Jedynie prawda jest ciekawa

Burdzy: Przed drugą debatą

15.10.2012

We wtorek druga telewizyjna debata prezydencka. Dla prezydenta Baracka Obamy to szansa na zatarcie złego wrażenia z pierwszego starcia i przełamanie sondażowych spadków. Mitt Romney liczy na scementowanie wrażenia, że to on jest obietnicą „zmiany” dla znękanych wysokim bezrobociem i słabym wzrostem gospodarczym Amerykanów.

Demokraci ukoili trochę skołowane nerwy po czwartkowej debacie kandydatów na wiceprezydenta. Biden apelował do oddanych zwolenników i rozpalił ich entuzjazm po słabym występie w debacie prezydenta Obamy. A więc było o „walczącej o przeżycie” klasie średniej, „ milionerach” którzy powinni się więcej dołożyć do wspólnej kasy nawet o prawie o aborcji (bez tego, dzisiaj nie ma szans być na szczycie w Partii Demokratycznej). Biden wspomniał też sławetne „47 procent” , nawiązując do słynnego stwierdzenia kandydata na prezydenta Mitta Romneya, o nie pracującej i nie płacącej podatków prawie połowie amerykańskiego społeczeństwa. Ale z drugiej strony Biden zachowywał się wobec młodszego o 27 lat kongresmena Paula Ryana w sposób, który wielu uważa za grubiański. Niespotykanie szerokie uśmiechy, spojrzenia niczym amanta z Hollywood, wreszcie szerokie gesty rąk… a przede przerywanie rywalowi, wtrącania mu się do wypowiedzi, co było mało dyplomatyczne a czasami wręcz chamskie (republikanie skrupulatnie wyliczyli, że Biden przerwał Ryanowi 82 razy). Z kolei Ryan bardziej zwracał się do wyborców niezdecydowanych albo przynajmniej tych, którzy – rozczarowani obecnym prezydentem – szukają powodu, aby oddać swój głos na Mitta Romneya. I on także znalazł wiele pochlebnych recenzji.

We wtorek na scenie znów staną kandydaci na prezydenta. Aby wygrać reelekcję, prezydent Obama musi wypaść o niebo lepiej niż za pierwszym razem. Już zapowiedział, że będzie bardziej zdecydowany i mocniejszy w przekazie. W zamyśle sztabu, prezydent będzie chciał zatrzeć dobre wrażenie jakie wywarł Romney w pierwszej debacie – co od razu przyniosło mu zysk w sondażach – poprzez konfrontację z pomysłami republikanina. – Myślę, że występ Romneya był rzeczywiście magiczny, jak w teatrze. Głównie dlatego, że przez 90 minut uciekał od kampanii jaką prowadził przez ostatnie sześć lat – mówił w niedzielę jeden z najbliższych współpracowników Obamy. Z kolei sztab Romneya liczy, że ich kandydat znów pokaże się z jak najlepszej strony, zwłaszcza w kontraście do obecnego lokatora Białego Domu. – Prezydent może zmienić swój styl. Może zmienić taktykę. Ale nie może zmienić swoich dokonań a ni prowadzonej polityki. I o to będzie chodzić w tym głosowaniu – twierdził Ed Gillespie ze sztabu Romneya.

Ale prezydent musi uważać, żeby na scenie w uniwersytecie Hofstra w Hempstead (stan Nowy Jork) nie wypaść jak... Biden. Jednym słowem powinien atakować, ale robić to w sposób tak „przyjazny”, aby nie uwłaczać godności urzędu prezydenta. Dodatkowo konfrontacja może być nieco utrudniona, bo kandydaci będą musieli odpowiadać na pytania zadane przez wyselekcjonowaną publiczność na miejscu.

Obama musi też zrobić coś, aby zmienić dynamikę wyborów. Jak zauważył prowadzący badania opinii publicznej dla Partii Demokratycznej Stan Greenberg, prawdziwym „niebezpieczeństwem dla Obamy jest fakt uznania przez wyborców Romneya za kandydata zmiany”. Badania opinii publicznej pokazują, że Amerykanów zaczyna przekonywać przekaz, że kolejne cztery lata rządów Obamy oznaczają „rządy status quo”. Według Greenberga, prezydent Obama powinien w debacie „zapobiec utrwaleniu się tego przekonania”. Jeśli tego nie zrobi skutecznie, wyborcy wybiorą „zmianę” czyli Romneya.

Paweł Burdzy z Chicago

[fot. PAP/EPA]



CS150MINIfot

Czas Stefczyka 150/2017

PDF (4,60 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook