Jedynie prawda jest ciekawa

Dwa kłamstwa, w które uwierzyli dziś niemal wszyscy w Polsce. Ty też dałeś się nabrać?

24.08.2017
fake24082017
Dwa kłamstwa, w które uwierzyli dziś niemal wszyscy w Polsce. Ty też dałeś się nabrać?

Napisać, że żyjemy dziś w labiryncie post prawdy i coraz bardziej zaczynamy się w nim gubić to niestety banał. Ale chyba warto wciąż pisać i przypominać o tym, że sposoby na zwodzenie w mass mediach są coraz bardziej wysublimowane i coraz trudniej zauważyć, że jesteśmy okłamywani na wielu płaszczyznach i w różnorodny sposób. W archaicznym procesie tworzenia "mass mediów", który rozpoczął się gdzieś około II wieku p.n.e., chodziło głównie o prostą wartość, którą było samo przekazywanie informacji. To była podstawowa własność mediów aż do pierwszej połowy XX wieku, gdy w Stanach Zjednoczonych pojawił się tzw. "new journalism", którego celem stało się zastąpienie informowania sprzedawaniem sensacji. Dziś mamy kolejną rewolucję, a podstawowym celem mediów jest okłamywanie, ogłupianie, zwodzenie i oszukiwanie odbiorców informacji.

Na początku XX wieku w mediach zaczęły pojawiać się pierwsze sensacyjne nagłówki. Zmieniła się tematyka, w prasie pojawiły się opisy morderstw, królowały kryminałki, seks, wypadki i ludzkie dramaty. Wciąż jednak chodziło o to, żeby pokazywać prawdę, nawet jeśli była to prawda specyficzna, łamiąca pewne stereotypy i społeczne tabu. Pokazywać, nagłaśniać, angażować się i walczyć z tym, co stanowi ważną społecznie sprawę. Dziś takie dziennikarstwo praktycznie nie istnieje. Nawet jeśli przybiera podobną formę, to prawie zawsze za "informacją" jest drugie dno. Jest ktoś, kto z faktu „informowania” czerpie korzyść. Celem mediów nie jest już przekazywanie informacji, ale skuteczne manipulowanie prawdą i rzeczywistością. 

Dwa przykłady z ostatnich dni na to, jak żyje kłamstwo w przestrzeni medialnej. Dziś „Gazeta Wyborcza” opublikowała „newsa” z informacją: - PiS chce cenzurować internet. Cel tego tekstu jest oczywisty, środowisko antyrządowe potrzebuje na jesień otworzyć kolejny front. Po obronie Trybunału, sądów, prawa do usuwania ciąży, gimnazjalistów, lasów i przywilejów dla funkcjonariuszy SB, przyszedł czas na kolejny, mocny cios. Tym razem jest to sprawa "wolności w sieci", która na pewno zaktywizuje mnóstwo młodych ludzi. Nic dziwnego, ci będą walczyć o swój habitat, o swoją przestrzeń wolności. Ich "tu i teraz" jest w sieci i jest siecią. Tu pracują, tu się uczą, myślą, zdobywają informację, zakochują się, odkochują, płaczą i tu się śmieją. Tu jest ich "real life". Walczą o coś najcenniejszego. I „Gazeta Wyborcza” oczywiście o tym wie.

Ale „Wyborcza” publikując swojego newsa wiedziała coś jeszcze. Zdawała sobie sprawę z tego, że manipuluje. Ba, bezczelnie i ohydnie kłamie, o czym autor artykułu wiedział od samego początku do końca. Dzień przed publikacją rozmawiał z rzecznikiem ministerstwa cyfryzacji. Ten mówił mu, że wbrew temu, co piszą w tekście, nie opisują "projektu" ustawy, bo takiego projektu po prostu jeszcze nie ma. Nikt nie zna ostatecznego formy nowego prawa, nie wiadomo nawet, czy ustawa w ogóle powstanie. Dziennikarze „Gazety” mieli dostęp do dokumentu, który jest zbiorem pomysłów wrzuconych ministerstwu podczas kilku roboczych spotkań z przedstawicielami różnych środowisk. To nie jest projekt ustawy. Co więcej, celem prac ministerstwa cyfryzacji jest coś zupełnie przeciwnego od tego, co sugerują redaktorzy „Wyborczej”. Autor tekstu i redaktor naczelny „Gazety” o tym wiedzieli. Ale to nie miało żadnego znaczenia.

Schemat myślenia redakcji z Czerskiej był i jest prosty: - Na początku trzeba sobie uświadomić jasno to, jaki jest nasz cel. My nie informujemy ludzi, my walczymy z PiS-em. Dajemy sensacyjny tytuł, tu: "PiS przejmuje Internet” i mocny lead, najlepiej coś o wolności i cenzurze w sieci. Piszemy tekst tak, żeby się nie narazić się na proces. Dużo ogólników i niedomówień, a przede wszystkim wypowiedzi ekspertów, oni mogą powiedzieć wszystko i nikt ich nie pozwie - mógł mówić twórca dzisiejszego artykułu. Wypowiedzi ekspertów też niech stoją na wysokim poziomie ogólności i abstrakcji, niech będą to zdania w stylu: „Władza autorytarna często wykorzystuje cenzurę internetu” albo „Walka z fake news nie może prowadzić do kneblowania sieci i przestrzeni wolności”. To są zdania bezpieczne, a jednocześnie brzmią na tyle groźnie, że można je w tekście umieścić.

Takich fachowców i komentatorów pojawiło się po publikacji "Wyborczej" kilkunastu, może nawet kilkudziesięciu. Tekst za "Gazetą" powtórzyły inne media. Zrobiły to m. in.: NaTemat, Dziennik.pl, Wirtualna Polska, tu nawet w kilku serwisach. Zrobili inni. Wiadomość zaczęła żyć własnym życiem, w oderwaniu od opisywanej sprawy. Prawdziwe stało się nie to, co jest, ale to - co zostało opisane. Nikt z ekspertów nie komentował realnych pomysłów, wszyscy komentowali to, co napisała Wyborcza. Komentowali tekst na gorąco politycy, odnosili się do niego internauci. Opozycja grzmiała, miała już przygotowany spin, w którym straszyła, że PiS chce cenzurować sieć, więc trzeba jej bronić, tak jak wcześniej trzeba było "bronić sądów" i lasów przed "wycinką". Nagle staliśmy się zakładnikiem problemu, który nie istnieje. Ale przecież był i wciąż jest obecny w przestrzeni medialnej. Jego wymiar jest realny.

Wydawca „Wyborczej” świadomie puścił w obieg medialny fake newsa i pewnie nawet liczył się z tym, że będzie musiał zamieścić jakieś sprostowanie. Ale kto to przeczyta? Kogo to będzie obchodziło w momencie, w którym w przestrzeni medialnej wrzutka zacznie żyć własnym życiem?

Podobny schemat zadziałał w zupełnie innej sprawie. Jak wiemy, Amnesty International będzie "broniło" redaktora Tomasza Piątka przed Prokuraturą Krajową. AI rozpoczęło ogromną kampanię, pojawiły się listy podpisane przez „autorytety”. W działania organizacji włączyli się także dziennikarze, którzy bronią swojego kolegi przed próbą "cenzurowania". Wszystko dlatego, że do Prokuratury Krajowej wpłynęło zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez redaktora Piątka. I prokuratura zrobiła to, do czego zobowiązuje ją prawo w RP. Przyjęła zgłoszenie. Dokładnie tyle się w tej kwestii dotychczas wydarzyło. Nie ma jeszcze, co oczywiste, żadnych zarzutów. Tym bardziej żadnego wyroku. To jest jednak bez znaczenia, bo komunikat umieszczony na stronie AI mówi już wprost o zarzutach wobec redaktora. Ba! Nawet wymienia konkretne sprawy. Nie ma takich? Kto to sprawdzi, kto będzie na tyle dociekliwy, kto się pofatyguje? Ważne jest nie to, co realnie jest, ale to, co chcemy, żeby ludzie widzieli. Przecież poważni ludzie nie broniliby Piątka gdyby nie był zagrożony.

Zupełnie inaczej niż w przypadku dziennikarza, którego sąd w Niemczech skazał na pół roku pozbawienia wolności. Ten wyrok zainteresowania AI nie wzbudził, prawa tego człowieka do posiadania własnych poglądów nie zasługują na obronę, choć mamy tu do czynienia ze sprawą nieporównywalnie dalej posuniętą. Z realnymi zarzutami, z realnym wyrokiem, z realnym przykładem kneblowania ust. Ale jakie to ma znaczenie? Liczy się przecież to, o czym piszemy, że jest, a nie to, co jest naprawdę.

Wiem, że nie wymyślam tutaj nic nowego i nie ogłaszam odkrycia Ameryki. Niektórzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, o czym piszę. Po co więc w ogóle o tym wspominać? Głównie z bezradności i przerażenia skalą tego całego bagna, którym są współczesne mass media. Nie miejmy złudzeń, tego nie zmieni żadna ustawa. To zło jest immanentną cechą świata, w którym współcześnie żyjemy i nie można z nim walczyć konwencjonalną bronią. Oczywiście, można i należy sprawdzać, weryfikować i docierać do źródeł. Trzeba to robić. Ale nie miejmy złudzeń. Nasz przeciwnik ma w tej grze wszystkie atuty po swojej stronie. Jego natury nie zmienimy żadną ustawą. 

 

Artur Ceyrowski

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook