Jedynie prawda jest ciekawa

Danuty Wałęsy pochwała patriarchalizmu

04.12.2011

Książka Danuty Wałęsy „Marzenia i tajemnice” to lektura, który budzi mieszane uczucia. To typowa historia Kopciuszka ze wsi, gdzie chodziło się do wychodka za stodołą, który – oczywiście poprzez szereg wydarzeń – zostaje żoną laureata Nagrody Nobla, prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej.

I – choć w zamyśle autorów to miała być biografia polityczna – to wątki osobiste wybrzmiewają w książce Wałęsowej na pierwszym planie. Właściwie, o polityce jako takiej jest niewiele albo wcale, co autorka tłumaczy jednym lakonicznym komentarzem: - On nigdy mi nie mówił, jak go traktowali na komendzie. Zresztą nigdy nie rozmawiał ze mną na tematy polityczne”.

Ci, którzy spodziewali się po publikacji nieznanych dotąd szczegółów dotyczących Grudnia’70, aresztowania Wałęsy, rozmów z SB czy kulisów rodzącej się „Solidarności” czy Sierpnia’80 niewątpliwie się zawiodą. Prócz tendencyjnych opisów powszechnie znanych faktów, typu „trochę wypili i puścili wodze fantazji, szczególnie mąż, który lubi robić wrażenie na rozmówcy" (o słynnej rozmowie Lecha z bratem Stanisławem w Arłamowie) nie znajdziemy tu nic nowego, nic zaskakującego.

Nawet jeśli chodzi o sympatie i antypatie pani Danuta jest na wskroś przewidywalna. Jak zauważył w swojej recenzji „Marzeń i tajemnic” Sławomir Cenckiewicz, „wrogowie Lecha Wałęsy są wrogami Danuty, a jego przyjaciele – jej przyjaciółmi”. I w myśl tej zasady, w negatywnym świetle zawsze pojawiają się Gwiazdowie, Krzysztof Wyszkowski, „zły prezes” Janusz Kurtyka i „pisarze z IPN”. Ale prawdziwymi czarnymi charakterami są Anna Walentynowicz (która – według Danuty - przypadkiem miała zostać matką chrzestną jednej z córek Wałęsów), znani duchowni oraz Jarosław i Lech Kaczyńscy. Jeśli zaś chodzi o chrzest, to według ustaleń Cenckiewicza prawda wygląda nieco inaczej, bo to Wałęsa w 1979 roku poprosił o zostanie rodzicami chrzestnymi Walentynowicz i Borusewicz, by zyskać uznanie i na trwałe związać się z liderami trójmiejskiego ruchu oporu. Ostrych słów nie szczędzi Wałęsowa pod adresem hierarchów kościelnych (abp Leszek Sławoj Głódź to „niespełniony polityk”, który „rozminął się z powołaniem”, o. Tadeusz Rydzyk – „pan z Torunia w czarnej sukience z koloratką na szyi”, zaś Henryk Jankowski – erotoman „wypowiadający obleśne słowa”) oraz Lecha i Jarosława Kaczyńskich, którzy urastają na jej prawdziwych wrogów.

We wspomnianej przeze mnie recenzji Sławomir Cenckiewicz chwali Wałęsową za pomysł napisania wspomnień, bo coś, co jest normalną praktyką polityków na Zachodzie, w Polsce wciąż jeszcze raczkuje. Jednak w mojej opinii publikacja Wałęsowej nie ma wielkiej wartości, jeśli patrzeć na nią pod kątem wspomnień politycznych.

Dla mnie, jako kobiety, na pierwszy plan wysuwają się wątki osobiste bohaterki, a zwłaszcza jej relacja z mężem. Budząca się po lekturze pierwszych stron biografii sympatia i pewna forma uznania (w końcu jako prosta nastolatka z zabitej dechami wsi sama wyjeżdża do „wielkiego miasta” i jakoś dobrze sobie w nim radzi) ustępuje miejsca współczuciu i… i temu dziwnemu zmieszaniu, które towarzyszy już do ostatniej strony.

W momencie, kiedy Danuta poznaje Lecha, kończy się typowa narracja jak w bajce o Kopciuszku. O swoim przyszłym mężu Wałęsowa od samego początku pisze bez emocji. Poznała go przypadkiem, bo przyszedł do kiosku, w którym pracowała. Tak mu się spodobała, że następnego dnia wrócił, podarował jej gumę do żucia, a wkrótce się pobrali. Historia małżeństwa kreślonego wspomnieniami Wałęsowej nie należy do romantycznych opowieści. Właściwie, można dojść do wniosku, że to plastikowy układ, bez głębszych uczuć, ponad te, że parę łączy ósemka dzieci. „Liczył się ze mną do pewnego czasu. Teraz już się nie liczy". "Nigdy chyba nie kupił mi kwiatów, ot tak, spontanicznie". "On wtedy, już w latach siedemdziesiątych, poświęcił swoją rodzinę (...). "My faktycznie od 1980 r. nigdy nie rozmawialiśmy ze sobą o swoich pragnieniach". "Długo byłam uzależniona od męża, on miał nade mną władzę uczuciową". Cieplejsze słowa o mężu w książce nie padają.

Ale właściwie Danucie taka sytuacja zdaje się mocno nie przeszkadzać. Wielokrotnie podkreśla, że taki układ jej pasował, a jej życie wypełniały pojawiające się na świecie kolejne dzieci. Te lata Wałęsowa uważa za najlepsze w jej małżeństwie, potem jednak zaczyna się ta „cholerna polityka” i Lech staje się nieczęstym gościem w domu.

Żebrząca o uwagę, zamknięta w okopach pieluch, smoczków i dziecięcych ubranek, Danuta wchodzi na drogę emancypacji, której szczytem jest podróż do Oslo po przyznaną mężowi Nagrodę Nobla. - Już nigdy czegoś podobnego nie przeżyłam, nie doznałam takiego dowartościowania własnej osoby i jeśli można tak powiedzieć, mojego ja – pisze.

Być może ten moment właśnie przyszedł – swoją biografią Danuta Wałęsowa wychodzi z cienia męża. Ale ta cała emancypacja i „wyzwolenie” wspomnień wcale nie budzi sympatii czytelników. Oczywiście, nie jestem zdania, że o sprawach trudnych i bolesnych nie można mówić, że pisząc biografię należy „czyścić” te wszystkie czarne plany. Jednak państwo Wałęsowie sprawiają wrażenie, jakby komunikowali się za pomocą tej książki i wywiadów na fali medialnego zainteresowania po jej publikacji.

- To jest nieporozumienie, by po 42 latach małżeństwa dowiadywać się, że jesteśmy razem, a jednak osobno – wyznał w jednym z wywiadów Lech Wałęsa, co zaraz wywołało medialne spekulacje o rzekomym rozwodzie. - Nasza religia nie pozwala na rozstania – zapewnił w rozmowie z „Newsweekiem”. I dodał, że z żoną są praktykującymi katolikami, inaczej mógłby podjąć poważne kroki. Jeśli jedyną barierą, jaka miałaby uchronić małżeństwo przed rozpadem, są zasady wyznawanej przez nich religii, to chyba naprawdę coś nie tak musi być z więzią między nimi. A raczej jej brakiem.

Jedno, za co Danucie należy się wielki szacunek, to fakt, że mimo tej oschłości ze strony męża, czy w ogóle – bezuczuciowego małżeństwa – nie porzuciła go, rodziła i wychowywała kolejne dzieci, praktycznie w pojedynkę. Dlatego tym bardziej – podobnie jak Sławomir Cenckiewicz – nie rozumiem zachwytu, z jakim o „Marzeniach i tajemnicach” rozpisują się niektóre feministki. Książka jest raczej pochwałą tradycyjnego patriarchalizmu, aniżeli feministycznego wyemancypowania.

 

Marta Brzezińska

Tekst ukazał się na portalu Fronda.pl

D. Wałęsa, Marzenia i tajemnice, Wydawnictwo Literackie 2011, ss. 546. 

[fot. wydawnictwoliterackie.pl] 

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook