Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Artur Górski: Niedokończona rewolucja

25.08.2015

Nie musimy podejmować wielkiego ryzyka,wystarczy „odrobina koniecznej odwagi", aby dokończyć solidarnościową rewolucję.

W wyniku wydarzeń bez precedensu w Europie Środkowo-Wschodniej – fali strajków, która od lipca do końca sierpnia 1980 r. przetoczyła się przez kraj – powstał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”, skupiający blisko 10 milionów Polaków, budujących alternatywny wobec totalitarnego systemu porządek.

Fenomen NSZZ „Solidarność” i rozpostarty przez niego parasol nad całym niezależnym ruchem społecznym lat 1980-81 można porównać do Polskiego Państwa Podziemnego. To była swoista rewolucja – do wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku – obyła się bez ofiar.   

Terapia szokowa

W 1989 r., decydując się na neoliberalną drogę budowy gospodarczej rzeczywistości, zaaplikowana nam została terapia szokowa. Polska prywatyzacja z lat 1989-91 to były przede wszystkim wrogie przejęcia. W jej wyniku setki wielkich i nowoczesnych - jak na tamte czasy, zakładów pracy zostało zlikwidowanych lub sprzedanych według wyceny zagranicznych ekspertów. W 1989 r. Polacy, dumni z odzyskiwanej w kontraktowych wyborach i w wyniku Okrągłego Stołu demokracji, byli jak dzieci, otwierając swój kraj na neoliberalną doktrynę i bożka monetaryzmu, przywiezionego nad Wisłę przez gracza giełdowego George´a Sorosa, mającego akurat ambicje krzewienia idei „otwartego świata”.  

W maju 1988 r. Soros spotkał się z gen. Wojciechem Jaruzelskim i premierem Mieczysławem F. Rakowskim, przedstawiając plan transformacji systemu gospodarki planowej na wolnorynkową. W sukurs przyszedł mu 35-letni wówczas Jeffrey David Sachs, który akurat był na fali popularności, jako ekonomiczny doradca, który cztery lata wcześniej  zahamował hiperinflację w… Boliwii.  Sachs’a, który przygotował zarys programu transformacji gospodarczej zaprosił do  Polski ambasador PRL w Waszyngtonie Jan Kinast.   

W ślad za tym pod koniec 1988 r. rząd Rakowskiego i KC PZPR podjęli decyzję o pakiecie ustaw gospodarczych. Wprowadziły one nowe regulacje w sferze kierowania gospodarką, opodatkowania, funkcjonowania i finansów przedsiębiorstw państwowych, bankowości i systemu dewizowego. Szczególne znaczenie miała ustawa z 23 grudnia 1988 r. o działalności gospodarczej, która zrównała podmioty państwowe, spółdzielcze i prywatne pod względem prawnym, w dostępie do kredytów, do reglamentowanych dóbr i wprowadziła swobodę w zakresie prowadzonej działalności.

Drugą ustawą była ta o działalności gospodarczej z udziałem podmiotów zagranicznych, która stworzyła korzystne warunki dla kapitału obcego. Zniosła ona górną granicę udziału kapitału zagranicznego w spółce, wprowadziła swobodę transferu zysku dewizowego, umożliwiła zwolnienie od podatku dochodowego przez trzy lata oraz dała swobodę zatrudniania i wynagradzania pracowników.

Liberał z PZPR

Po wyborach z 4 czerwca 1989 roku na wicepremiera i ministra finansów, odpowiedzialnego za  kształt transformacji wyznaczono dr. ekonomii Leszka Balcerowicza, byłego członka PZPR i  byłego pracownika Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR, który nie miał doświadczenia w kierowaniu zespołami ludzi w strukturach administracyjnych ani liczącego się dorobku naukowego. Z kolei pierwszy bezpartyjny premier, który podejmował decyzje w sprawie przekształceń gospodarczych Tadeusz Mazowiecki, nie miał wyższego wykształcenia ani wiedzy ekonomicznej i praktyki pracy w administracji.  

Dziwimy się uwłaszczeniu nomenklatury i zanikowi rodzimego rzemiosła? Niepotrzebnie. Mechanizm był prosty. Dyrektor socjalistycznego zakładu zakładał przedsiębiorstwo prywatne o takim profilu specjalizacji jak państwowe, którym kierował. W firmie prywatnej dawał pracownikom wyższe wynagrodzenie, ponieważ nie obowiązywał w nim wysoki podatek od wynagrodzeń, tzw. popiwek. Co doprowadzało do przejmowania pracowników i bankructwa lub przejęcia przedsiębiorstwa państwowego.

Drugi sposób to tworzenie spółek prywatnych przez dyrektorów państwowych firm we współpracy z sekretarzami partyjnymi. Ich firmy uzyskiwały kredyty z nowo utworzonych banków na wykup udziałów w firmie państwowej.

Dwóch na trzech właścicieli nowych prywatnych przedsiębiorstw małej i średniej wielkości pełniło funkcje kierownicze i dyrektorskie w PRL. Im przypadła transformacja i jej owoce. Trudno więc obarczać „Solidarność” odpowiedzialnością za kształt owych reform.

Pakt o przedsiębiorstwie

Na fali protestów społecznych przeciwko skutkom reform gospodarczych „S” by przeciwdziałać destrukcyjnym pomysłom liberałów, trzy lata od początku transformacji, wymogła pakt o przedsiębiorstwie, będący przykładem rozwiązywania problemów na styku pracodawca-pracownicy-państwo. Został on podpisany przez związki zawodowe i pracodawców 22 lutego 1993 r. Pakt zabezpieczał interesy pracowników w okresie przekształceń przedsiębiorstw przez m.in. możliwość podjęcia przez pracowników decyzji o wyborze przekształceń własnościowych, zagwarantowanie udziału pracowników w zarządzaniu spółkami Skarbu Państwa, uproszczenie restrukturyzacji długu przedsiębiorstw i powołanie Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, które miały być wypłacane w razie upadłości i niewypłacalności pracodawcy. Był on wstępem do powołania Komisji Trójstronnej, a dzisiaj Rady Dialogu Społecznego.  

Referendum

By ratować narodowy majątek i łagodzić brutalność procesu przemian NSZZ „Solidarność” domagał się powszechnego uwłaszczenia obywateli. W Czechach proces ten nazwano „kuponówką”.   

W referendum w sprawie powszechnego uwłaszczenia obywateli z 18 lutego 1996 r., w które zaangażowała się "S", związek wezwał do głosowania "tak" na wszystkie postawione w nich pytania, poza rozszerzeniem NFI. Tego dnia odbyły się dwa referenda. Pierwsze, w sprawie powszechnego uwłaszczenia obywateli, zarządził jeszcze w listopadzie 1995 r. prezydent Lech Wałęsa na wniosek NSZZ "S" zadając pytanie: Czy jesteś za przeprowadzeniem powszechnego uwłaszczenia obywateli? "Tak" odpowiedziało 94,54 proc. uczestników.

Drugie referendum - prywatyzacyjne, o niektórych kierunkach wykorzystania majątku państwowego, zarządził Sejm z inicjatywy SLD i Unii Wolności. Na karcie do głosowania znalazły się 4 pytania: Czy jesteś za tym, aby zobowiązania wobec emerytów i rencistów oraz pracowników sfery budżetowej były zaspokojone z prywatyzowanego majątku państwowego? Czy jesteś za tym, aby część prywatyzowanego majątku państwowego zasiliła powszechne fundusze emerytalne? Czy jesteś za tym, aby zwiększyć wartość świadectw udziałowych NFI przez objęcie tym programem dalszych przedsiębiorstw? Czy jesteś za uwzględnieniem w programie uwłaszczeniowym bonów prywatyzacyjnych?

Większość uczestników na poszczególne pytania odpowiedziało „Tak”. W referendum „Solidarność” wezwała do głosowania "Nie" na pytanie o rozszerzenie NFI.  Na to pytanie, zgodnie z rekomendacją związku, aż 72,52 proc. głosów stanowiły odpowiedzi "Nie". Frekwencja wyniosła 32,4 proc. Wyniki nie były zatem wiążące. 

NFI

Program Powszechnej Prywatyzacji na początku lat dziewięćdziesiątych wprowadzał rząd Hanny Suchockiej. Bony, dzięki którym mieliśmy stać się ich współwłaścicielami, dostało w 1995 r. 25,9 miliona Polaków. Od tego momentu nasze udziały miały być pomnażane.   Fundusze miały przynosić dochody i tym samym powiększać wartość bonów.  To była alternatywa dla pomysłu Wałęsy „100 milionów dla każdego”. Być może gdyby plan powszechnego uwłaszczenia się powiódł większość z nas byłaby udziałowcami prężnych funduszy inwestycyjnych, z dobrze prosperującymi zakładami produkcyjnymi. Niestety, plan zawiódł i większość Polaków została ze stuzłotowym banknotem w ręku. Zarobiły firmy, najczęściej zagraniczne, kierujące narodowymi funduszami - w sześć lat ponad pół miliarda złotych.  

Wśród winnych klapy NFI,  NIK wskazała Wiesława Kaczmarka, ministra przekształceń własnościowych z lat 1993-96. NIK zarzucała, że przez jego działania, umowa z firmami zarządzającymi NFI była tak skonstruowana, że otrzymywały one wynagrodzenie mimo tego, że Fundusze nie przynosiły zysków. Spora część świadectw udziałowych NFI - około 3 milionów - trafiła do zagranicznych inwestorów. Ta prywatyzacja nie przyniosła żadnych korzyści społeczeństwu.   

„Niewidzialna ręka” rynku

W niebyt odchodzi rozumienie rynku jako mechanizmu działającego w każdych warunkach efektywnie, skutecznie i absolutnie i dogmat, iż wystarczy kontrolować stopy procentowe i podaż pieniądza poprzez kilku mędrców, by kierować wzrostem gospodarki.  

Kapitalizm to nie jest system, w którym, jak będziemy ciężej pracowali, to więcej zarobimy. To jest pole brutalnej gry, w której rządzi kapitał. Oprócz kilku krajów jak Niemcy, czy ostatnio Węgry, nie rządzą rządy, ale wielkie koncerny, dysponujące kapitałem przekraczający budżety państw. By cywilizować warunki pracy potrzebne są silne związki zawodowe. To jest wspólny interes pracowników sprzedających swoją pracę i nabywających ją przedsiębiorców. Rozumieją to Skandynawowie, Niemcy, Szwajcarzy. Rozumie to część, ciągle niewielka, rodzimych przedsiębiorców. Bez nacisku na biznes ze strony związków zawodowych  nie doczekamy się podnoszenia płac proporcjonalnie do wzrostu wydajności pracy, cywilizowania stosunków pracy, zlikwidowania patologii „umów śmieciowych”.  Jeśli zgodzimy się na kierowanie się li tylko „dogodnymi warunkami do prowadzenia biznesu” nadal będziemy godzili się na obniżanie standardów pracowniczych.

W sferze społecznej prymat rynku i jego negatywny wpływ na jakość życia widać choćby w opiece zdrowotnej. Toczy się proces wywłaszczania obywateli z ich prawa do opieki zdrowotnej. Pacjent czuje się intruzem w spółce prawa handlowego, do niedawna nazywanej przychodnią czy szpitalem.

Ubodzy pracujący

Od kilku lat w użyciu jest termin „prekariat”, który w polskim wydaniu opisuje ludzi młodych, ambitnych, ale bez szans na rynku pracy oraz starszych, wypchniętych z dotychczasowych miejsc pracy, nisko opłacanych, zatrudnionych poniżej kwalifikacji, pracujących na umowach określanych, jako „śmieciowe”.  Ten ostatni termin wszedł do języka gospodarki i polityki poprzez akcje NSZZ „S”, od lat walczącego z patologiami rynku pracy.

Łączy je to, że nie gwarantują zdolności kredytowej ani bezpieczeństwa emerytalnego i można je bez trudu i obciążeń finansowych wypowiedzieć. Do tego dochodzą mglistość perspektyw i widmo degradacji.  

"Dlaczego nie wrócę? Wyjechałem z Polski dwa lata temu, bo miałem dość. Miałem co jeść, miałem w co się ubrać, ale brakowało mi choć grama szacunku mojego państwa do mnie samego. Dobrze jest być Polakiem i będę nim razem z innymi Polakami już zawsze. III Rzeczpospolita jest dla mnie tworem, który okupuje ludzi i ziemię, z której wyrosłem, i krzywdzi, tak jak mnie skrzywdziła – to fragment listu polskiego emigranta, zamieszczonego  w Internecie. 

Polska na tle innych państw wygląda niekorzystnie pod względem warunków zatrudnienia, pracy i wynagrodzenia. Na umowach czasowych pracuje w Polsce aż 28 proc. zatrudnionych. Za nami jest tylko Chile.  

Polacy pracują długo. W 2014 r. przeciętny Polak pracował 1923 godziny. W tym rankingu OECD przed nami są jedynie Meksyk, Korea Płd., Grecja i Chile. Średnia OECD wynosi 1770 godzin.   

„Solidarność” ma rację

"Przesłanie Sierpnia 1980 roku i „Solidarności” ma wymiar wolnościowy i społeczny. Przesłanie wolności bezkrwawej rewolucji „Solidarności” ziściło się w upadku systemu totalitarnego i rozmontowaniu bloku sowieckiego.  W wymiarze społecznym, mimo odzyskanej wolności i mechanizmów demokratycznych, wróciliśmy do punktu wyjścia. Z dystansem słucham o dokończeniu rewolucji „Solidarności”. Nie dlatego, że ona się wypełniła, ale dlatego, że ona powinna zacząć się od nowa. Oczywiście w nowych realiach politycznych, w odmiennej rzeczywistości otaczającego nas świata. „Solidarność” była i jest odpowiedzią na zagrożenia. W 1980 roku zagrożeniem był system narzucony nam w 1944 roku i dominacja Moskwy oraz aparat represji. Dzisiaj opresyjność państwa jest nieporównywalnie mniejsza.  Pojawiły się zaś zagrożenia związane z dyktatem pieniądza, wszechobecną rywalizacją, przemocą światopoglądową, rozregulowaniem rynku pracy, lękiem przed degradacją, obawą o miejsce pracy" – mówi Janusz Śniadek, lider PiS w woj. pomorskim, były przewodniczący NSZZ „Solidarność” 

Coraz więcej głosów dobiega też z Banku Światowego, NBP, a nawet organizacji biznesowych, które okazują się zgodne ze społecznymi postulatami od lat podnoszonymi przez NSZZ „S”, jak konieczne podwyższenie płac i ograniczenie umów „śmieciowych”. Kończy się ścieżka tzw. rozwoju opartego na ultraniskich kosztach pracy. Zauważył to ostatnio nawet prezes NBP Marek Belka, który - neoliberalizm nazywając folklorem, mówił o nadużyciach w samozatrudnieniu i patologiach pseudoprzedsiębiorczości.

O nierównościach w systemie podatkowym i koniecznym zrównaniu form zatrudnienia pod względem składek na ZUS „Solidarność” mówiła od lat.

Związek prowadzi od lat kampanię przeciwko psuciu rynku pracy i alarmując, że sytuacja, w której koszty kryzysu są przesunięte na pracowników, jest nie do przyjęcia. Trzeba było kilku lat, by establishment przyznał nam rację.  

Prawo do strajku   

Chociaż przez iluzoryczne prawo do strajku (np. nie można w Polsce strajkować przeciwko władzy) związkowcy stracili „zęby” to właśnie NSZZ „S”, przez liberałów określany jako hamulcowy prywatyzacji, stał się główną siłą broniącą miejsc pracy, starając się założyć kaganiec rozpasanemu kapitałowi. O ile w 1990 roku strajków było około 250 to już w rok później protestów było około 6 tys.

"Fakt, że polscy robotnicy byli w stanie zatrzymać masową prywatyzację swojego kraju, oznacza, że jakkolwiek bolesne były reformy, mogły one przynieść znacznie gorsze skutki. Fala strajków bez wątpienia uratowała setki tysięcy miejsc pracy, które w innym przypadku zostałyby utracone, gdyby pozwolono zamknąć rzekomo nieefektywne zakłady lub radykalnie je „odchodzono” i sprzedano" – pisze Naomi Klein, kanadyjska dziennikarka w „Doktrynie szoku” i zauważa, że ci, którzy skreślili państwowe firmy jako nieefektywne i archaiczne się mylili.

Ostatnio NSZZ „Solidarność” osiągnął sukces. W trybie nadzwyczajnym uchwalono ustawę o Radach Dialogu Społecznego, a lipcowa nowelizacja kodeksu pracy zmierza do ograniczenia wykorzystywania umów o pracę na czas określony i obejścia przepisów o ochronie trwałości stosunku pracy. Od lutego 2016 r. okres zatrudnienia na umowy terminowe nie może być dłuższy niż 33 miesiące. Ich liczba nie będzie mogła przekraczać trzech. Ich wypowiedzenie wymagać będzie uzasadnienia.  

Stało się po tym, jak NSZZ „Solidarność” w 2013 r. złożył skargę do Komisji Europejskiej na niewłaściwą „implementację norm europejskiego prawa pracy” w kontekście umów na czas określony. Z kolei Europejski Trybunał Sprawiedliwości po skardze związku uznał, że polskie rozwiązania dotyczące wypowiadania umów o pracę na czas określony są sprzeczne z prawem wspólnotowym.

Nowe otwarcie

Czy powinniśmy ulegać czarnej wizji? Na pewno nie. Mamy demokrację. a Polska się rozwija, należy do NATO i UE.
Czy jest to jednak prawdziwa demokracja, czy nasz kraj rozwija się na miarę naszych aspiracji i potrzeb? Na pytania te musimy odpowiedzieć sobie nim 25 października br. wrzucimy do urny kartę do głosowania.
W naszym kraju istnieją procedury demokratyczne, ale system nazbyt przypomina oligarchię,  władzę nielicznych sprawowaną w interesie swojej grupy. Rząd jest elementem władzy, na którą składają się też wielki biznes i media „głównego nurtu”. 
Jednym z poważnych problemów jakie stają więc przed prezydentem Andrzejem Dudą i nowym rządem wyłonionym po 25 października jest słabość państwa, które nie jest w stanie bronić obywateli. To ciągle nie jest państwo, które jak mówił Lech Kaczyński – pomaga słabszym i nie lęka się silnych.  

Na szczęście jednak nie jest to już totalitaryzm. Nie musimy podejmować wielkiego ryzyka,   wystarczy „odrobina koniecznej odwagi", aby dokończyć solidarnościową rewolucję, która wyrwała cegły z muru dzielącego Europę i …stanęła w pół drogi.

Przecież nie chodziło w niej o to, by dokooptować kolejną grupę do obozu władzy, ale o kształt polityczny, społeczny i ideowy nowego państwa budowanego na wspólnocie.
 

Artur S. Górski (Dział Informacji Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”)

 fot.wPolityce.pl

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook