Jedynie prawda jest ciekawa

Ks. abp Jędraszewski: Musimy iść do świata z jasnym przesłaniem Ewangelii

15.05.2017

"W kulturze europejskiej chrześcijaństwo zostało wzięte w nawias i zanegowane zostało pojęcie prawdy" - mówi KAI abp Marek Jędraszewski, Metropolita Krakowski.

KAI: Podczas swojego wystąpienia w Barcelonie, na sympozjum CCEE o towarzyszeniu młodym, przedstawił Ksiądz Arcybiskup analizę kryzysu dotyczącego „samych fundamentów Europy". Podobnie jak ongiś prof. Leszek Kołakowski ostrzegał przed tymi nurtami współczesnej filozofii, które dążą do przekreślenia humanistycznej spuścizny Europy. Czy więc możemy mówić o końcu kultury europejskiej w jej obecnej postaci?

Abp Marek Jędraszewski: Leszek Kołakowski, pomimo że nie określał się jako człowiek wierzący, to podkreślał kulturotwórczą rolę religii. A w szkicu „Jezus ośmieszony” pokazywał, że dziś właściwie nie dyskutuje się z programem moralnym zawartym w Ewangelii, lecz się go ośmiesza. I to jest jeden przejaw kryzysu.

Kołakowski ostrzegał także przed nurtami filozofii, które dążą do przekreślenia humanistycznej spuścizny kultury europejskiej. Krytykował ostro koncepcję "liberalnej ironistyki" Richarda Rorty’ego. Zakłada ona, że człowiek może nadawać dowolne znaczenie używanym przez siebie słowom, za każdym razem inne. Brzmią tak samo, ale mogą mieć zupełnie inną treść. Pytanie, jak się to ma do obiektywnej prawdy, która jest fundamentem tego, co nas łączy?

Kołakowski mówił, że taka względność znaczeń i pojęć uderza w same filary naszej kultury. A jeśli mówimy o kulturze śródziemnomorskiej, to wymieniamy trzy jej podstawy: filozofię grecką, religię judeo-chrześcijańską i prawo rzymskie. Tymczasem dziś w kulturze europejskiej chrześcijaństwo zostało wzięte w nawias i zanegowane zostało pojęcie prawdy jako drugi filar. Pozostało jeszcze prawo (trzeci filar), ale nie jest ono budowane na fundamencie prawa naturalnego, czyli norm zapisanych w sumieniu. Dziś celem prawa staje się regulacja aktualnych pragnień, jest ono owocem kompromisu potrzebnego w danym momencie. To wszystko pokazuje, jak głęboki jest kryzys europejskiej kultury.

Wydaje się, że żyjemy w epoce post prawdy. I to pojęcie robi furorę.

KAI: Podobnie zresztą Benedykt XVI ostrzegał przed relatywizmem.

- Tymczasem post-prawda jest gorsza. Relatywizm jest sposobem myślenia, w którym nie ma miejsca na prawdę i fałsz. Natomiast w epoce post-prawdy nie uznaje się istnienia ani prawdy, ani fałszu. W to miejsce są dowolne narracje, odwołujące się do emocji, a nie do zobiektywizowanych zasad. Pokazuje to m.in. język. W debacie publicznej jest mnóstwo emocji, ale nie ma mowy, czy coś jest prawdą czy nie. Takich pytań dzisiaj się już nie stawia.

Natomiast dla Benedykta XVI kluczowym pojęciem jest logos: Rozum Boski i jego odblask w umyśle człowieka. Niestety, dziś z myślenia o tym, kim jest człowiek, coraz bardziej eliminuje się rozum, doceniając emocje. Rodzi to kryzys antropologiczny. Są nurty filozoficzne, które mówią: zwierzęta tak samo jak człowiek mają emocje. Powstaje zatem pytanie: jaka w istocie jest różnica między człowiekiem a zwierzętami?

W klasycznym rozumieniu człowiek to „animal rationale”. Ma wiele wspólnego z innymi istotami zwierzęcymi, ale rozum i wolna wola wyróżniają go spośród nich. Tymczasem dzisiaj chce się pokazać coś innego. A jeśli mówimy, że jednak człowiek zasadniczo się różni od zwierząt, jest to traktowane jako przejaw jego wybujałego „ego”, a nawet "rasizmu" wobec innych istot. Jean-Paul Sartre powiedział jako pierwszy, że nie ma trwałej natury ludzkiej. "Tworzymy się nieustannie" poprzez każdy czyn - nie jesteśmy tym, kim byliśmy przed chwilą, i nie jesteśmy tym, kim będziemy za chwilę.

Egzystencjalizm - zainicjowany przez Sartre'a - był pewną filozoficzną modą lat 40. i 50. XX wieku. Dziś zdaje się dominować w myśleniu społecznym a także politycznym. Problem wynika stąd, że nie myślimy już w kategoriach metafizycznych, które określają ludzka naturę. Kiedyś pojęcie płci wydawało się czymś niepodważalnym, a dziś już nie. I tu wracamy do Simone de Beauvoir ze słynnym jej powiedzeniem: "Nie rodzimy się kobietami, kobietami się stajemy!" Jest to podstawa genderyzmu: skoro to ja siebie kreuję, więc mogę nawet wybrać własną płeć.

KAI: Ale czy nie widzi Ksiądz Arcybiskup we współczesnej kulturze takich nurtów myślenia, które dają nadzieję?


- Choć nurt nazywany post-prawdą jest dziś dominujący, mam nadzieję, że - tak jak bywało w dziejach - tendencja ta minie i powróci epoka rozsądku. Nadzieją jest możliwość powrotu do nurtów personalistycznych, a przede wszystkim, na co zwracał uwagę Jan Paweł II w encyklice „Fides et ratio”, do myślenia metafizycznego.

Na scenie europejskiej filozofii są jeszcze postacie, które starają się iść w tym właśnie kierunku. Weźmy francuskiego myśliciela, Remi Bragu’a. Reprezentuje on podobny typ myślenia co Benedykt XVI, cechuje go nieprawdopodobna wprost erudycja i każda jego teza jest głęboko osadzona w dziejach filozofii europejskiej. W swych książkach Brague wykazuje potrzebę powrotu do myślenia metafizycznego, nawet jeśli nie zostanie ono wyrażone językiem tomizmu czy św. Augustyna.

KAI: Jan Paweł II mówił, że człowiek nie może siebie zrozumieć bez Chrystusa i tę wizję proponował Europie jako wizję nadziei.

- Nie ma innego ratunku dla człowieka i dla Europy, tak przynajmniej jak my pojmujemy Europę, patrząc na jej historię w perspektywie co najmniej 3 tys. lat. Jan Paweł II przypominał to wielokrotnie już od pierwszej homilii wygłoszonej z okazji inauguracji pontyfikatu, a jeszcze mocniej w Warszawie na Placu Zwycięstwa 2 czerwca 1979 r. Mówił, że Chrystus jest kluczem do zrozumienia istoty człowieczeństwa, a także naszego polskiego i europejskiego dziedzictwa.

KAI: Czy to oznacza, że w świecie pluralistycznym Jezus Chrystus może być nadzieją dla ludzi innych światopoglądów?


- Spójrzmy na to, jak głosili Chrystusa chrześcijanie pierwszych wieków, będąc w zdecydowanej mniejszości w ówczesnym pluralistycznym świecie. Dla św. Piotra Rzym był symbolem mieszaniny kultur, wyznań, narodowości i ras, „misz maszem” wszystkiego, co możliwe. W swym liście do prześladowanych chrześcijan w Poncie, św. Piotr używa sformułowania: „Pozdrawia was ta, która jest w Babilonie razem z wami wybrana”. Z kolei św. Paweł powie: „głosimy w porę i nie w porę”, i doda: „głosimy Jezusa ukrzyżowanego, który jest głupstwem dla świata, zgorszeniem dla Żydów, ale dla nas mocą i mądrością Bożą”. 

Dzisiaj znowu mamy powrót do Babilonu, czyli - używając sformułowania Benedykta XVI - do dyktatury relatywizmu. Historia zatoczyła koło, tak jakbyśmy znajdowali się znów w punkcie „0”. A więc ponownie musimy iść do świata z jasnym przesłaniem Ewangelii.

KAI: Stąd tak aktualna jest kwestia nowej ewangelizacji społeczeństw i narodów, które ongiś przyjęły chrześcijaństwo, a dziś uległy sekularyzacji...

- Ważne jest to, co pisał św. Piotr: „umiejcie uzasadnić nadzieję, która jest w nas”. Czyli niezbędne jest właściwe i zrozumiałe dla współczesnych uzasadnienie naszej wiary, apologetyka wiary. Niezbędny jest powrót do hasła św. Anzelma: „Fides quaerens intellectum” - wiara poszukująca zrozumienia’. Ale jest to o tyle trudne, że współczesny świat ucieka od rozumu. W tej sytuacji niezbędne jest świadectwo. Musimy być świadkami tego, w co wierzymy. Świadkami gotowymi na wszystko, tak jak apostołowie.

KAI: Benedykt XVI mówił, że Kościół jest „fabryką nadziei”. Czy to jest właśnie ta propozycja Kościoła dla Europy i dla świata dziś?


- Nie widzę innej sensownej propozycji. Nie znam dokładnie tej wypowiedzi Benedykta, gdyż fabryka jest miejscem produkcji. Natomiast my nie produkujemy nadziei, ale otrzymujemy ją jako dar, jest ona cnotą teologalną, obok wiary i miłości. Nadzieja jest wynikiem naszego otwarcia się na działanie Ducha Świętego.

KAI: A jakie miejsce w przekazie wiary współczesnemu światu przyznałby Ksiądz Arcybiskup środowiskom inteligencji katolickiej? W II Rzeczypospolitej znakomicie wywiązywał się z tego ruch inteligencji katolickiej „Odrodzenie”. Dziś chyba jest z tym problem?

- Rola ludzi „Odrodzenia” była istotna w dialogu ze środowiskami neopozytywistycznymi czy później marksistowskimi. Ale udawało im się to, gdyż członkowie "Odrodzenia" przeżywali swą wiarę w duchu personalizmu chrześcijańskiego, który proponował zupełnie inną wizję człowieka. A nabrało to szczególnego znaczenia w okresie zniewolenia komunistycznego. Zauważył to Karol Wojtyła, mówiąc, że osią sporu, jaki toczył się w Polsce po 1945 r., nie były problemy ontologiczne czy kosmologiczne, ale kwestia rozumienia człowieka: osoby ludzkiej, jej godności i wolności. Kościół mówiąc, że każda osoba ludzka obdarzona jest godnością i wolnością, trafiał do ludzi z prawdą o nich samych. Ta prawda niosła im nadzieję i wyzwolenie. Dlatego nauczanie Kościoła spotykało się z takim odzewem. Przecież ruch Solidarności był głęboko zakorzeniony w personalizmie kard. Karola Wojtyły i Prymasa Tysiąclecia.

Dzisiaj świat jest inny. Ale – niezależnie od dominujących prądów filozoficznych – w każdym człowieku jest głęboko zakorzenione poczucie godności i pragnienie wolności. Także pragnienie sensu, choć często jest ono zagłuszane. Jestem przekonany, że fascynacja post-prawdą runie, podobnie jak runęła wiara w „bazę i nadbudowę”.

KAI: Środowisko krakowskie za czasów kard. Wojtyły było istotnym wsparciem dla Kościoła, w tym "Tygodnik Powszechny" i "Znak". Dzisiaj to środowisko od myślenia wspólnie z Kościołem jest znacznie dalej. Czy Ksiądz Arcybiskup widzi szanse poważniejszego włączenia go w misję Kościoła? 

- Już spotkałem się z redakcjami i "Tygodnika Powszechnego", i "Znaku". Myślę, że było to dobre spotkanie. Zobaczymy jak ono zaowocuje, gdyż dużo zależy od tego, jak odnajdą oni swoje miejsce w Kościele. Jeśli odnajdą, byłoby to błogosławione dla wszystkich. 

Natomiast problemem jest autentyczny dialog. Dialog jest możliwy tylko wtedy, kiedy jasno zostaje określona tożsamość partnerów. Jest spotkaniem, którego celem jest dojście do obiektywnej prawdy. 

Ale by stać się świadkiem prawdy, muszę do niej dojrzewać i w pokorze jej poszukiwać. Myślę, że dla wielu środowisk pojęcie pokory jest czymś dalekim. Środowiska te stoją przed pokusą, by poczuć się elitą i mieć świadomość, że ma się wyłączność na prawdę. Biada więc temu, kto ośmieliłby się myśleć inaczej. Jednakże przy takim nastawieniu nie ma już miejsca na dialog. Można tylko słuchać samego siebie.

Trzeba wrócić do tego, co przedstawił nam Paweł VI w encyklice "Ecclesiam suam" z 1964 r. A mówił, że "troska o to, by dotrzeć do braci, żadną miarą nie powinna nas doprowadzać do tego, byśmy osłabiali prawdę lub coś z niej ujmowali” (n. 88). A dialog „nie może w żadnym wypadku godzić się z zaniedbaniem obowiązku zachowania naszej wiary, a działalność apostolska absolutnie nie może prowadzić do kompromisu i ustępstw, gdy chodzi o zasady moralne" (tamże).

Paweł VI wyznaczył też podstawowe kręgi dialogu, jaki winien prowadzić Kościół. Pierwszym z nich jest cała ludzkość, w tym ateiści, drugim są wyznawcy innych religii, trzecim chrześcijanie innych wyznań - bracia odłączeni, a czwartym dialog w samej wspólnocie Kościoła. Chodzi o autentyczny dialog, po to, aby Kościół rósł dzięki niemu. 


wkt/KAI

[fot. youtube.com]

CS150MINIfot

Czas Stefczyka 150/2017

PDF (4,60 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook