Jedynie prawda jest ciekawa

Gen. Baraniecki: "Nie rozumiem postępowania prokuratury"

24.12.2012

"Nie rozumiem tej jawnej, wręcz prowokacyjnej postawy polskiej prokuratury wojskowej".

Jeżeli powołuje się biegłych, to oni odpowiadają za daną dziedzinę wiedzy i tylko oni powinni zabierać głos na tematy techniczne, w których są ekspertami - mówi w wywiadzie dla "Naszego Dziennika" gen. bryg. rez. Jan Baraniecki, zastępca dowódcy Wojsk Lotniczych Obrony Powietrznej w latach 1997-2000

Generał Baraniecki jest rozczarowany postawą prokuratorów podczas konferencji, kiedy śledczy próbowali zdementować doniesienia o znalezieniu trotylu.

"Biegli nie mieli okazji opowiedzieć o tym, jakie czynności wykonali, jaki był ich cel, czy w końcu też, jakie otrzymali wyniki i co one oznaczają. Zamiast tego prokuratorzy opowiadają jakieś dyrdymały. Mamy uwierzyć, że urządzenia wykorzystywane do wykrywania materiałów wybuchowych, wskazując na obecność śladów konkretnego związku chemicznego, mówią tylko o obecności związków wysokoenergetycznych?" - mówi generał. 

Baraniecki przypomina, że strach przed wybuchem międzynarodowej afery, gdyby okazało się, że na wraku tupolewa rzeczywiście znaleziono materiały wybuchowe przypominają mu dawne czasy.

"W tym kontekście przypominają mi się czasy, kiedy jeszcze jako podporucznik zostałem skierowany do pułku lotniczego w Bydgoszczy. Miały tam miejsce incydenty z grupą trudnych żołnierzy, które zakończyły się wizytą prokuratora wojskowego. Ów prokurator działał bez żadnych kompleksów. Byłem tym zaskoczony. Wtedy mój zastępca, doświadczony frontowy żołnierz w stopniu kapitana, wyjaśnił mi, że prokuratorzy i sędziowie wojskowi w PRL nie boją się nikogo, chyba że prokuratorów sowieckich. Zastanawiam się, czy czasem ów strach nie pozostał niejako w genach wojskowej prokuratury, a jej przedstawiciele boją się powiedzieć całą prawdę. Także o tym, jak Rosjanie z nimi współpracują" - zaznacza gen. Baraniecki.

Emerytowany wojskowy wylicza w wywiadzie także, o czym zapomniano podczas śledztwa po katastrofie.

"Zmarginalizowano wątek organizacyjny. To niezwykle ważny element śledztwa i z ogromnym zdziwieniem przyjąłem wiadomość, że wątek organizacyjny prokuratura cywilna umorzyła. A przecież na każdym kroku wskazywano zaniedbania. Od badania procesu organizacji całego przedsięwzięcia, od działania służb MSZ, urzędników KPRM począwszy. To tu od początku sabotowano wizytę z 10 kwietnia 2010 roku. Nie dopilnowano tego, jak samolot ma być przygotowany do wylotu. (…) samoloty VIP-owskie musiały być oblatane, a oblot ważny był pod pewnymi warunkami 48 godzin. Kiedy był wykonany taki oblot, skoro 7 kwietnia Tu-154M wiózł premiera da Katynia, 8 kwietnia był w Pradze i tam samolot miał defekt. Maszyna była naprawiana, i to – jak wiemy – nie do końca we właściwy sposób, a mimo to pozwolono na lot 10 kwietnia. O ponownym oblocie nie słyszałem. Uznano, że oblot jest aktualny. Jak to jest możliwe po wystąpieniu usterki i jej naprawie?

Ponadto załoga takiego samolotu nie mogła być zmieniona. Tego też nie dopilnowano. A przecież lot z 10 kwietnia 2010 roku był planowany, to można było zgrać. Gdzie ta decyzja zapadła i czy na pewno w pułku? A każde tego rodzaju niedociągnięcie wykluczało lot. W mojej ocenie, można by tu zebrać kilkanaście takich powodów już na etapie organizacji. Nie doszłoby do lotu, nie byłoby katastrofy" - mówi gen. Baraniecki.

naszdziennik.pl/run

fot. G. Stachacz

CS150MINIfot

Czas Stefczyka 150/2017

PDF (4,60 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook