Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Karski: Zaczęło się od tego, że nie miałem dokumentów

21.04.2014

„Wszystko miałem w głowie. Z jednym wyjątkiem, co prawie mnie zgubiło” - mówił Jan Karski, który starał się zainteresować Zachód niemieckimi zbrodniami.

Jan Karski, kurier podziemnego Państwa Polskiego, który próbował zainteresować Zachód zagładą Żydów w Europie, w publikowanym po raz pierwszy wywiadzie opowiada w jaki sposób rozpoczął walkę z Niemcami w podziemiu.

„Zaczęło się od tego, że nie miałem dokumentów. Zwróciłem się do jednego z moich przedwojennych przyjaciół Gintowt-Dziewałtowskiego, żeby mi pomógł. Okazało się, że miał związki z konspiracją i zdobył dla mnie dokumenty. Tyle że po dwóch–trzech tygodniach poprosił, żebym je zwrócił, bo ktoś inny ich potrzebuje. Ale gdybym wstąpił do organizacji, mógłbym je zatrzymać. Uznałem, że to dobry pomysł, i związałem się z grupą, z której później wyłoniła się Służba Zwycięstwu Polski, Związek Walki Zbrojnej i w końcu Armia Krajowa” - tłumaczy.

Dodaje, że w pewnym momencie sam zaoferował, że może zostać kurierem i jechać na Zachód. „Znałem dobrze Europę i języki. Pierwsza organizacja, która mnie wysłała, była skupiona wokół Ryszarda Świętochowskiego. Chodziło o to, aby ustalić relacje między rządem emigracyjnym a podziemiem. Żeby coś znaczyć w obozie aliantów, musieliśmy stworzyć konspirację. Po stronie gabinetu Sikorskiego miały być finanse, kontakty z sojusznikami, zaopatrzenie w broń. No i decyzje, kto ma być delegatem rządu na kraj: wojskowym i cywilnym. Moja misja dotyczyła przede wszystkim tej ostatniej kwestii. Dotarłem do Paryża mniej więcej w końcu grudnia 1939 roku: z Zakopanego do Koszyc przez Tatry przedostałem się na nartach. Wtedy to były Węgry, kraj neutralny, ale przyjazny Polsce. Nasz rząd miał tam swoją delegaturę. Dali mi fałszywe dokumenty, dzięki którym bez problemów dojechałem do granicy francusko-włoskiej i udałem się do Angers” - wspomina.

Po dwóch miesiącach spędzonych na spotkaniach i zdawaniu raportów Karski wrócił do kraju z powrotem. „Moja główna misja polegała na przekazaniu stanowiska rządu, że zgodzi się na każdego delegata, ale musi być jednomyślna zgoda partii politycznych. To znaczy w tym momencie ludowców, endecji i PPS. Gen. Sikorski był spowinowacony ze Świętochowskim i godził się na jego nominację, ale partie były przeciwko. On później sam próbował się skontaktować z premierem, tyle że Niemcy złapali go na Słowacji i zamordowali. Do kraju wróciłem w kwietniu 1940. Ponieważ liderzy porozumienia stronnictw mieli do mnie zaufanie, zapytali mnie, czy zgodziłbym się ponownie jechać do Francji z ustaloną kandydaturą na delegata rządu. Miałem też przekazać plany stworzenia organizacji wojskowej, która byłaby przedłużeniem Polskich Sił Zbrojnych ze wszystkimi państwowymi uprawnieniami do mobilizacji czy rekrutacji” - relacjonuje.

To właśnie wtedy padła propozycja zostania na stałe kurierem. „Podjąłem się tego. Miałem doskonałą pamięć” - wspomina. Dodaje, że w swojej pracy polegał właśnie na pamięci. Raz, gdy stało się inaczej, omal nie skończyło się tragedią. „Jechałem z Warszawy na Nowy Sącz przez Kraków, miałem tam umówione spotkania, m.in. z Borem-Komorowskim. Od jednego z rozmówców dostałem mikrofilm. I tak aresztowało mnie gestapo w Preszowie na Słowacji. Zdołałem go zniszczyć, ale wtedy sam się zdekonspirowałem i zaczęły się tortury. Trwały tak długo, że próbowałem podciąć sobie żyły. Ale strażnicy mnie uratowali. Potem gestapowcy przewieźli mnie półżywego do Nowego Sącza. W tamtejszym szpitalu dzięki doktorowi Słowikowskiemu nawiązałem kontakt z Józefem Cyrankiewiczem [późniejszym premierem PRL, który był wtedy aktywnym działaczem PPS w podziemiu – red]. Przekazałem przez łączniczkę: albo mnie ratujcie, albo dajcie mi truciznę, bo tortur dłużej nie wytrzymam. Ona dostarczyła mi kapsułkę z cyjankiem, ale powiedziała też, że będą mnie próbowali stamtąd wyciągnąć. I rzeczywiście. Przekupili jednego z folksdojczów” - mówi Karski.

Po wykurowaniu się Karski otrzymał nową misję. „Zaangażowano mnie do pracy w komórce N. To była dywersja propagandowa skierowana do Niemców. Ale wkrótce nadeszła okropna wsypa. Wiosną 1941 aresztowano szefa sztabu, najbliższego współpracownika Bora-Komorowskiego. Wpada Cyrankiewicz, który jest potem poddawany strasznym torturom, i mimo kilku prób nie udaje się go uwolnić. Bór-Komorowski decyduje się opuścić Kraków, jedzie do Warszawy, gdzie zostaje zastępcą komendanta głównego AK. Po paru tygodniach idę w jego ślady. Trafiam do BIP [Biura Informacji i Propagandy – red.] Armii Krajowej. Tam zajmuję się nasłuchem BBC, jako że dobrze znam angielski. W 1942 przychodzi nowa inicjatywa. Jest oficjalny delegat rządu i porozumienie stronnictw. Mają do mnie zaufanie: wygrzebałem się z wiezienia, nie wydałem nikogo mimo tortur, pytają mnie, czy chcę jechać do Londynu i z powrotem” - wspomina swoje wojenne misje Jan Karski.

Cała rozmowa w „Rz”

TK
[Fot. karski.muzhp.pl]

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook