrystusa uczył się w szkole Maryi, której oczyma patrzył na ludzi, dostrzegając w nich obraz Syna. Myślę, że to są aspekty zasadnicze, wyznaczające specyfikę świętości Papieża z Polski. One konkretyzowały się w postawie wolności. Była to wolność pełna odpowiedzialności za dobro bliźniego, a jej najpełniejszym przejawem była zdolność uczynienia daru z wszystkiego, co stanowiło jego życie. Jan Paweł II zrealizował w swoim życiu najwyższy wymiar człowieczego powołania i zachęca nas, aby z każdej życiowej sytuacji uczynić sposobność wyrażenia miłości.

Jan Paweł II zostanie kanonizowany podczas uroczystości, w czasie której do chwały świętych wyniesiony zostanie również inny papież - Jan XXIII. Jakie znaczenie, zdaniem Księdza, ma fakt tej wspólnej kanonizacji? Co papież Franciszek pragnie w ten sposób podkreślić?

Wspólnym mianownikiem dla obu Świętych Papieży jest Sobór Watykański II. Papież Jan miał odwagę podjąć wyzwania pochodzące od współczesnego świata, otwierając z nim nową jakość dialogu w duchu „aggiornamento”. Jan Paweł II otrzymał z rąk Opatrzności zadanie realizacji postanowień Soboru w czasie swego długiego i owocnego pontyfikatu.

Wydaje mi się, że poprzez te kanonizacje raz jeszcze zostanie podkreślona gotowość i pragnienie Kościoła prowadzenia dialogu z człowiekiem współczesnym w jego złożonej rzeczywistości, pozostając jego matką i nauczycielką.

Zapraszamy na profil Stefczyk.info na Facebooku!

Rozmawiał Rafał Łączny/KAI

[fot. PAP/Jakub Kamiński]
CS150MINIfot

Czas Stefczyka 150/2017

PDF (4,60 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook