Jedynie prawda jest ciekawa

Czarnecki: Zaprogramowany "sukces" Tuska

21.11.2012

"Ten kto mówi teraz o wejściu Polski do strefy euro jest albo idiotą, albo sabotażystą" - mówi Ryszard Czarnecki, eurodeputowany PiS.

Stefczyk.info: Pojawia się wiele sprzecznych informacji, jeśli chodzi o nasze oczekiwania związane z negocjacjami unijnego budżetu. Pana zdaniem, kiedy będziemy mogli mówić o sukcesie? Jaka kwota byłaby dla Polski realna, a zarazem zadowalająca?

Ryszard Czarnecki: Jako koordynator mojej grupy politycznej w komisji kontroli budżetu w Parlamencie Europejskim robiłem obliczenia i wychodziło mi, że Polska powinna żądać kwoty w przeliczeniu na złotówki 492 mld Choć są analizy, które mówią i o 500 i o 520 miliardach. Natomiast premier Tusk napisał nowy rozdział do książki jak nie negocjować skoro najpierw mówił o 300 mld, a potem mówił o 400 mld. Zwykle w negocjacjach robi się odwrotnie. Najpierw zaczyna się od wyższej kwoty, żeby ewentualnie schodzić niżej i szukać kompromisu. Postępując odwrotnie Donald Tusk bardzo utrudnił sobie sytuację i zmniejszył szansę na powodzenie. Dodatkowo stwierdził, że nie będzie wetował, czym wytrącił sobie kolejny argument z ręki. A warto podkreślić, że jednym z trzech krajów, które najczęściej sięgają po weto jest państwo, z którym Tusk chce mieć szczególnie ciepłe relacje - Niemcy. Pozostałe dwa to Austria i Belgia. Natomiast dostrzegam też pewną socjotechnikę w tym co robi teraz ekipa Tuska. To widać w wypowiedziach takich polityków jak Janusz Lewandowski, czy Jacek Protasiewicz. Oni cały czas mówią o problemach i trudnościach, o uporze Brytyjczyków itd. Przedstawiają czarny scenariusz, tylko po to, by potem każde rozwiązanie przedstawić jako sukces rządu i samego Donalda Tuska. Czegokolwiek Tusk z Brukseli nie zwiezie (choć to nastąpi raczej w grudniu niż teraz) ogłosi to jako sukces na arenie międzynarodowej. Przypomnę tylko, że w 2008 roku Tusk odtrąbił jako sukces pakiet klimatyczny, po tylko to, żeby go po czterech latach zawetować. I myślę, że z tym budżetem może być podobnie.

Która koncepcja budżetu z tych ostatnio dyskutowanych - cypryjska, czy opracowana przez van Rompuya jest korzystniejsza dla Polski?

Dla Polski jest ważna nie tylko ilość pieniędzy, ale też struktura budżetu. My musimy ocalić dwa główne dla nas "krany finansowe" tzn. CAP (wspólną politykę rolną) oraz politykę spójności. Natomiast manewry państw starej Unii, a więc płatników netto są nastawione głównie, żeby zmienić strukturę i może mniej zmniejszyć budżet, ale więcej środków przesunąć na rozwój nowych inwestycji i technologii. To jest ewidentnie pomyślane tak, aby zrobić ulice dwukierunkową, jeśli chodzi o składki. To znaczy oni dają, ale tak zmieniają strukturę, żeby jak najwięcej wyciągnąć z powrotem. Stąd te propozycje. Takim pomysłom kibicowała ostatnio Gazeta Wyborcza, zapominając, że my jako Polska w bardzo niewielkim stopniu korzystamy z funduszy na badania naukowe i rozwój. Polska, która jest jednym z 50-ciu najbiedniejszych krajów UE(obok Bułgarii Rumunii, Litwy i Łotwy ) więcej na program ramowy badań naukowy dopłaciła, niż stamtąd wzięła.

A na czyje wsparcie w tych negocjacjach budżetowych możemy liczyć? Czyje interesy są najbardziej dziś zbieżne z Polskimi?

Trawestując powiedzenie, którego używał Winston Churchil, że "Wielka Brytania nie ma ani stałych wrogów ani stałych przyjaciół, tylko ma stałe interesy" – można powiedzieć, że i Polska nie powinna mieć stałych przeciwników lecz stałe interesy. A więc w różnych sprawach powinniśmy tworzyć różne sojusze. Np. gdy chodzi o ratowanie funduszu spójności – naturalnymi sojusznikami jeśli chodzi o starą Unię będą Hiszpania, Portugalia, Grecja, większość nowej unii,(ale nie cała, bo np. Słowenia, która ma PKB na głowę jednego mieszkańca większy niż Portugalia, więc nie jest zainteresowana funduszami spójności). A gdy chodzi o ratowanie CAP, to ci z którymi kłócimy się o wysokość budżetu Unii, Francuzi czy Włosi, mogą być naszymi sojusznikami. Taki więc w poszczególnych sprawach dotyczących budżetu możemy mówić o różnych naturalnych sojusznikach. W XXI wieku każdy naród walczy o swoje.

Donald Tusk lubi podkreślać swoje dobre stosunki z Niemcami. Czy te negocjacje będą testem na realną wartość tej "przyjaźni"?

Ten test został już przez Donalda Tuska oblany. Np. gdy chodziło o pakiet klimatyczny, gdy spotykały się po raz pierwszy rządy Polski i Niemiec w Warszawie – Niemcy żadnego poparcia Polsce nie udzieliły. Bliskie relacje z Angelą Merkel nie pomogły też, żeby zablokować Nordstream (Gazociąg Północny), kiedy to Niemcy zrobiły deal z Rosją nad głowami Polski. To pokazuje, że na razie bliskie stosunki z Niemcami pozostają w sferze werbalnej i medialnej, a Polsce nic nie przynoszą. Ale oczywiście budżet będzie kolejną okazją do powiedzenia "sprawdzam". Na razie Niemicy nie zmieniły swojego stanowiska – aby zmniejszać budżet. A to jest dla Polski niekorzystne. Przypomnę też, że podczas naszej prezydencji Polska nie zrobiła nic w kwestii. Wtedy pan Dowgielewicz i inni mówili, że to nie jest czas o walkę o polskie interesy. A kiedy jest taki czas – pytam? Teraz Donald Tusk się obudził, ale może być już za późno.

Przy okazji sprawy budżetu dużo mówi się znów o przystąpieniu do strefy euro. Czy to dobry czas na forsowanie takich pomysłów?

Nam się po prostu nie opłaca wchodzić do strefy euro w czasach kryzysu. Własna waluta jest instrumentem elastycznego reagowania na sytuację ekonomiczną. Jest takim buforem, który pozwala gospodarkom narodowym łatwiej znosić kryzys. Ten kto mówi teraz o wejściu Polski do strefy euro jest albo idiotą, albo sabotażystą. Zresztą to jest kwestia na tyle poważna, że powinna być poddana pod referendum.

not.ansa

[fot. PAP/EPA]









CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook