Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

D. Skrzypek: Sławek był cudownym wzorem dla dzieci

26.12.2011

Boże Narodzenie to chyba najbardziej rodzinny czas w roku. Szczególnie mocno wspominamy tych, którzy odeszli. Nigdy dość przypominania takich postaci jak Sławomir Skrzypek - prezes Narodowego Banku Polskiego, który zginął w Smoleńsku. Uznany w 2009 roku przez opiniotwórcze pismo „Global Finance” za jednego z najlepszych szefów banków centralnych na świecie. A prywatnie żarliwy patriota i troskliwy ojciec. Dorota Skrzypek w specjalnej rozmowie ze Stefczyk.info i wPolityce.pl wspomina Boże Narodzenie z mężem i opowiada o pustce, jaka już na zawsze będzie jej towarzyszyć w Święta.

To już drugie święta bez męża i taty. Oswoić się z pustką na pewno się nie da, ale czy choć trochę czas leczy tę ranę?

Niestety nie mogę tego jeszcze powiedzieć. Być może w ogóle czas leczy rany, ale na pewno nie ten czas i nie te rany. Przyjęliśmy to, co się stało do wiadomości, ale bardzo trudno jest o tym nie pamiętać. Szczególnie w Boże Narodzenie. Podejrzewam, że do końca życia będę odczuwała ten brak i żaden czas tego nie zmieni.

Zwykle w tygodniu przedświątecznym spotykamy się na wigiliach w pracy, wśród przyjaciół, z osobami, z którymi nie zobaczymy się w czasie Świąt. Pani w tym roku miała jeszcze jeden taki punkt w kalendarzu – opłatek z przyjaciółmi w tej samej trudnej sytuacji – innymi rodzinami ofiar katastrofy.

To nasza wewnętrzna potrzeba. Z kilkoma zaprzyjaźnionymi rodzinami jesteśmy w stałym kontakcie. Po raz pierwszy postanowiliśmy się spotkać się przy opłatku. To był wyjątkowy wieczór. Z jednej strony bardzo przejmujący i wzruszający, z drugiej – dość naturalny. Łączy nas bardzo ważne i bolesne doświadczenie. Dlatego choć w większości nie znaliśmy się przed 10 kwietnia, to z tymi kilkoma osobami czujemy się ze sobą bardzo blisko związani. Chcieliśmy się przełamać opłatkiem, złożyć życzenia. Jak najbliższym przyjaciołom, a nawet rodzinie. Mamy takie poczucie – bo jesteśmy w większości ludźmi wierzącymi – że oni tam razem i my tutaj mamy tę samą potrzebę.

Mogę zapytać, jakie życzenia dominowały w tym gronie?

Życzyliśmy sobie wiary – mimo wszystko, nadziei – mimo wszystko i sił, żeby sobie poradzić z różnymi rzeczami, które nas spotkały, ale też – jak się domyślamy – jeszcze nas spotkają. I żeby znaleźć w życiu – mimo wszystko – dużo radości. Bardzo sobie dziękowaliśmy za siebie nawzajem, bo jesteśmy dla siebie wielkim wsparciem. Podobnie widzimy rzeczywistość, na podobne rzeczy się nie zgadzamy i nigdy nie zgodzimy. I życzyliśmy sobie, żeby rzeczywistość w naszej Polsce – która naprawdę nie jest dla nas pustym słowem, tak jak nie była dla naszych zmarłych bliskich – zmieniła nam się na lepsze.

Jak bardzo zmieniło się Boże Narodzenie u pani w domu, kiedy zabrakło głowy rodziny? Czy mimo wszystko w tych dniach może pojawić się radość, o której pani wspomniała?

Niestety straciłam chyba już ten entuzjazm, z jakim zawsze do Świąt Bożego Narodzenia podchodziłam. To pewnie dość naturalne, ale przez te trudne doświadczenia bardziej skupiłam się na tym, co w Świętach Bożego Narodzenia najważniejsze, czyli na ich wymiarze religijnym, duchowym. Na autentycznej wierze w narodzenie Pana Jezusa, który przyszedł na świat, żeby nas wszystkich zbawić, żeby nas swoim życiem nauczyć Tej miłości. Te Święta zmieniły się dla mnie nieodwracalnie. Spędzaliśmy je w dużym gronie rodzinnym – z moimi rodzicami, z tatą Sławka, z naszym rodzeństwem, dziećmi, ale to Sławek zawsze był pierwszą osobą, do której podchodziłam z opłatkiem. Cieszyło nas w tych Świętach to, że jesteśmy razem, że mamy kilka dni tylko dla siebie. Poza tłumną, rodzinną Wigilią i pierwszym dniem Świąt, zwykle drugiego dnia we czwórkę z chłopcami wyjeżdżaliśmy w góry. Do Sylwestra chcieliśmy pobyć razem i odpocząć po całym roku. Brakuje mi tego wszystkiego.

A czy pani mąż miał jakieś specjalne świąteczne zadania w domu, był za coś szczególnie odpowiedzialny? Może czytał fragment Pisma Świętego w czasie Wigilii, kupował choinkę, intonował kolędy?

Akurat Pismo Święte zazwyczaj czytałam ja. Muszę szczerze przyznać, że on był zawsze potwornie zajęty i pracował do samej Wigilii. Zwłaszcza w ostatnich latach. W związku z tym nie mogłam go za bardzo obarczać domowymi obowiązkami. Wcześniej był odpowiedzialny właśnie za kupowanie choinki. Tyle tylko, że on - jak to on - miał w zwyczaju wybierać rzeczy porządne, solidne, duże i choinkę też taką zawsze kupował. Ostatni raz przyniósł tak wielką, że nie można jej było wnieść do domu, więc wystawiliśmy ją na zewnątrz, ale nie była w stanie utrzymać się w żadnym stojaku. Trzeba ją było oprzeć o dom, przywiązać i próbować jakoś szczątkowo ozdobić, bo też nie mieliśmy wystarczająco dużo ozdób. Od tamtej pory nawet o choinkę musiałam zadbać, żeby w naszym niewielkim domu się mieściła.

Rodzina, która ma ponad 600-litrowe akwarium z małą Amazonią, karpia raczej nie zabija.

To prawda. Mąż by tego nie przeżył. Ale karp zawsze był, przygotowywała go moja mama na kilka sposobów, bo ta Wigilia była u nas bardzo tradycyjna. Zaczynamy od czytania Pisma Świętego, potem łamiemy się opłatkiem i siadamy do postnej wieczerzy. Naszą ulubioną potrawą, a zwłaszcza Sławka, były pierogi z kapustą i grzybami. Mimo ze zdarzało nam się je jeść w ciągu roku, to miałam wrażenie, że w Wigilię czekamy specjalnie na te pierogi. On je uwielbiał.

Pani mąż od młodości angażował się w walkę o wolną i wielką Polskę. Rzadko się o tym mówiło, ale przecież miał wspaniałą biografię – działał w podziemiu, zakładał młodzieżowe organizacje opozycyjne, był w KPN, w latach 80. siedział w więzieniu. Polska od zawsze była dla niego bardzo ważna i zapewne chciał tę miłość i szacunek przekazywać dzieciom, zwłaszcza tym młodszym – chłopcom.

Mój mąż zdążył zrobić bardzo dużą i dobrą robotę, jeżeli chodzi o naszych synów. Opowiadał im o naszej historii, prowadzał w związane z nią miejsca, zabierał na uroczystości w rocznice ważnych wydarzeń. Namawiał do czytania i kupował odpowiednie dla dziecięcego wieku książki historyczne. Minęły niespełna dwa lata, więc nie wiem, jak będzie dalej, ale mam nadzieję, że zapał im pozostanie. Oni bardzo dobrze pamiętają, co zostawił im „w spadku”. Mają obraz taty mówiącego im o Polsce, tak zwyczajnie, bez wielkich słów, ale tak pięknie, że i ja tego słuchałam z ciekawością. Bardzo często o tym mówią.

Teraz wszystko spadło na panią. Jak trudno przywyknąć do tej podwójnej roli – mamy, ale jednocześnie kogoś, kto musi przejąć pewne zadania do wykonania w zastępstwie męża, ze świadomością, że dla niego byłby to jeden z najważniejszych celów wychowawczych?

Mnie jest o tyle łatwiej, że mąż uczył chłopców miłości do ojczyzny nie zwracając uwagi na ich młody wiek. Dziś jeden ma 10 lat, drugi 8, a już mają sporą wiedzę historyczną. Oczywiście czuję na sobie tę odpowiedzialność. To jeden z moich najważniejszych obowiązków, jakie Sławek mi zostawił – wychować chłopców na patriotów, na porządnych, dobrych ludzi. Jestem bardzo dumna z tego, kim był i – przede wszystkim – jaki był mój mąż. Myślę, że dzieci mają bardzo podobne odczucia. Wierzę głęboko i już to widzę, że będą chciały tatę naśladować. A miały naprawdę cudowny wzór.

Rozmawiał Marek Pyza
[fot. Wikipedia.pl]

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook