Jedynie prawda jest ciekawa

Fedorowicz: Śledczy bawią się w gierki słowne

06.12.2012

O ostatnich wypowiedziach prokuratorów wojskowych oraz wykryciu materiałów wybuchowych portal Stefczyk.info rozmawia z dr. Dariuszem Fedorowiczem, który w Smoleńsku stracił brata.

Stefczyk.info: Na sejmowej komisji sprawiedliwości padło w końcu z ust szefa NPW potwierdzenie, że w Smoleńsku doszło do wstępnego wykrycia materiałów wybuchowych. Jak Pan to odebrał?

Dariusz Fedorowicz: To, co prokurator Artymiak i prokurator Szeląg mówili, to była rozpaczliwa próba ratowania twarzy po wypowiedzi Szeląga, która została wykorzystana przez media do przedstawienia tezy, że ponoć nie doszło do wykrycia materiałów wybuchowych w Smoleńsku. Słowa prokuratora miały spowodować właśnie taką reakcję. Tymczasem jednak on nie zaprzeczył, by na miejscu katastrofy smoleńskiej doszło do znalezienia śladów materiałów wybuchowych. Któraś z dziennikarek go nawet sprowokowała do stwierdzenia: nie powiedziałem, że trotylu nie było, powiedziałem, że go nie stwierdzono. Widać, że śledczy bawią się w gierki słowne. Za wszelką cenę chcą uwiarygodnić tezę, że nie na samolocie nie było żadnych śladów materiałów wybuchowych.

Na komisji padły również ważne słowa producenta detektorów używanych w Smoleńsku.

Tak, to było dla mnie znacznie ważniejsze przemówienie niż słowa prokuratorów. Jan Bokszczanin mówił, jak działają urządzenia produkowane przez niego. Oczywiście już słyszałem z ust polityków Platformy Obywatelskiej, że on musiał tak mówić, ponieważ chwali swoje produkty. Każdy sposób dobry, każde tłumaczenie, prowadzące do z góry wyznaczonych celów, dobre. Tyle tylko, że Bokszczanin chwalił również konkurencję, mówił o urządzeniach pozostałych firm zagranicznych. To, co on powiedział, że zbieżność odczytów oznacza, że nie ma innej możliwości niż obecność trotylu, jest niezwykle istotne. To, że ślady trotylu znaleziono, potwierdzili wreszcie prokuratorzy przyparci do muru. Wreszcie nazwali rzeczy po imieniu.

Padły jednak również słowa o wykryciu materiałów wybuchowych w wędlinie czy paście do butów.

Każdy, kto wie jak się traktuje wędliny ma świadomość np., że do ich produkcji używa się m.in. saletry. To mogło na chwilę zmylić detektor. Jednak tylko na chwilę. Poza tym nie wydaję mi się, by w Smoleńsku na miejscu tragedii znajdowała się wędlina czy pasta do butów w dużych ilościach. Wątpię, by w Smoleńsku one się znajdowały masowo. Sądzę, że w miejscu tragedii panowały warunki takie, jakie znajdują się w zaleceniach producenta. Te pokrętne tłumaczenia prokuratury budzą we mnie fatalne odczucia. To jest żenujące, to jest farsa. Jedynie w takich kategoriach należy traktować te wypowiedzi.

Jak Pan odbiera fakt, że próbki pobrane w Smoleńsku trafiły do Moskwy, a dopiero potem do Polski?

To jest bardzo niepokojące. Pamiętamy przecież, że minister Miller jeździł do Moskwy kilkakrotnie, by otrzymać w końcu prawdziwe zapisy z czarnych skrzynek. Spodziewam się, że również w przypadku próbek możemy mieć do czynienia z podobnym przypadkiem.

Portal wPolityce.pl publikuje fragment pisma Neuroskop, który pokazuje, że nie zawsze dochodzi do przerwania błony bębenkowej u ofiar wybuchów. Tymczasem prokuratura podawała wielokrotnie, że brak zniszczenia błony u ekshumowanych dotychczas ofiar oznacza z pewnością, że nie było wybuchu na pokładzie tupolewa.

Tyle właśnie są warte stuprocentowe zapewnienia polskiej prokuratury. Jako lekarz i wojskowy mam doświadczenia w tej kwestii. Mówienie, że błona bębenkowa zawsze pozwana zweryfikować czy doszło do wybuchu, jest nieprawdziwe. To wszystko zależy, od tego jak rozchodzi się fala ciśnieniowa, czy doszło do przerwania poszycia samolotu, czy to była fala kierunkowa itd. Uszkodzenia ucha środkowego nie muszą być u wszystkich ofiar, nawet jeśli był wybuch. Wszelkie kategoryczne stwierdzenia w tej sprawie nie mają podstaw. Możnaby cokolwiek powiedzieć, gdyby doszło do przeprowadzenia ekshumacji wszystkich ofiar. Wtedy można byłoby cokolwiek mówić, wysnuwać jakieś wnioski. A my na razie mamy jedynie cząsteczkę. Wykonano kilka badań, dodatkowo dopiero po ponad dwóch latach. Takie stwierdzenia są mało wiarygodne.

Pojawiają się komentarze, że śledczy skupiają się na zapewnianiu, że w Smoleńsku nie doszło do wybuchów.

To chyba każdy widzi na pierwszy rzut oka. Trend i kierunek działania został wyznaczony przez Prokuratora Generalnego. On mówił, że można wykluczyć wątek zamachu. To stwierdzenie było natury politycznej i nie było profesjonalne. Widać, że jest przyzwolenie szefostwa prokuratury na tego typu działania. Trudno się dziwić, by ten trend nie był realizowany. Działania prokuratury nie budzą mojego zaufania. Dlatego tak ważne jest, by do zespołów badawczych dołączać niezależnych ekspertów, którzy byliby niezależni od czynników krajowych i zagranicznych.

Rozmawiał Nal
[Fot. PAP/Grzegorz Jakubowski]
CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook