Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Dr Barczentewicz: To przesłanka by zakazać in vitro w Polsce

05.02.2015

To stara prawda, że sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą.

Oprócz bezpośrednich wykonawców winę za pomyłkę ponosi też minister i cały aparat państwowy, który zadecydował o programie in vitro - uważa ginekolog dr Maciej Barczentewicz, komentując w rozmowie z KAI pomyłkę kliniki in vitro ze Szczecina, na skutek której kobieta urodziła nie swoje dziecko.  Prezes zarządu Fundacji Instytutu Leczenia Niepłodności Małżeńskiej w Lublinie przypomina, że ta dramatyczna historia jest kolejną przesłanką do tego, aby całkowicie zakazać procedur wspomaganego rozrodu w Polsce.

Publikujemy rozmowę z dr. Maciejem Barczentewiczem:

Łukasz Kasper: Jak pomyłka, do której doszło w laboratorium in vitro w Szczecinie, świadczy o samej procedurze in vitro, bezpieczeństwie jej kolejnych etapów?

Dr Maciej Barczentewicz: Zgłaszają się do mnie pacjentki z niepowodzeniami po in vitro, ostatnio również po niepowodzeniach in vitro z programu rządowego ministra Arłukowicza. Trzeba mieć świadomość, że większość małżeństw poddających się tym procedurom nie uzyska „oczekiwanego sukcesu”. Jeżeli „skuteczność” wynosi ok. 20% urodzeń na cykl IVF, to jeśli wykona się jedno podejście, pozostaje 80% niepowodzeń. Jeśli się wykona 3 procedury, to też realna skuteczność jest poniżej 50% - ale „kto to wytrzyma”, jak mi kiedyś powiedział jeden z lekarzy z ośrodka in vitro w Łodzi.

Bardzo ciekawe będą wyniki podsumowujące działanie programu: ile cykli in vitro, ile oocytów, ile poczęć, ile będzie poronień, ile dzieci się urodzi, ile dzieci z wadami, ile zostanie poddanych terminacji z powodu wad lub ciąży mnogiej? Jak wygląda zdrowie dzieci już po urodzeniu? Do tej pory nie ma na ten temat wiarygodnych polskich badań, a finansowanie publiczne wymaga rzetelnej oceny - co najmniej takiej jak w Wielkiej Brytanii. Dane Human Fertilisation and Embryology Authority Register opublikowane w 2013 r. pokazały, że od 1990 r. stworzono 3 mln 806 tys. 699 dzieci na etapie zarodkowym. Natomiast pomiędzy 1992 a 2006 r. urodziło się tylko 122 tys. 043 żywych noworodków po zapłodnieniach in vitro. To znaczy, że rzeczywista skuteczność procedury zapłodnienia pozaustrojowego wynosi 3,21 proc., czyli, żeby urodzić się mogło 122 tys. dzieci, poświęcono życie prawie 4 mln innych dzieci.

Co do samej oceny „błędu” ze Szczecina - parafrazując śp. Stefana Kisielewskiego - „to nie kryzys, to rezultat”. Zezwolenie na wykonywanie procedur wspomaganego rozrodu, nawet w najbardziej „ograniczonej” formie, prowadzi jak równia pochyła do przełamywania kolejnych granic etycznych i w konsekwencji do zatrważających działań, takich jak np. selektywna terminacja w ciążach mnogich. To jest wykonywane w Polsce. Prof. Romuald Dębski pokazywał tę procedurę na wykładach dla lekarzy - w ciąży z pięcioraczkami zatruto troje dzieci, aby dwoje mogło się urodzić. O niebezpieczeństwach dla genomu ludzkiego mówią i ostrzegają genetycy - prof. Alina Midro, prof. Stanisław Cebrat, prof. Andrzej Kochański - to może być najgroźniejsze, a dziś lekceważone przez „przemysł produkcji dzieci”.

Możemy wykluczyć, że takich pomyłek już nie będzie? Że już wcześniej ich nie było?

Tego nie wiemy. W tej konkretnej sytuacji wykonano badania genetyczne, ponieważ rozpoznano wady dziecka. W związku z tym rodzi się pytanie, ile małżeństw może wychowywać „nie swoje” dzieci? Nie wykonuje się badań genetycznych u wszystkich dzieci urodzonych po zapłodnieniu in vitro. Co jakiś czas przebijają się do opinii publicznej informacje o takich i innych „błędach” z różnych krajów, np. urodzenie dziecka rasy czarnej przez białych rodziców. Należy uwzględnić, że to faktycznie ogromne cierpienie dla kobiety, małżeństwa, które jest ofiarą tej „pomyłki” i większość ludzi nie chce upubliczniać swojego problemu. Media, czasem prawnicy, żerują na tragediach, ale naturalną postawą ofiary jest chęć ukrycia się, a nie mówienia o tym publicznie. „Afera” prof. Bogdana Chazana też miała w tle dziecko z in vitro. Manipulacje medialne, ale również postawa niektórych komentujących to lekarzy miały na celu ukrycie tego faktu.

Kiedyś głośna była afera dotycząca dziecka wychowywanego przez parę homoseksualistów. W „Los Angeles Times” z 8 grudnia 2007 opublikowano specjalny raport dotyczący szczególnego przypadku związanego z procedurami ART. Na dziecko z probówki zdecydowała się para gejów Bruce Steiger i Rick Karl. Zakupili dwie komórki jajowe od studentki chcącej opłacić naukę w college'u. Studentka Alexandra Gammelgard sprzedała więcej swoich komórek jajowych, urodziło się z nich co najmniej 4 dzieci. Donację gamet stosuje się w takich wyrafinowanych przypadkach, jak również kiedy kobieta nie może już mieć własnych komórek jajowych, czynność jajnika wygasła, na „macierzyństwo” zdecydowała się zbyt późno. Sympatyczni i niewątpliwie zamożni homoseksualiści zdecydowali o wymieszaniu swojej spermy, by dziecko było „wspólne”. Następnie wynajęli matkę zastępczą, która miała donosić ciążę. Do macicy podano dwa zarodki, jeden z nich spontanicznie obumarł. Urodziła się zdrowa dziewczynka, dwaj „ojcowie” zadowoleni. Niestety po roku ich dziecko zaczęło się źle rozwijać. Okazało się, że cierpi na rzadką chorobę neurologiczną przenoszoną genetycznie, tzw. chorobę Taya Sachsa. Dlaczego? Zapłaciliśmy 250 tys. dolarów! Kto jest winny? Alexandra i jeden z „ojców” byli nosicielami. Dlaczego nie sprawdzono tego wcześniej? Niestety umowa z „kliniką” była dobrze zabezpieczona, nie gwarantowała zdrowego potomstwa. Dziewczynka najprawdopodobniej nie dożyje 5. roku życia. Trzeba zmienić regulacje prawne, zabezpieczyć prawa „kupującego”!

Jak to możliwe, że wady genetyczne dziecka, które urodziło się chore, stały się znane dopiero po jego urodzeniu?

Na szczęście nie wszystkie dzieci są poddawane diagnostyce preimplantacyjnej, bo terminacji eugenicznych byłoby jeszcze więcej. Nie wszystkie wady są wykrywane poprzez badania USG czy amniopunkcję. Część nieprawidłowości może ujawnić się dopiero po jakimś czasie, po urodzeniu, a przecież nie wszystkie dzieci są monitorowane. Można by zatem wrócić do słynnej „bruzdy”, o której mówił kiedyś ks. prof. Franciszek Longchamps de Berier - wyspecjalizowani lekarze zajmujący się morfogenetyką są w stanie rozpoznawać nieprawidłowości na podstawie szczególnych cech morfologicznych kilkuletniego już dziecka, potem można to potwierdzić w badaniu kariotypu. Nagonka medialna na księdza profesora była z punktu widzenia nauki nieuzasadniona. Konsekwencje manipulacji in vitro mogą się też objawić dopiero w kolejnych pokoleniach potomstwa.

Zespół ds. Bioetycznych Episkopatu Polski wielokrotnie przypominał, że procedura in vitro wiąże się z niebezpieczeństwem występowania niepożądanych skutków genetycznych i zdrowotnych. Wydał nawet w tej sprawie dokument z konkretną bibliografią naukową.

Jeśli popatrzyć w bazy Pubmed lub Cochrane, prac naukowych poświęconych technologii in vitro są setki tysięcy. Dotyczą metod hodowlanych, stymulacje, w jakim czasie to robić, jak to zrobić, żeby osiągnąć sukces. Natomiast jeśli chodzi o ryzyko, powikłania, monitorowanie długofalowych skutków ubocznych, zdrowia dzieci - tych prac naukowych jest ciągle zbyt mało. Niestety nigdzie nie przeprowadzono wstępnej, rzetelnej analizy i oceny procedur in vitro. Została ona masowo wprowadzona bez wcześniejszych solidnych badań jako toczący się „eksperyment” na człowieku, w najdelikatniejszej materii, dotykając biblijnego Drzewa Życia. Żaden lek nie mógłby być wprowadzony na rynek bez wcześniejszych wieloetapowych badań skuteczności i ryzyka, działań ubocznych. Wobec in vitro takich standardów nie zastosowano. Za duża presja na sukces? A może celowa polityka decydentów i lobby farmaceutyczno-przemysłowego? Ogromne pieniądze? Ideologia? Nowy „wspaniały” świat.

Publiczna debata na temat tej pomyłki skupiła się na błędach proceduralnych kliniki in vitro. Mówi się o karach, cofnięciu rządowej koncesji, skierowaniu sprawy do prokuratury. W tle jest „nie swoje” dziecko, którego los jest niepewny...

Jest to bardzo indywidualna sytuacja i rodzice poddani są ogromnej presji z różnych stron. Dziecko jest jedną z ofiar, najważniejszą. Czy zostanie zaakceptowane takie, jakim jest? Czy przyjmie go małżeństwo, na którego zamówienie zostało poczęte? A kary? Winowajcą jest również minister i cały aparat państwowy, który zadecydował o programie. Samo wykonywanie procedur in vitro jest narażeniem dzieci na bardzo poważne zagrożenie życia i zdrowia, jest sprzeczne z konstytucją i kodeksami. Oczywiście bezpośredni wykonawcy też ponoszą winę, ale to stara prawda, że sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą. Trzeba będzie poszukać kozła ofiarnego, żeby proceder dalej trwał w najlepsze. Takim „kozłem” uczyniono wcześniej prof. Chazana, wydaje się, że wskutek przemyślanej prowokacji.

Konsternacja zwolenników in vitro szybko skierowała się natomiast ku refleksji, że cała sprawa to efekt braku ustawy o in vitro. W skrócie: gdyby była ustawa, nie doszłoby do pomyłki... Czy rzeczywiście tak jest?

Absolutnie nie, to nie pomyłka, to rezultat, to jeszcze jedna przesłanka do tego, aby całkowicie zakazać procedur wspomaganego rozrodu w Polsce. Jest to możliwe wolą ustawodawcy, lepiej późno niż wcale. Unia Europejska nie zobowiązuje nas do legalizacji in vitro, musimy mieć tylko ustawę bioetyczną, a jej treść jest wolą Sejmu i Senatu.

Rozmawiał Łukasz Kasper

---

W sierpniu ub. roku wskutek błędu przy zabiegu zapłodnienia in vitro w klinice ginekologii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego pacjentka urodziła nie swoje dziecko. Nasienie męża, zamiast z komórką jajową żony, miało zostać połączone z komórką innej kobiety. Dziecko urodziło się z wadami genetycznymi, przebywa teraz w szpitalu.

Rodzice zawiadomili Prokuraturę Okręgową w Szczecinie o przestępstwie z art. 160 Kodeksu karnego - o narażeniu człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Ta odmówiła jednak wszczęcia śledztwa.

Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz również zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia błędu medycznego. Klinice wypowiedziano umowę w zakresie rządowego programu in vitro. Na placówkę została też nałożona maksymalna przewidziana w takich sytuacjach kara finansowa - 10 proc. wartości kontraktu, w tym przypadku 76 tys. zł.

Z aktami postępowania szczecińskiej prokuratury zapozna się natomiast prokurator generalny Andrzej Seremet. Chce zbadać, dlaczego odmówiono wszczęcia śledztwa.

KAI, lz

[fot: sxc.hu]

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook