Jedynie prawda jest ciekawa

Kłamstwa Kiszczaka - prawda o zbrodni

25.02.2016

W kolejnej porcji dokumentów udostępnionych z „szafy Kiszczaka” znalazły się fragmenty jego wspomnień i odręczne notatki na różne tematy, w tym m.in. materiały do autobiograficznej książki generała.

- Były „ogromne naciski na resort, na mnie o aresztowanie księży naruszających prawo. Wszystkie załatwiłem odmownie” – pisze Kiszczak, po czym dodaje, iż „bardzo ciężko przeżył" zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki w 1984 r. przez trzech oficerów MSW. W kontekście tej zbrodni pada stwierdzenie o "puczystach". 

W kontrapunkcie do tych wybielających generała „rewelacji” warto pokazać jedyną alternatywną do wersji toruńskiej - w którą nie wierzy nikt, a która paradoksalnie wciąż obowiązuje - udokumentowaną wersję zbrodni założycielskiej III RP, wypracowaną przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego z gronem współpracowników. Wersja ta całkowicie zmienia oficjalną wiedzę o zabójstwie księdza Popiełuszki oraz o jego zleceniodawcach i nadzorcach i stoi w całkowitej sprzeczności z zapiskami generała Kiszczaka o rzekomych „puczystach”.     

Prowadzenie śledztwa dotyczącego wyjaśnienia okoliczności zbrodni  popełnionej na księdzu Jerzym zaproponowano Witkowskiemu wiosną 1990 roku. Miał opinię prokuratora specjalizującego się w wyjaśnianiu najpoważniejszych przestępstw, zwłaszcza zabójstw, a na jego plus przemawiała także statystyka – nigdy nie poniósł procesowej porażki. Już pierwsze miesiące potwierdziły zasadność pytań o wiarygodność Waldemara Chrostowskiego. Śledczy zdawali sobie sprawę, jak ważne jest wyjaśnienie tych wątpliwości. Jako bohater i jedyny świadek zbrodni Chrostowski położył fundamenty pod ustalenia procesu toruńskiego. Podważenie jego wiarygodności podważało de facto ustalenia tego procesu i rozpoczynało historię od początku. Uzyskana wiedza upoważniała prokuratorów do stawiania tezy, że rola Chrostowskiego w tragedii księdza Jerzego była inna, niż dotąd przyjmowano. Wątpliwości wywołały reakcję łańcuchową: jeżeli ta rola mogła być mistyfikacją, to ustalenia procesu toruńskiego, oparte o zeznania Chrostowskiego, mogły być nieprawdziwe. Prokuratorzy skupili się na dociekaniu, jak naprawdę wyglądało uprowadzenie kapelana Solidarności i co naprawdę wydarzyło się w październiku 1984 roku w okolicach Włocławka i Torunia.

Po kilku miesiącach intensywnego śledztwa prokuratorzy uzyskali dowody, że jesienią 1984 roku wysiłki decydentów skupiły się nie na wyjaśnianiu tego, co się naprawdę wydarzyło, a na ukrywaniu i fałszowaniu faktów. Kulminacyjny punkt operacji zafałszowywania prawdy miał miejsce nocą z 25 na 26 października 1984 roku. Z zeznań świadków i dokumentów wynikało, że w nocy z 25 na 26 października 1984 roku zwłoki księdza Jerzego zostały wrzucone z tamy w nurty Wisły, a następnego dnia, po otoczeniu terenu milicyjnym i wojskowym kordonem, odnalezione przez milicyjnych nurków. Informacja o tym fakcie wydostała się poza kordon i dotarła do Seminarium we Włocławku oraz do Warszawy. Fakt wrzucenia zwłok księdza Jerzego do nurtów Wisły w nocy z 25 na 26 października 1984 roku oznaczał, że oprawcy Księdza skazani w procesie toruńskim musieli mieć nieznanych dotąd wspólników, ponieważ sami przebywali w areszcie już od 23 października. 

Andrzej Witkowski i jego współpracownicy dotarli do świadków i dokumentów wskazujących na fakt, że wszystko to, co stało się 19 października 1984 roku było reżyserowaną, misterną grą. Okazało się, że na miesiąc przed zbrodnią ktoś „przewidział” skład przyszłej ławy oskarżonych nakazując objęcie obserwacją Adama Pietruszki, Grzegorza Piotrowskiego, Waldemara Chmielewskiego i Leszka Pękali. Obserwacje prowadzili funkcjonariusze Wojskowych Służb Wewnętrznych. Taką decyzję mógł podjąć tylko ktoś z najwyższego szczebla władz państwowych. Prokuratorzy dowiedzieli się, że także tragicznego wieczora 19 października 1984 roku Piotrowski i jego współpracownicy byli obserwowani przez sześciu funkcjonariuszy WSW. To oznaczało, że było sześciu nieznanych dotąd świadków uprowadzenia Księdza Jerzego. Witkowski i jego współpracownicy poznali ich nazwiska i poddali przesłuchaniu. Trzech z przesłuchiwanych funkcjonariuszy zadeklarowało wolę współpracy z prokuratorami, stawiając jeden tylko warunek: gwarancje bezpieczeństwa dla siebie i rodzin. Gdy Witkowski dotarł z tą informacją do ministra sprawiedliwości Wiesława Chrzanowskiego i jego zastępcy Stanisława Iwanickiego - późniejszego ministra sprawiedliwości w rządzie AWS - został odsunięty od śledztwa, które zostało skazane na zapomnienie. 

Wraz z powstaniem Instytutu Pamięci Narodowej zrodziła się możliwość powrotu do sprawy. Śledztwo zostało przywrócone prokuratorowi Witkowskiemu, któremu częściowo udało się reaktywować grupę dawnych współpracowników. Przez dziesięć lat śledztwo stało w martwym punkcie, Witkowski przeciwnie. Osiągnął wiele sukcesów, miał już opinię wybitnego prokuratora. Był nie tylko bardziej doświadczony, ale też ostrożniejszy. Wiedział, że sprawa zabójstwa księdza Jerzego jest wyjątkowa,  naznaczona mroczną tajemnicą, wielowątkowa, polityczna. Nauczony doświadczeniem przystąpił do wznowionego śledztwa ostrożnie, zostawiając najważniejsze wątki na przyszłość. Odkrywając kolejne elementy tajemnicy prokuratorzy poznali smutną prawdę o osamotnieniu księdza Jerzego w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Relacje przyjaciół księdza Jerzego pozwoliły na zrozumienie ogromu tragedii, która zaczęła się na długo przed zbrodnią. Osaczony przez SB, opuszczony przez własne środowisko, zdradzony przez współpracowników ksiądz Jerzy samotnie zmierzał ku swemu przeznaczeniu. Co dzieje się dalej? Prokuratorzy poznają procesowy wątek „sprawy Popiełuszki”. Dokumenty i zeznania świadków pokazują, jak wielka była skala mistyfikacji. Nic nie pozostawiono przypadkowi – wszystko, od najdrobniejszego elementu śledztwa po wybór składu sędziowskiego, a nawet dobór publiczności podczas procesu, było realizowane zgodnie ze scenariuszem, który powstał w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Transmitowany w radio i TVP proces toruński był pierwszym polskim realisty show. Jesienią 2003 roku, współpracownicy prokuratora Andrzeja Witkowskiego dotarli do taśm i stenogramów z lat 1984- 1990, opatrzonych klauzulą najwyższej tajności. Nagrania pochodziły z podsłuchów rodzin oraz przyjaciół czterech funkcjonariuszy SB skazanych w procesie toruńskim. Z treści rozmów rysował się obraz całkowitego „spreparowania sprawy” przez kierownictwo MSW z uwypukleniem roli generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka. Kluczową rolę w sprawie miał odegrać Jaruzelski, który żądał od Kiszczaka „uciszenia” księdza Popiełuszki. Dla Witkowskiego informacje uzyskane z podsłuchów stanowiły kropkę nad „i” dla przekonania o kierowniczej roli, jaką w sprawie odegrali Kiszczak i Jaruzelski. Sześćset godzin zachowanych rozmów stanowiło ułamek podsłuchów prowadzonych przez MSW w ramach operacji o kryptonimach „Teresa”, „Trawa”, „Robot”, już jednak ten fragment pokazywał skalę przedsięwzięcia: pełną inwigilację blisko stu osób prowadzoną przez sześć lat przez kilkuset funkcjonariuszy i tajnych współpracowników SB. Uzyskane nagrania były dowodem, że „scenariusz” ukrywania i fałszowania prawdy zaczęto realizować bezpośrednio po zbrodni i realizowano dużo dłużej, niż do czasu przemian z 1989 roku.

Andrzej Witkowski i jego współpracownicy dotarli do świadków i ściśle tajnych dokumentów MSW wskazujących nie tylko na to, że uprowadzenie i zamordowanie księdza Jerzego poprzedziło szereg przygotowań, odnośnie których decyzja musiała zapaść na najwyższym szczeblu, ale także na udział w zbrodni funkcjonariuszy GRU. Prokuratorzy zdobyli dowody, że uprowadzenie Kapelana Solidarności było zaplanowane w oparciu o kombinację operacyjną, której celem było nie tylko zamordowanie księdza Jerzego, ale też próba przerzucenia odpowiedzialności za tę zbrodnię na wybranych, szczególnie niewygodnych z punktu widzenia reżimowych władz, przedstawicieli opozycji i duchowieństwa.

Na ostatnim etapie śledztwa, w sytuacji zbliżania się prokuratorów do wyjaśnienia tajemnicy śmierci Księdza Jerzego pojawiły się sygnały o planowanym rozbiciu zespołu śledczego Andrzeja Witkowskiego. Jedyną szansą na odwrócenie trendu było przyspieszenie sprawy, postawienie zarzutów i wywołanie reakcji łańcuchowej. Jedyną siłą zdolną do uratowania śledztwa, które doprowadziłoby do ujawnienia prawdy o najgłośniejszej, a zarazem najbardziej tajemniczej zbrodni politycznej PRL, była opinia publiczna. Witkowski wiedział, że od odkrycia prawdy dzieli go tylko krok. Wiedział zarazem, że ten ostatni krok był najtrudniejszy do wykonania. Zwołane zebranie zespołu śledczego miało podsumować wyniki dotychczasowego śledztwa i poprzedzić skierowanie sprawy do sądu. W pierwszym tygodniu października 2004 roku, zgodnie z żądaniem naczelnika pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej profesora Witolda Kuleszy, Andrzej Witkowski sporządził i przekazał na piśmie informację dotyczącą stanu śledztwa. Akt oskarżenia miał wpłynąć do sądu jeszcze w 2004 roku. Wśród oskarżonych o współudział w zbrodni bądź w okolicznościach z nią związanych miało się znaleźć ponad dwadzieścia osób, w tym m.in. generał Czesław Kiszczak. Do przekazaniu aktu oskarżenia nie doszło nigdy. 14 października 2004 roku, niemal dokładnie w dwudziestą rocznicę zbrodni, kilka dni po otrzymaniu przez Witolda Kuleszę oraz Leona Kieresa informacji o wynikach śledztwa, szef pionu śledczego IPN ogłosił, że misja Andrzeja Witkowskiego została zakończona. Do odebrania śledztwa doszło blisko trzynaście lat po tym, jak Witkowski po raz pierwszy zamierzał postawić zarzuty inspiratorom zbrodni, w efekcie czego po raz pierwszy odebrano mu prowadzenie  sprawy.

Po odebraniu śledztwa prokurator Andrzej Witkowski zrezygnował z pracy w Instytucie Pamięci Narodowej i poprosił o przeniesienie do Prokuratury Powszechnej. Na dzień przed odejściem z IPN Witkowski uzyskał kolejny wyrok skazujący dla funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, którzy w latach 80 prześladowali przedstawicieli opozycji. Tym samym podtrzymał pasmo sukcesów trwające nieprzerwanie od przeszło trzydziestu lat, w trakcie których oskarżając w ponad trzystu sprawach nie poniósł ani jednej procesowej porażki. Sprawa zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki jest jedyną, której nie udało mu się dokończyć. Do dnia dzisiejszego mord założycielski III RP uważany jest za najbardziej tajemniczą zbrodnię w PRL - zbrodnię, której okoliczności, skutki i następstwa dotąd nie znalazły wyjaśnienia. Odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się stało, paradoksalnie znajduje się w aktach śledztwa, w dokumentach i zeznaniach setek świadków, których clou zawarł w swoich zeznaniach, składanych w tej sprawie, Krzysztof Wyszkowski: 

„W tamtym czasie nie było szans, by śledztwo prokuratora Andrzeja Witkowskiego doprowadzić do końca. Zbyt wiele osób było zainteresowanych jego przerwaniem. Gdy prezydentem został Lech Wałęsa, a ja na przełomie 1990 i 1991 roku  doradcą premiera rządu Jana Krzysztofa Bieleckiego, dowiedziałem się ze źródeł rządowych, że kierowca zamordowanego księdza Jerzego Popiełuszki miał być współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Ta informacja dotarła do mnie w trakcie prowadzonych rozmów w kręgach rządowych na temat potrzeb wprowadzenia w kraju lustracji, mającej na celu utworzenie niepodległego państwa, niezależnego od ludzi dawnej władzy i reprezentujących interesy rosyjskie. Jako doradca premiera i kolega prezydenta Lecha Wałęsy, namawiałem ich oraz innych ludzi z kręgu elity ówczesnej władzy do zajęcia się rozwikłaniem sprawy zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, jako węzłowej dla wykazania niejawnej i bezprawnej polityki prowadzonej przez komunistyczne służby specjalne. Ruszenie sprawy księdza Popiełuszki miało spowodować ruszenie programu państwowego, który przewidywałby pełną dekomunizację i lustrację całego środowiska politycznego. Chodziło o pozbycie się przez lustrację współpracowników Służby Bezpieczeństwa z szeregów władzy, wymiaru sprawiedliwości i środowisk dziennikarskich, prawie całkowicie opanowanych przez agenturę. Wśród duchowieństwa również było wielu współpracowników SB. Lech Wałęsa mówił wtedy, że  jest za słaby na wyjaśnienie przyczyn porwania i zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki i że gdyby do tego doszło, „zatrzęsłaby się Polska.” Lech Wałęsa wypowiedział się publicznie, że mimo, iż jest prezydentem RP, jest za słaby, aby sprawę księdza Popiełuszki ruszyć i wyjaśnić  wszystkie prawdziwe okoliczności tej zbrodni. Odebrałem oświadczenie Wałęsy, jako przejawem jego głębokiej wiedzy o tych sprawach i bezsilności nowej państwowości wobec sił i możliwości starych władz i układów wywodzących się z  okresu PRL.”   

Prokurator Andrzej Witkowski, który kilka miesięcy temu został przeniesiony w stan spoczynku, publicznie zadeklarował: „jeżeli prowadzenie tego śledztwa miałoby mi zostać powierzone, wrócę do służby i w ciągu sześciu miesięcy przedstawię opinii publicznej odpowiedzi na wszystkie pytania, które od ponad trzydziestu lat pozostają bez odpowiedzi, a których aktualność jest większa, niżby to się mogło wydawać”.  Czy uzyska taką szansę?

Wojciech Sumliński  

CS150MINIfot

Czas Stefczyka 150/2017

PDF (4,60 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook