Jedynie prawda jest ciekawa

Finansowanie in vitro może wywołać społeczny konflikt

31.10.2012

Czy w obliczu nędzy naszej służby zdrowia decyzja o dofinansowaniu in vitro jest słuszna? – pyta siostra prof. Barbara Chyrowicz, bioetyk z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Komentując dla KAI rządowy program finansowania procedury in vitro s. Chyrowicz wyraża obawę, że odmowa terapii ciężko chorym przy jednoczesnej refundacji zapłodnienia pozaustrojowego może wywołać kolejny społeczny konflikt.

Wydaje się, że na temat in vitro powiedziano już w ostatnich kilku latach wszystko, co było możliwe do powiedzenia i każda kolejna wypowiedź może być już jedynie autoplagiatem. Zapowiedź finansowania metod wspomaganego rozrodu niczego nowego wprost do dyskusji na ich temat nie doda, ale stawia nowe problemy związane z dystrybucją dóbr, przez które rozumiem tutaj środki finansowe, jakimi dysponuje Narodowy Fundusz Zdrowia.

Problem jest „piętrowy” – jeśli bowiem ktoś jest zdania, że metody in vitro nie powinny mieć miejsca, to może uznać, że dyskusję na temat ich finansowania może sobie darować. Nawet wtedy jednak, gdy uznaje metody in vitro za niedopuszczalne, może przyznać, że skoro tego rodzaju procedura na dobre „zadomowiła się” wśród usług medycznych, to powinna być regulowana prawnie, co podkreślam, ponieważ opowiadanie się za jej legalizacją nie jest równoznaczne z jej moralną akceptacją. Ewentualne finansowanie metody to kolejny problem...

Sprawa jest delikatna: jeśli bowiem przyjmiemy, że metoda jest regulowana prawnie i jest uznana za terapię (nie wchodzę tutaj w dyskusję czy nią jest czy nie jest), to niby dlaczego – powiedzą jej zwolennicy – nie miałaby być finansowana? Przecież nie tylko zamożni zmagają się z problemem bezpłodności! Delikatność tej kwestii polega na tym, że opowiedzenie się przeciw finansowaniu może od razu spotkać się z zarzutem bezduszności, czy wręcz dyskryminacji (dostęp mają tylko bogaci). Zawieszam zatem (co nie znaczy, że uważam ją za nieważną) argumentację przeciw metodom wspomaganego rozrodu, by skupić się jedynie na problemie jej finansowania. A decyzja o finansowaniu wcale nie wydaje mi się taka prosta...

Najpierw dlatego, że stosunkowo niska skuteczność metody – według różnych szacunków od 25 proc. do nawet 40 proc. – sprawia, że więcej niż połowa przeznaczonego na dofinansowanie funduszu „nie przełoży się” na terapeutyczny efekt. Można oczywiście wskazać tutaj na inne, eksperymentalne i mało skuteczne terapie ratujące zdrowie i życie ludzi, które nie cieszą się wcale większą skutecznością, a jednak nie skąpimy ich pacjentom. Problem w tym jednak, że są to już istniejący, czasami bardzo ciężko chorzy ludzie, natomiast w przypadku metod in vitro – z całym szacunkiem dla cierpiących z powodu bezpłodności potencjalnych rodziców – jeszcze ich nie ma...

I dalej – zdając sobie sprawę z niedostatków naszej służby zdrowia, z dramatów ludzi, którzy miesiącami czekają na badania lekarskie, endoprotezy, tomografię i szereg innych specjalistycznych zabiegów, słysząc o dzieciach cierpiących na rzadkie choroby, które mogą być leczone jedynie przy pomocy niezwykle drogich leków, jednym słowem: mając świadomość nędzy naszej rodzimej służby zdrowia, zastanawiam się czy rzeczywiście decyzja o dofinansowaniu in vitro jest słuszna? Potencjalni rodzice, których nie stać na zapłacenie za udział w programie in vitro mogliby powiedzieć: „my też cierpimy”. Zgoda, ale to jednak cierpienie innego rodzaju, cierpienie, które nie wiąże się ze śmiertelną chorobą ani z koniecznością zastosowania terapii ratującej życie. Czy w momencie kiedy ciężko chorym ludziom odmówimy z powodów finansowych dostępu do terapii finansując równocześnie metody in vitro spotka się to ze strony tych pierwszych ze zrozumieniem... Czy może wygeneruje jeszcze jeden społeczny konflikt...

I jeszcze jedno: finansowanie obejmuje określoną liczbę par, wolno przypuszczać, że chętnych będzie więcej. Co powiemy tym, którzy nie zmieszczą się w limicie? Przecież ich zegar biologiczny tyka zmniejszając zarazem szansę na to, że in vitro okaże się skuteczne. Można powiedzieć: to nie tylko problem metod wspomaganego rozrodu tylko wielu usług medycznych dostępnych na rynku. Zgoda, różnicę postrzegam w specyfice problemu: jedni angażują budżet służby zdrowia starając się ze wszech miar żeby nie mieć dzieci, drudzy oczekują pomocy finansowej państwa żeby je mieć. I kto zrozumie rodzaj ludzki!!!!?????

*

Siostra prof. Barbara Chyrowicz należy do Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego. Kieruje Katedrą Etyki Szczegółowej, jest m.in. członkinią Papieskiej Akademii "Pro Vitae", Polskiego Towarzystwa Filozoficznego i Zespołu ds. Bioetyki przy Premierze RP.

KAI/kop
[fot. sxc.hu]
CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook