Jedynie prawda jest ciekawa

Burdzy: Romney odrobił lekcje i wygrał

04.10.2012

Pierwsze telewizyjne starcie kandydatów na prezydenta USA przypominało starcie „Pana Ja-To-Naprawię” z „Najlepszym Uczniem w Klasie, Który się Nie Przygotował”. Tym razem, wygrał ten, kto był lepiej przygotowany - pisze Paweł Burdzy.

Pan „Ja-To-Naprawię” to oczywiście republikanin Mitt Romney, który w środę wieczorem wygrał zdecydowanie. To nie był nokaut, bo na tym poziomie – szczerze powiedziawszy raczej nie do osiągnięcia dla współczesnych polskich polityków – one się nie zdarzają. Ale republikanin był ostry i zwięzły w swych wypowiedziach, pokazał że ma chęć i energię aby zostać przywódcą. Kilka razy wręcz skarcił prezydenta jak uczniaka, który źle odrobił pracę domową. „Pracowałem w biznesie przez dwadzieścia pięć lat, nie wiem o czym pan mówi. Może powinien pan  zmienić księgowego” powiedział raz. „Panie prezydencie, przysługuje panu samolot i dom na koszt państwa, ale nie własny zestaw faktów” powiedział drugi. Romney przekonał rodaków, że wie o czym mówi (sypał przykładami „zwykłych” ludzi jak z rękawa, wymieniał swoje pomysły w pięciu punktach, odmieniał przez wszystkie przypadki słowo „small biznes”) a także wie czego chce.

Prezydent Barack Obama wypadł blado, momentami wyglądał jakby był znużony koniecznością debatowania. Pozbawiony telepromptera i wiwatujących tłumów, był zagubiony. Cztery lata prezydenckiego sztafażu, gdy mógł mówić do woli, nikt mu nie przerywał ze względu na szacunek dla urzędu, wreszcie łagodne traktowanie przez dziennikarzy, przyniosły efekt. Kiedy prezydent, który ostatni raz debatował cztery lata temu wyszedł na ring i spotkał na nim zdeterminowanego  rywala, wyglądał jakby tylko odliczał minuty do końca. Nie patrzył na konkurenta, miał wzrok wbity w pulpit, gdzie coś sobie notował. Co w tym wszystkim najdziwniejsze, Obama w swoich atakach nie wykorzystał swoich dotychczasowych mocnych elementów: opowieści o Romneyu bezwzględnym milionerze czy gafy republikanina o „47 procentach”.

Zadaniem Romneya było przede wszystkim przedstawienie się wyborcom. Tak wielu z nich nie widziało go jeszcze w akcji przez tak długo. Ostatecznie prawybory (gdzie Romney odbył 20 debat telewizyjnych, co też nie było bez znaczenia) śledzili tylko najwierniejsi miłośnicy polityki. I Romney zdał ten egzamin. Podobnie jak to miało miejsce z Ronaldem Reaganem w 1980 r., który dopiero w czasie pierwszej debaty z ówczesnym prezydentem Jimmy Carterem przeszedł test u swoich rodaków, że jest niego właściwy materiał na prezydenta. Republikanie liczą na powtórkę: że zobaczywszy Romneya Amerykanie uznają, że już czas podziękować Obamie, którego lubią jako człowieka, ale którego osiągnięcia jako prezydent niewielu tu zachwycają.

Celem prezydenta Obamy było pokazanie, że to on jest prezydentem i to on rozdaje karty, a nie „kandydat” Romney. Ale jak to często bywa, mistrzowie są czasem zmęczeni i znużeni i przegrywają starcie z bardziej zdeterminowanymi i wygłodniałymi zwycięstwa.

Czy debata rozstrzyga?

Same debaty nie rozstrzygają wyborów, ale mogą zmieniać kierunek kampanii. I ta debata może przesunąć sympatię w stronę Romneya. Dlaczego? Amerykanie znają prezydenta Obamę na wylot. Jest on z nimi przy śniadaniu w kuchni czy na sofie w salonie, gdy oglądają telewizję od czterech lat. Romney był mniej znany, a jeśli już, to dla wielu pod postacią karykatury z negatywnych, wyborczych, półminutowych reklamówek. I co ważniejsze był tylko facetem, który chce być prezydentem. W przeciwieństwie do prawdziwego prezydenta, jedynie kandydatem.

A tu nagle zobaczyli faceta, który przez półtora godziny niemiłosiernie obija Obamę (ale bez przekraczania bariery szacunku wobec głowy państwa), wie o czym mówi, przedstawia plan co zrobić w zrozumiałych punktach. Wreszcie uśmiecha się i ma jeszcze z całej tej debaty niezłą zabawę. Dla wielu wyborców to może być sygnał, żeby jeszcze raz spojrzeć na Romneya, tym razem bardziej życzliwym okiem. Mogą sobie powiedzieć tak: „Obamę już znamy, następne cztery lata będą podobne, może warto spróbować z tym panem?” Gdy taka myśli zakiełkuje w głowie kilku procent elektoratu i zamieni się w głos oddany przy urnie, Romney może wygrać.

Debata mocno nadszarpnęła wizerunek Obamy. Pokazała, że nie jest już on najbardziej obiecującym, inteligentnym i najzdolniejszym politykiem w Waszyngtonie. Co więcej, pokazała że nie ma tak naprawdę pomysłu na najbliższe cztery lata – poza litanią znanych od dawna postulatów i ataków na rywala.  Zresztą to już drugie nie najlepsze wystąpienie prezydenta – podobnie było z jego letnią mową na zakończeni konwencji Partii Demokratycznej w Charlotte. Tam sprawę dla Obamy uratował kochany przez Amerykanów były prezydent Bill Clinton. W Denver prezydent był na scenie sam i nie dał rady odpowiedzieć na ataki Romneya.

Romney przedstawił spójną wizję, w której to sami Amerykanie wypracowują dobrobyt, a rząd federalny im tylko w tym pomaga. Czy to zabierając nadmierne obciążenia podatkowe i regulacje, czy to karząc np. Chiny za stosowanie niedozwolonych chwytów w handlu. Pokazał się jako ten, którym jest. A więc facet z ćwierćwieczem w biznesie, który ma plan i wie jak go zrealizować. Dla mnie to żadna niespodzianka: taki był w prawyborach, które obserwowałem. Nie żaden charyzmatyczny przywódca z nie wiadomo jaką wizją, ale rozważny „Pan Ja-to-Naprawię”.  Tego elementu chyba sztabowcy Obamy nie docenili najbardziej – że doświadczenie w biznesie nauczyło Romneya polegania na właściwych cyferkach i wykresach.  W czasie debaty republikanin podniósł tę swoją elokwencję biznesmena na najwyższy poziom. Momentami wręcz barwą głosu przypominał Reagana. I pokonał tym Obamę, który używał wielu mądrych słów, ale brzmiały one pusto i przede wszystkim, jak stara, zgrana płyta. Jak zdolny uczeń, który przekonany o swojej wielkości nie przygotował się do zajęć uznając, że znów się uda prześliznąć. A w razie czego nadrobić miną. Tym razem to się nie udało.

Co dalej?

Sztab Romneya liczy, że postawa kandydata da wiatr w żagle kampanii. Ucichną utyskiwania, że Romney jest słaby i przegrywa w sondażach. Entuzjazm napędzi zapewne darczyńców, a pieniądze na ostatnie tygodnie kampani są na wagę złota.  Zaskakująca słabość Obamy będzie wykorzystana pewnie także w wyborczych reklamowkach. Ale nikt nie wątpi, że prezydent odpuści. Obama jest jednym z najbardziej ambitnych polityków w historii. On nienawidzi przegrywać. A jeszcze bardziej od przegrywania, nienawidzi „przegrywać dwa razy”. Dlatego w drugiej debacie za dwa tygodnie na pewno nie odpuści.

Paweł Burdzy z Chicago

[Fot. PAP/EPA]

Słowa kluczowe:

Denver

,

Charlotte

,

Barack Obama

,

Romney

,

prezydent

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook