Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Krauze: piloci w Smoleńsku w ogóle nie mieli lądować

29.05.2014

„Nad Smoleńskiem stało się coś, co sprawiło, że samolot pilotowany przez wspaniałych lotników zamiast lecieć tak, jak chcieli piloci, zamiast odejść, opadał” - mówi portalowi Stefczyk.info reżyser Antoni Krauze.

Stefczyk.info: W ubiegłym tygodniu biegli zajmujący się sprawą smoleńską wydali oświadczenie, w którym wskazują, że nie ma żadnych przesłanek, by mówić o lądowaniu „na siłę” przez załogę rządowego tupolewa lecącego do Smoleńska. Jak Pan to ocenia?

Antoni Krauze: W styczniu 2011 roku Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie odnalazł w nagraniach z kokpitu komendę dowódcy tupolewa, kpt. Arkadiusza Protasiuka: „odchodzimy”. Tę komendę Rosjanie wymazali w swoich materiałach, które przesłano do Polski. Od tego momentu było wiadomo, że załoga nie chciała lądować. Oni nie mieli lądować. To samo zresztą wynika z materiałów rosyjskich, które wskazują, że w momencie nawiązania łączności między załogą a wieżą kontrolną Protasiuk zaznaczał, że zamierza jedynie przelecieć nad lotniskiem i zobaczyć czy może wylądować. A jak nie będzie to możliwe, to załoga miała odlecieć.

Jednak kontrolerzy rosyjscy nie nakazali im odejścia. A wydaje się, że powinni, ponieważ pogoda była rzeczywiście fatalna...

Rosyjscy kontrolerzy, znając warunki, powinni zamknąć to lotnisko i powiedzieć, żeby rządowy tupolew leciał od razu na zapasowe lotnisko. Jednak wiadomo, że tego nie zrobiono. Wiemy dlaczego, okazało się, że decydowano o tym w Moskwie... Major Protasiuk zbliżając się do lotniska wiedział, że on tylko sprawdza warunki, sprawdza, jak to wygląda. Przecież miał również wiadomości od JAKa, który lądował wcześniej. I na bezpiecznej wysokości 100 metrów, dowódca tupolewa podjął decyzję, że odchodzą znad lotniska. Tu jest istota sprawy.

Co jest zatem istotą?

Nad Smoleńskiem stało się coś, co sprawiło, że samolot pilotowany przez wspaniałych lotników zamiast lecieć tak, jak chcieli piloci, zamiast odejść, opadał. Jeśli prawdą jest to, co mówią Rosjanie, co powtórzyła potem komisja Millera, że rządowy samolot był sprawny, to oznacza, że zadziałało coś, co sprawiło, że ta maszyna nie mogła odlecieć. Tu jest istotna sprawy. My jesteśmy jednak zarzucani bezustannie różnymi szczegółami, które wcale nie są pierwszoplanowe. W tej sytuacji najważniejsze jest to, dlaczego samolot mimo woli załogi nie odleciał. Niezależnie od szczegółów, od tego na jakiej wysokości nastąpiła eksplozja, sprawą najważniejszą jest odpowiedź na pytanie, co stało się, gdy samolot był na wysokości 100 metrów.

Na to zbyt rzadko zwraca się uwagę w Pana ocenie?

Szczegóły, inne wątki są dla mnie drugorzędne. Takie stanowisko spotyka się w mediach. Niedawno mówił o tym prof. Marek Czachor z Gdańska. Tłumaczył, że trzeba sprawdzić, czy nastąpił zanik wspomagania. Coś się stało z samolotem. Staram się to przedstawić w swoim filmie, jako moment kluczowy dla rozpoznania całej tragedii.

Sprawa oświadczenia biegłych, od którego zaczęliśmy, również jest na dalszym planie?

Oświadczenie biegłych w kontekście informacji, które znamy już od dawna, jest również mało istotne. Dziwię się dlaczego o tym zapomnieliśmy, że oni w ogóle nie mieli lądować. Powtarzano nam opowieści o czterech podejściach... Załoga podjęła decyzję o odejściu na odpowiedniej wysokości. Do tej tragedii nie powinno więc dojść. A jednak doszło, ponieważ coś stało się takiego, że samolot zamiast odejść obniżał się.

Biegli jednak prostują kłamstwa o rzekomych błędach załogi. Obrzucano pilotów wiele razy błotem...

Rzeczywiście, zarówno MAK jak i komisja Millera zarzucała majorowi Protasiukowi, że próbował odchodzić lecąc na automacie, a tymczasem na lotniskach bez ILS nie można tego zrobić. Na lotnisku w Smoleńsku tymczasem nie było tego urządzenia.

To jednak okazało się nieprawdą.

Przeprowadzone badania przy wykorzystaniu tupolewa o nr bocznym 102 rzeczywiście pokazały, że ta maszyna nie potrzebowała systemu ILS, by odejść znad lotniska w automacie. Samolot reagował dobrze bez tego urządzenia. O tym niewiele się mówi, że te opowieści, że załoga popełniła błąd lądując w autopilocie, to bajki i kłamstwa.

Testy dały jednoznaczne wyniki?

Rozmawiałem z jednym z członków załogi, który mówił mi, że te loty wykonywano bardzo wiele razy, a na różnych lotniskach. I bez względu na to, czy był ILS czy nie było, samoloty zachowywały się jednakowo. To, że Protasiuk chciał odejść w automacie, a w Smoleńsku nie było ILS, nie ma znaczenia. Samolot zwyczajnie nie zareagował na próbę odejścia. Stało się coś, co sprawiło, że samolot, który był ponoć sprawny, zachował się niesprawnie. I to jest sprawa najważniejsza dla mnie.

Rozmawiał Stanisław Żaryn
[Fot. Youtube.pl]

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook