Jedynie prawda jest ciekawa


Abp Szewczuk: Kierujemy do braci z Polski prośbę o wybaczenie!

13.05.2013

Jestem przekonany, że jako chrześcijanie, jako przedstawiciele naszych Kościołów mamy do odegrania bardzo ważną rolę w kontynuowaniu ukraińsko-polskiego pojednania – mówi zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego abp Światosław Szewczuk.

 „A jeśli kierujemy do braci z Polski prośbę o wybaczenie, oznacza to, że czujemy się winni” – dodaje z okazji zbliżającej się 70-rocznicy rzezi wołyńskiej abp Światosław Szewczuk, arcybiskup większy kijowsko-halicki.

Od kilkunastu lat obserwujemy znamienny proces pojednania i współpracy między Polską a Ukrainą. W przezwyciężeniu trudnej przeszłości niemała jest rola naszych Kościołów: UKGK i Kościoła katolickiego w Polsce. Jak Ksiądz Arcybiskup postrzega ten proces?

Ma on już swoją historię, dokładnie 25-letnią. Rozpoczął się w okresie tysiąclecia chrztu Rusi – Ukrainy. Pierwsze spotkania biskupów greckokatolickich i polskich biskupów rzymskokatolickich miały miejsce w Watykanie w 1987 r. W tym roku, dokładnie w październiku, przypada 25-lecie obchodów millennium chrztu Ukrainy na Jasnej Górze. Przy tej okazji doszło do pamiętnej liturgii z udziałem kard. Józefa Glempa oraz kierującego kościołem greckokatolickim kard. Myrosława Lubacziwskiego i biskupów greckokatolickich z całego świata. Następnym wielkim etapem na drodze wzajemnego porozumienia i pojednania była Msza św. odprawiona przez Jana Pawła II w 2001 r. we Lwowie, podczas której kard. Lubomir Huzar wypowiedział jakże ważną refleksję o polsko-ukraińskim pojednaniu. Padło wówczas słowo „przepraszam”, wynikające z potrzeby wzajemnego przebaczenia win. Wreszcie mieliśmy ogłoszenie wspólnego listu Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego i polskiego Episkopatu w Warszawie i we Lwowie. Są to bardzo ważne wyznaczniki wspólnej drogi, jaka została podjęta przez moich poprzedników. Jest to też testament przekazany nam wszystkim przez błogosławionego papieża Jana Pawła II. Był on wielkim patronem Kościoła greckokatolickiego i bardzo zależało mu na pojednaniu polsko-ukraińskim.

Jakie wyzwania na tym polu stoją przed nami dziś?

Jako Ukraińcy i Polacy jesteśmy bratnimi narodami, synami jednego Kościoła katolickiego. Mieliśmy ciężką historię, której nie możemy zmienić. Ale razem możemy budować przyszłość. Musimy budować współpracę zarówno pomiędzy naszymi Kościołami, jak i narodem ukraińskim i polskim. Musimy też szukać sposobów na uzdrowienie pamięci narodowej.

Jestem przekonany, że jako chrześcijanie, jako przedstawiciele naszych Kościołów mamy do odegrania bardzo ważną rolę w kontynuowaniu ukraińsko-polskiego pojednania. Proces ten ma swoją historię, ale nie został jeszcze zakończony. Jeśli zbliża się kolejna rocznica jakiejś tragedii, w tym roku tego, co wydarzyło się na Wołyniu, to wraca ból. Powracają wspomnienia ludzi, którzy doświadczyli tych zbrodni. One wciąż są żywe. Stanowi to wyzwanie na dziś. Pojednanie zadeklarowane przez Kościoły musi dotrzeć do świadomości, sumienia i do serca każdego Ukraińca i każdego Polaka. Trzeba nad tym pracować.

Mówi o tym ogłoszone w marcu br. przesłanie z okazji rocznicy zbrodni wołyńskiej ogłoszone przez Synod Ukraińskiego Kościoła Grecko­katolickiego. W Polsce jednak w wielu środowiskach spowodowało ono pewien niedosyt, gdyż nie wyjaśnia dostatecznie wzajemnej historii, nie mówi, kto był ofiarą, a kto katem.

Przesłanie to zostało skierowane do wiernych Kościoła greckokatolickiego i mam nadzieję, że odegra ważną rolę. Odczytano je w naszych kościołach na początku Wielkiego Postu, w niedzielę, która nosi nazwę Niedzieli Wybaczenia. Przypomina ono, że w okresie postu nie możemy prosić Boga o wybaczenie naszych grzechów, jeśli nie jesteśmy w stanie prosić bliźnich o wybaczenie grzechów czy win, jakich wobec nich dokonaliśmy. Nie można zacząć duchowej drogi Wielkiego Postu, jeśli nie chcemy być wolni od win, których dokonaliśmy wobec naszych bliźnich. Mam nadzieję, że orędzie Synodu Kościoła greckokatolickiego było krokiem w tym kierunku. Chodzi o to, aby te podstawowe zasady moralne – które także stanowią podstawę polsko-ukraińskiego pojednania – dotarły do świadomości i do serc ukraińskich greko­katolików.

Mam nadzieję, że w stosunkach pomiędzy naszym Kościołem a Konferencją Episkopatu Polski będziemy kontynuować ten proces.

Jednak w obliczu zbliżającej się rocznicy zbrodni wołyńskiej było zapowiadane wspólne przesłanie Kościoła greckokatolickiego i Kościoła rzymskokatolickiego. Dlaczego do tego nie doszło?

To bardzo ważne pytanie. Wspólną decyzję o potrzebie przygotowania przesłania podjęliśmy jesienią ub.r. Decyzja taka zapadła na corocznym spotkaniu pomiędzy Episkopatem Kościoła rzymskokatolickiego a naszym Synodem. Niedługo potem przygotowaliśmy propozycję przesłania. Zapadła decyzja, aby dopracować ten tekst, gdyż nie wszystkim on się podobał.

Zaczęła się więc praca nad uzgodnieniem ostatecznego tekstu. Z naszej strony do tej pracy wyznaczony został biskup z Łucka na Wołyniu bp Jozafat Howera, a ze strony Episkopatu rzymskokatolickiego administrator diecezji wołyńskiej bp Stanisław Szyrokoradiuk. Oni taki tekst przygotowali na początku tego roku. Przez większość naszych biskupów został uznany za dobry, choć wymagający dopracowania. A kiedy został poprawiony przez dwóch wołyńskich biskupów, zaistniała potrzeba ostatecznego doszlifowania go pomiędzy mną a metropolitą lwowskim abp. Mieczysławem Mokrzyckim.

I tu zaistniał problem. Z naszej strony została zaproponowana formuła: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Jednak abp Mokrzycki nie zgodził się na to i zaproponował sformułowanie: „Przepraszamy i prosimy o wybaczenie”. Skutkiem tego byłoby jednostronne przeproszenie ze strony Ukraińców, pomijając to, że Polacy też mają pewne winy wobec nas. Na takie ujęcie strona ukraińska nigdy się nie zgodzi. Poza tym zaproponowana przez nas formuła bynajmniej nie była naszego autorstwa, tylko cytatem z listu biskupów polskich do niemieckich z 1965 r. Ponadto została powtórzona we wspólnym liście Kościoła greckokatolickiego z Ukrainy i rzymskokatolickiego z Polski z 2005 r. Proponowana przez abp. Mokrzyckiego zmiana przekraczała moje kompetencje. W lutym mieliśmy spotkanie Synodu, gdzie przedstawiłem jego prośbę, ale nie uzyskała ona akceptacji.

Osobiście jestem przekonany, że jako przedstawiciele Kościołów tylko w ten sposób możemy mówić o tragicznych wydarzeniach, a historycy powinni dokładnie zająć się szczegółami, w tym liczeniem ofiar po każdej stronie. Nie jest to zadanie biskupów, lecz historyków.

Mam świadomość, że w Polsce badania historyczne na temat zbrodni wołyńskiej są bardzo zaawansowane. Po stronie ukraińskiej niestety nie. Prezydent Juszczenko powołał co prawda nasz Instytut Pamięci Narodowej, ale w ostatnich latach instytucja ta została zamieniona – jak mówimy – na „Instytut Amnezji Narodowej”. Obiektywnych badań ze strony ukraińskiej na ten temat nie ma. Jest olbrzymia dysproporcja pomiędzy stopniem zaawansowania badań polskich i ukraińskich. W tej sytuacji nam biskupom trudno jest zajmować jakieś konkretne stanowisko nadające interpretację faktów historycznych, których tutejsi historycy jeszcze nie przebadali. Możemy historyków do tego zachęcać, ale wykonanie szczegółowych badań źródłowych musimy im pozostawić. Na obecnym etapie możemy dokonać oceny tych wydarzeń tylko z punktu widzenia chrześcijańskiego, a nie historycznego.

Ale w ocenie chrześcijańskiej, jeśli jakieś zło zostało dokonane, to można powiedzieć przepraszam?

Naturalnie. Dlatego napisaliśmy w liście Kościoła greckokatolickiego, że jeśli ktokolwiek uczynił zbrodnię, jest zbrodniarzem. Trzeba to wyraźnie powiedzieć, gdyż jest to łamanie przykazania: „Nie zabijaj”. Jedynym sposobem uzdrowienia pamięci jest przebaczenie. Dlatego w liście przytoczyliśmy słynną, historyczną formułę: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. A jeśli kierujemy do braci z Polski prośbę o wybaczenie, oznacza to, że czujemy się winni.

Zgadza się Ksiądz Arcybiskup, że na Wołyniu w 1943 r. nastąpiła czystka etniczna wobec Polaków?

Tak. I zostało to powiedziane w naszym liście. Rzecz nazywamy po imieniu. Bardzo mi jest przykro, że nie doszło do ogłoszenia wspólnego listu.

Ksiądz Arcybiskup jest zwierzchnikiem Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, który jest jedną z najbardziej dynamicznych wspólnot kościelnych w Europie. A jest to Kościół, który na Ukrainie 20 lat temu wyszedł z podziemia, skazany wcześniej za zagładę. Jak ta zmiana była możliwa w tak krótkim czasie?

Nie da się tego łatwo wytłumaczyć, kierując się ludzką logiką. Dlaczego Bóg zdecydował, aby nasz Kościół zmartwychwstał? Tertulian powiedział, że „krew męczenników jest nasieniem Kościoła”. W kontekście tych słów widziałbym nowożytną historię naszego Kościoła, który dawał świadectwo Chrystusa w najstraszniejszych czasach komunizmu. Dawali świadectwo biskupi, księża, zakonnicy, zakonnice i świeccy. Stali się oni błogosławionymi męczennikami XX stulecia, byli tym „chrześcijańskim nasieniem”. Ja jako kapłan i biskup jestem owocem ich krwi. Miałem zaszczyt spotkać tych ludzi w Kościele podziemnym. Do Kościoła grecko­katolickiego przyciąga i działa w nim siła Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego w naszej wspólnocie. Ponadto w Związku Sowieckim – olbrzymiej maszynie niszczenia ludzkiej godności – nasz Kościół był największą grupą społecznego oporu. Nie zdołali go zniszczyć ani Stalin, ani jego następcy. Siłę tym ludziom dawał na pewno Duch Święty.

A jak to wyglądało w rodzinie Księdza Arcybiskupa?

Mój dziadek od 1938 r. służył w Wojsku Polskim, był u Niemców jeńcem wojennym jako polski żołnierz. Po wojnie spotkał swoją przyszłą żonę, a moją babcię we Wrocławiu i razem udali się w swoje rodzinne strony, na zachodnią Ukrainę. W 1991 r. dziadek za swoje zasługi otrzymał medal od wolnej Polski za obronę Ojczyzny. Tak wyglądała tożsamość wielu grekokatolików pochodzących z byłej Galicji. Wiarę zaszczepiła mi moja rodzina, gdyż to ona trzymała ich przy życiu.

Jak w czasach komunistycznych praktykowaliście wiarę?

W ukryciu. Moja rodzina była bardzo wierząca, ale niestety nie mogła swojej wiary oficjalnie manifestować. Gdy było można, to liturgię greckokatolicką odprawiano w domach prywatnych. Z kolei w niedzielę chodziliśmy do kościoła rzymskokatolickiego w Stryju. Gdy mnie pytają, gdzie uczyłem się języka polskiego, to odpowiadam, że w kościele, uczestnicząc we Mszy św.

Kościół greckokatolicki był jedną z tych sił, która potrafiła zachwiać Związkiem Sowieckim. Muszę jeszcze raz podkreślić, że mimo prześladowań i cierpień Kościół nasz potrafił zachować swoją tożsamość. Nigdy nie poszedł na współpracę z komunistami i gdy wyszedł z podziemia, stał się bardzo atrakcyjny. Dla nas młodych reprezentował autentyczne wartości. Teraz nasz Kościół jest bardzo młody. Średnia wieku naszych kapłanów to 35 lat. Po upadku komunizmu i odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości w latach 90. dzięki swojemu autentyzmowi potrafił przyciągnąć młode pokolenie. Wtedy też odkryłem w sobie powołanie do kapłaństwa.

Czy w czasach komunistycznych stykał się Ksiądz Arcybiskup z greckokatolickimi kapłanami?

Po raz pierwszy spotkałem grecko­katolickiego kapłana na pogrzebie mojego pradziadka, gdy miałem 13 lat. W wieku 15 lat (w 1985 r.) znalazłem się w grupie chłopców uczęszczających do greckokatolickiego seminarium podziemnego.

Czy ksiądz rzymskokatolicki, na którego Msze św. chodziliście, miał świadomość, że jesteście greko­katolikami?

Myślę, że wiedział. Niektórzy księża rzymskokatoliccy pozwalali w swoich świątyniach na to, aby kapłani greckokatoliccy mogli spowiadać, zwłaszcza w lwowskiej katedrze łacińskiej. Mimo wielkiego ryzyka nasza współpraca w czasach komunistycznych – gdy nasz Kościół był prześladowany – była bardzo dobra. Mamy na to wiele przykładów.

Przed jakimi głównymi zadaniami staje dziś Ukraiński Kościół Greckokatolicki?

Myślę, że czas euforii i dynamicznego rozwoju naszego Kościoła jeszcze nie minął. Nadal rozwijamy się nie tylko w Europie, lecz także w obu Amerykach, Australii. Przez dwa lata byłem biskupem w Argentynie i widziałem, jak nasz Kościół rośnie. Odrodzenie Kościoła, które zaczęło się na Ukrainie, teraz ogarnia całą naszą diasporę. Ponadto mamy dużą nową emigrację także w krajach, w których dotychczas nas nie było, np. we Włoszech, w Hiszpanii, Portugalii, Grecji, Izraelu. Wierni tam żyjący proszą o opiekę duszpasterską i my wysyłamy do nich księży. Ten entuzjazm cały czas trwa. Nawet na Ukrainie dotkniętej kryzysem politycznym i ekonomicznym młodzież szuka w naszym Kościele punktów orientacyjnych dla swojego życia, trwałych fundamentów. Staliśmy się dla młodych ważnym autorytetem moralnym. Nie tylko my, lecz także inne Kościoły chrześcijańskie skupione we Wszechukraińskej Radzie Kościołów i Organizacji Religijnych. Reprezentuje ona 75 proc. społeczeństwa Ukrainy. I cieszy się prawdziwym autorytetem moralnym.

Jak wygląda sprawa powołań kapłańskich?

Dzięki Bogu mamy ich wiele. Nie uwzględniając Zakarpacia, obecnie przygotowuje się do kapłaństwa 800 seminarzystów w pięciu seminariach. W porównaniu z latami 90., gdy przeżywaliśmy boom powołaniowy, ich liczba się zmniejsza, co oznacza, że wracamy do normalności. Nasze struktury kościelne okrzepły. Działamy nie tylko na zachodzie kraju, lecz także na terenie całej Ukrainy. Trzy lata temu otworzyliśmy seminarium w Kijowie, w którym studiuje 24 seminarzystów. Mamy problem, gdyż ze względu na brak miejsca nie możemy przyjąć więcej chętnych.

Na czym ma polegać Strategia 2020 przyjęta przez UKGK, której celem jest odnowa życia religijnego wszystkich diecezji?

Była ona przygotowywana przez biskupów przez pięć ostatnich lat. Uczestniczyłem w tym jako biskup w Buenos Aires. Synod Biskupów był świadomy, że kiedyś nasz boom się skończy, ale Kościół w innych już warunkach będzie się dalej musiał rozwijać. Ustaliliśmy strategię na najbliższe 10 lat, starając się odpowiedzieć na pytanie: „Jaki Kościół chcemy mieć po tym czasie?”. Ujednolicenie marzeń naszych biskupów z całego świata nie było łatwe. Po wielu dyskusjach doszliśmy do wniosku, że pragniemy przede wszystkim żywej parafii, gdyż to ona stanowi centrum życia Kościoła. Bez względu na to, czy parafia jest na Ukrainie, czy w innym kraju, czy jest mała, czy duża, musi być żywą wspólnotą, w której można doświadczyć obecności żywego Chrystusa. Dlatego naszą strategię nazwaliśmy: „Żywa parafia jako miejsce spotkania z żywym Chrystusem”. Kiedy przedstawiłem nasz program papieżowi Benedyktowi XVI, to powiedział: „Przecież to jest nowa ewangelizacja”. Nasz program przedstawiłem także na ostatnim Synodzie Biskupów w Rzymie. Pokazałem, że to parafia jest pierwszym miejscem nowej ewangelizacji. Jeden z biskupów włoskich zwrócił mi uwagę, że parafia w Kościele katolickim w wielu przypadkach jest olbrzymem, który śpi i musimy go zbudzić. Tylko wtedy nowa ewangelizacja nam się uda.

Jaką rolę odgrywają w UKGK nowe ruchy ewangelizacyjne?

Mamy nie tylko ruchy przychodzące z zewnątrz, ale sporo swoich własnych, zrodzonych we wspólnotach parafialnych. Należy zaznaczyć, że ruchy z zewnątrz muszą respektować naszą tożsamość kościelną. Własnych ruchów mamy ok. 20, np. Drogę młodych małżeństw. Tworzą ją małżonkowie, których wcześniej przygotowywaliśmy do zawarcia związku. Sami ten ruch założyli i teraz rozwija się on na całej Ukrainie. Inna dynamiczna wspólnota to ruch „Matek w modlitwie”. Jest bardzo popularny wśród kobiet pragnących modlić się za swoje dzieci.

Jakie miejsce zajmuje UKGK w Kościele powszechnym? Wiemy, że od lat żywe jest pragnienie posiadania własnego patriarchatu. Co by to oznaczało i kiedy możemy się tego spodziewać?

Dla nas patriarchat nie jest jakąś zewnętrzną kościelną ozdobą. Jest to dla nas modus vivendi – sposób istnienia Kościoła Wschodniego, który się rozwija. W ramach tradycji Kościołów Wschodnich, każdy Kościół sui iuris dąży do formy istnienia jako Kościół patriarchalny.

Historia i zmartwychwstanie naszego Kościoła jest historią dążenia do formy życia Kościoła patriarchalnego. Jako zwierzchnik UKGK mam zgodnie z prawem kanonicznym wszelkie prawa do bycia patriarchą. Jak na razie nie mam tylko tego tytułu.

Jestem zwierzchnikiem Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego nie tylko na Ukrainie, lecz także na całym świecie. Życie naszych metropolii za granicą i u nas w kraju jest regulowane według zasad życia Kościoła patriarchalnego. A są Kościoły patriarchalne, które nie mają tak rozbudowanej jak my struktury. Tytuł ten jest też ważny dla międzynarodowego uznania godności naszego Kościoła, nie tylko dla nas samych, lecz także dla rozwijania naszych relacji w ramach Kościoła powszechnego.

Jakie miejsce UKGK zajmuje w ruchu ekumenicznym?

Mówiliśmy, jak ważne jest dla naszego Kościoła świadectwo męczenników. Jego wyjątkowość polega na tym, że byli to męczennicy za jedność Kościoła. Byli na siłę przymuszani, aby zerwać jedność z Kościołem katolickim i stać się prawosławnymi. Doświadczyli męczeństwa za to, że byli rzecznikami jedności Kościoła: umierali i byli skazywani na łagry. Obecnie nasz Kościół jest solą w oku dla tych wszystkich, którzy nie dążą do autentycznej jedności. Mój poprzednik kard. Lubomyr Huzar powiedział, że największą przeszkodą do jedności Kościoła jest to, że nie wszyscy jej chcą. We współczesnych czasach jedność nie jest cenioną wartością. Ceni się różnorodność i tolerancję. My zaś wychodzimy z założenia, że nie może być dobrze, gdy jesteśmy podzieleni zarówno wewnątrz Kościoła katolickiego, jak i w stosunkach z prawosławnymi. Przypominanie o wezwaniu do jedności jest naszą misją.

Niektórzy – przede wszystkim Rosyjski Kościół Prawosławny – mówią, że jesteście przeszkodą do pojednania...

Dlatego że podświadomie zaprzeczają jedności Kościoła. Przewodniczący Wydziału Zewnętrznych Kontaktów Kościelnych Patriarchatu Moskiewskiego metropolita wołokołamski Hilarion powiedział, że Kościół prawosławny jest bardzo zainteresowany stworzeniem strategicznego sojuszu z Kościołem katolickim, aby wspólnie świadczyć w świecie o tradycyjnych wartościach moralnych. Nie chce jednak jedności. Zdaniem metropolity Hilariona powinniśmy tolerować jeden drugiego, współpracować, ale się nie jednoczyć.

Zatem my, grekokatolicy, musimy poważnie zastanowić się, jak spełnić wolę Jezusa Chrystusa, aby wszyscy byli jedno. Kościół greckokatolicki chce być promotorem jedności w autentycznym sensie. Byłem niedawno w Stambule, gdzie spotkałem się z patriarchą ekumenicznym Konstantynopola Bartłomiejem. Byłem zaskoczony jego otwartością oraz wolą dążenia do jedności naszych Kościołów. Nie przyjmował nas jako uniatów, którzy przeszkadzają w dialogu katolicko-prawosławnym. Widać było wielkie zaangażowanie patriarchy i jego Kościoła w poszukiwanie jedności. W żadnym wypadku nie dawano nam odczuć, że nie mamy prawa do istnienia jako Kościół katolicki obrządku wschodniego.

Jak zatem wyglądają obecnie relacje z Ukraińskim Kościołem Prawosławnym Patriarchatu Moskiewskiego?

Przede wszystkim musimy nawiązać wzajemne relacje. Jak na razie utrzymujemy jedynie stosunki nieoficjalne. Ponadto uważamy, że jesteśmy spadkobiercami tej samej tradycji Kościoła kijowskiego zrodzonego z chrztu Rusi, którego 1025. rocznica przypada w tym roku.

W dzisiejszych czasach, jeśli chcemy trzymać się swoich korzeni i świadczyć o Chrystusie w sposób autentyczny, to musimy dążyć do porozumienia i pojednania w tym i z prawosławnymi. Musi być dla nas przykładem historyczny początek procesu pojednania zainicjowany podpisaniem wspólnego orędzia Konferencji Episkopatu Polski z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym w sierpniu ubiegłego roku. Powtarzałem to już wiele razy, że my jako grekokatolicy musimy podążać w tym samym kierunku.

Ponadto pojednanie między naszymi Kościołami pomoże w procesie pojednania między narodem ukraińskim i rosyjskim. Jak to między sąsiadami bywa, mamy wiele wzajemnych problemów historycznych – ale nie możemy budować przyszłości bez chrześcijańskich sposobów komunikacji. Nie jest mi łatwo mówić o tym na Ukrainie. Nie wszyscy mnie rozumieją. Proces pojednania pomoże też w przezwyciężeniu ukrainofobii w Rosji i pomoże zatrzymać proces rusyfikacji Ukrainy. Bardzo odczuwamy wpływ rosyjskiej kultury w naszym kraju. Jest on chyba większy niż w czasach Związku Sowieckiego. Dlatego takie porozumienie jest nieuniknione i musimy do niego dążyć. Jako Kościół katolicki jesteśmy gotowi do tego i oczekujemy tego samego ze strony Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. Nie jesteśmy związani ani z władzą, ani nie krępuje nas jakiś projekt geopolityczny. Na Ukrainie jesteśmy tylko Kościołem Chrystusowym i nic więcej. Daje nam to poczucie wolności w dążeniu do tego, co jest prawdziwie chrześcijańskie.

Często UKGK wypowiada się krytycznie wobec sytuacji społeczno-politycznej na Ukrainie. Czy z tego powodu nie macie problemów z obecną władzą?

Czasem mamy problemy, ale i też nie mamy żadnych korzyści, jakie na ogół przynoszą dobre kontakty z władzą. Taka sytuacja pomaga nam w uniknięciu konkubinatu z władzą, jakakolwiek by ona była.

Jak Ksiądz Arcybiskup postrzega rolę Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie?

Na Ukrainie żyje bardzo dużo katolików obrządku łacińskiego. Są naszymi braćmi, z którymi – w trudnych sowieckich czasach – razem chodziliśmy do jednego kościoła. Zmartwychwstanie Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie było wolą Bożą. Nie był to żaden projekt polityczny. Przede wszystkim jest to obecnie Kościół ukraiński, zwłaszcza w centrum i na wschodzie kraju. Na zachodzie, w dawnej Galicji, dominują Polacy. Kościół rzymskokatolicki na Ukrainie jest zatem wieloetniczny i używa języka ukraińskiego, polskiego i rosyjskiego.

Z Kościołem rzymskokatolickim zawsze szukamy sposobów na wzajemne wspieranie się. Jest to potrzebne zwłaszcza na Ukrainie, bo żyjemy w kraju z większością prawosławnych mieszkańców.

Ale są i problemy. Często słyszymy zarzuty, że grekokatolicy są przeciwni zwrotowi świątyń katolikom, zwłaszcza we Lwowie czy na Ukrainie zachodniej. We Lwowie chodzi o kościół Matki Bożej Gromnicznej bądź o dawną kaplicę seminaryjną. Czy nie da się tego rozwiązać?

Potrzeby Kościoła rzymskokatolickiego są uzasadnione i my je popieramy. Nie są to problemy pomiędzy Kościołem greckokatolickim a rzymskokatolickim. Na Ukrainie zachodniej faktycznie niektóre dawne kościoły rzymskokatolickie w latach 90. rząd ukraiński oddał do dyspozycji grekokatolikom. Tak się stało, gdyż w tym czasie mieliśmy trudności z prawosławnymi, którzy nie chcieli oddać naszych dawnych świątyń.

Na skutek tych procesów w niektórych miejscach na Ukrainie zachodniej istnieją świątynie rzymskokatolickie, które obecnie są w posiadaniu greko­katolików, a wspólnoty rzymskokatolickie ich potrzebują. Zgadzam się, że te kościoły powinny być oddane i popieram to. Ale nie zawsze jest to łatwe. Trudno jest dyskutować z miejscową parafią greckokatolicką, która użytkuje taką świątynię.

Nie może Ksiądz Arcybiskup powiedzieć: oddajcie ten kościół, bo rzymskokatolicy go potrzebują, a my mamy już wiele świątyń i sobie poradzimy?

Robimy to, ale nie zawsze nas słuchają. Coś podobnego w 1991 r. wydarzyło się w Polsce, w Przemyślu. Papież prosił, aby oddać grekokatolikom dawną katedrę, a niektórzy katolicy to uniemożliwili.

Ale grekokatolicy w Przemyślu otrzymali w zamian za to inną świątynię...

Jako Kościół greckokatolicki na Ukrainie jesteśmy świadomi potrzeb rzymskich katolików, popieramy ich prośby i tam, gdzie można, szukamy i szukać będziemy rozwiązania. Potrzeby Kościoła rzymskokatolickiego popieramy także w sferze relacji z państwem. Teraz na Ukrainie dyskutowana jest sprawa restytucji Kościołom ich dawnych dóbr zabranych przez władze komunistyczne.

Czy jest szansa, by państwo ukraińskie oddało to, co zrabowano Kościołom?

Jest. Obecnie w rozmowach z władzami dyskutujemy o mechanizmach, jakie miałyby to umożliwić. Istnieją duże problemy natury prawnej, ale dyskutujemy o tym. Problem polega na tym, że żaden z Kościołów na Ukrainie jako Kościół nie ma osobowości prawnej. Osobowość prawną mają poszczególne parafie, ale Kościoły jako takie jej nie mają. To inaczej niż w Polsce, gdzie sprawy te rozwiązano w konkordacie ze Stolicą Apostolską, a w przypadku innych Kościołów w odrębnych ustawach. Odczuwamy pewne otwarcie wobec tego tematu ze strony państwa ukraińskiego, ale nie ma jeszcze wypracowanego rozwiązania.

Jak Ksiądz Arcybiskup widzi dalszą współpracę naszych Kościołów: rzymskokatolickiego z Polski z greckokatolickiego z Ukrainy?

Jest bardzo dużo do zrobienia. Najpierw chciałbym zadeklarować, że pragnę kontynuować to, co zrobił mój poprzednik kard. Lubomir Huzar. Jestem spadkobiercą tego wszystkiego, a poza tym w jakiś sposób już w tym procesie uczestniczyłem. Przez lata byłem jego sekretarzem. Jestem przekonany, że to jedyna droga ku przyszłości. Trzeba nią podążać, tym bardziej że widzę, iż z obu stron jest dobra wola.

A konkretnie, w jaki sposób podążać?

Z jednej strony musimy tworzyć i popierać różne wspólne inicjatywy. Na przykład istnieje Kapituła Polsko-Ukraińskiego Pojednania, której przewodniczy kard. Lubomir Huzar. W tym roku nastąpi kolejna edycja wręczenia nagród. Zależy nam, aby ktoś z hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego z Polski dołączył do kapituły. Kard. Dziwisz już wyraził zgodę.

Ważną rolę mogą odegrać wspólne pielgrzymki, zwłaszcza młodzieży. W tym roku młodzież ukraińska – 700 osób wraz z biskupem greckokatolickim ze Stryja uczestniczyła w piątek przed Niedzielą Palmową we wspólnej drodze krzyżowej na terenie obozu w Majdanku. Jestem przekonany, że przyszłość należy do młodzieży. Jeśli idea polsko-ukraińskiego pojednania zostanie przez nią przyjęta, to będzie kontynuowana w przyszłości.

Istotne też byłyby wspólne, bardziej systematyczne spotkania między naszym Synodem a Episkopatem Polski. Potrzebne są nie tylko wspólne nabożeństwa, lecz także wspólne deklaracje. Przecież dzieło polsko-ukraińskiego pojednania wciąż trzeba odnawiać w pamięci naszych wiernych i naszych społeczeństw.

Ważna jest tegoroczna idea Dni Wspólnej Modlitwy (11 lipca) zrodzona podczas rozmów z Kościołem łacińskim na Ukrainie. Nie wiem, czy w tym roku dojdzie do jej realizacji, ale jestem głęboko przekonany, że taki dzień wspólnej modlitwy za ofiary trzeba by organizować.

Niedawno odwiedziłem Wołyń i było mi bardzo przykro, że nie znalazłem tam żadnego pomnika pomordowanych Polaków. Potrzebne jest miejsce modlitwy za ofiary tej zbrodni, miejsce służące do godnego oddania szacunku. Powinny być tam upamiętnione również ofiary strony ukraińskiej. Jeśli razem będziemy się modlić, będzie to ważne świadectwo.

Jak Ksiądz Arcybiskup widzi przyszłość Ukrainy i jej miejsce w europejskiej przestrzeni?

Ukraina i Ukraińcy mają przyszłość tylko w Unii Europejskiej. W lutym br. przedstawiciele Wszechukraińskiej Rady Kościołów odbyli wspólną podróż do Strasburga. Razem dawaliśmy świadectwo, że społeczeństwo ukraińskie swoją przyszłość widzi właśnie w Unii. Nie oznacza to, że wszystko nam się tam podoba, ale nasza przyszłość jest tam. A droga Ukrainy do Unii Europejskiej idzie przez polsko-ukraińskie pojednanie i porozumienie. Prosimy więc, aby bracia z Polski nam w tym pomagali.

To macie zagwarantowane.

Wiemy i jesteśmy za to Polakom bardzo wdzięczni.

Jak Ksiądz Arcybiskup czuje się jako następca wielkich hierarchów grecko­katolickich – metropolity Andrzeja Szeptyckiego i kardynała Josyfa Slipyja?

Dla mnie to wielki zaszczyt i zaskoczenie oraz wielkie wyzwanie, aby starać się ich naśladować, a także kontynuować ich linię działania. Z drugiej strony czuję, że jestem pod ich opieką. Metropolita Andrzej Szeptycki był moim patronem, gdy po upadku Związku Sowieckiego jako pierwszy grekokatolik wyjechałem na studia do Rzymu i wróciłem stamtąd z doktoratem.

Jak to rozumieć?

Uważam go za swojego patrona. Gdy kard. Myrosław Lubacziwśkyj zakomunikował mi, że chce mnie wysłać na studia do Rzymu, poszedłem do krypty w soborze św. Jura, gdzie jest pochowany metropolita Szeptycki, aby prosić go o błogosławieństwo i wstawiennictwo. I on nigdy mnie nie opuścił. Czułem, że ręka tego świętego człowieka była nade mną. A kiedy byłem rektorem seminarium we Lwowie, w sposób szczególny, poprzez modlitwę, czułem kontakt duchowy z kard. Slipyjem, który też był młodym rektorem tego seminarium. Czasem bywają takie sytuacje, kiedy nie można z nikim porozmawiać, poradzić się, a trzeba podjąć decyzję. Wtedy wzywałem pomocy kard. Slipyja. I jakoś zawsze wychodziło na dobre.

Otrzymałem jeszcze inny wielki dar – to, że mój poprzednik kard. Huzar żyje. Jest ze mną i mi pomaga. Jest dziś moim mistrzem, ojcem duchowym i doradcą.

Jak widzi Ksiądz Arcybiskup początki pontyfikatu papieża Franciszka i jakie wiąże z nim nadzieje – dla Kościoła powszechnego oraz dla Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego?

Bardzo się cieszę z jego wyboru i widzę, że jest to szansa na nowy powiew Ducha Świętego w Kościele.

W latach 2009–2011 był Ksiądz biskupem pomocniczym greckokatolickiej eparchii Opieki Matki Bożej w Buenos Aires. Oznaczało to bliską współpracę z ówczesnym prymasem Argentyny kard. Bergoglio. Jak układała się ta współpraca? Na czym polegała. Prosimy o wspomnienia.

Kiedy rozpocząłem posługę biskupa w Argentynie, miałem zaledwie 38 lat. Prosiłem Boga, aby ktoś stał się moim przewodnikiem. Bóg dał mi kard. Jorge Bergoglio. Był dla mnie człowiekiem posłanym od Boga, który wziął mnie za rękę i pomagał stawiać pierwsze kroki na ziemi argentyńskiej. Uczyłem się od niego, co znaczy być biskupem.

Kard. Bergoglio był bardzo skromnym człowiekiem, prostym w stosunkach z innymi, ale i bardzo głębokim. Jestem przekonany, że autentyczność i skromność będzą tym skarbem, który da Kościołowi powszechnemu. A czeka nas dużo niespodzianek z jego strony. Jakich, to zobaczymy.

Przed kilkoma dniami dostałem od niego list, w którym napisał: „Miło wspominam nasze spotkania w Bue­nos Aires i gorliwość Księdza Biskupa wobec powierzonej mu ukraińskiej owczarni”. Papież pamięta o naszym Kościele, to dobry znak na przyszłość.

Kard. Bergoglio zawdzięcza też chyba wiele greckokatolickiemu kapłanowi, z którym był związany w młodości?

Kiedy po raz pierwszy spotkałem kard. Bergoglio w Argentynie, przywitał mnie po ukraińsku: „Sława Isusu Chrystu!”. Wyjaśnił, że kiedy był uczniem w szkole prowadzonej przez salezjanów, spotkał ukraińskiego salezjanina ks. Stepana Czmila. Pomagał mu, służąc do wschodniej liturgii. Prosiłem go, aby napisał swoje świadectwo do procesu beatyfikacyjnego tego kapłana, jaki się rozpoczął niedawno. Obiecał to zrobić.

Być może postawa tego ukraińskiego księdza wpłynęła na osobowość i wybór kapłaństwa przez obecnego papieża.

Rozmawiali: Marcin Przeciszewski i Krzysztof Tomasik

KAI, lz

[fot: jaroslaw.pl]

Warto poczytać

  1. stop-pedofilii-14072018 14.07.2018

    Czy to krok w celu akceptacji pedofilii? Amerykańska strona internetowa chce zmiany słowa "pedofil" bo jest obraźliwie

    Thepreventionproject.org to strona internetowa o charakterze profilaktycznym, która zajmuje się badaniem oraz pomocą osobom, które posiadają skłonności pedofilskie

  2. 1270tuseksmieszek 13.07.2018

    Tusk wyśmiany przez amerykańskich dziennikarzy. Mocny komentarz Antoniego Macierewicza

    Donald Tusk chyba nie zdaje sobie sprawy z faktu, że w Europie niewielu traktuje go poważnie. Choć wielokrotnie dano mu to odczuć, on niezrażony stara się pokazac, że jest politykiem „z pierwszej ligi”. Próbował to udowodnić, pouczając Donalda Trumpa

  3. walesa02022018 09.07.2018

    Czy to atak sztabu wyborczego PO? Przychylne dla Jarosława Wałęsy komentarze pochodzą z tego samego komputera

    Zobacz zdjęcie z komentarzami dla Jarosława Wałęsy

  4. 1270prezydentandrzejwolyn 09.07.2018

    Prezydent oddający hołd wymordowanym Polakom? Dla lewactwa to powód do śmiechu!

    Trudno o większe zezwierzęcenie, niż wyśmiewanie się z osoby, która oddaje hołd ofiarom ludobójstwa. Jednak to, co dla przyzwoitych ludzi jest niedopuszczalne, dla wielu, wychowanych na publicystyce wiadomej gazety, jest rzeczą naturalną

  5. 1270jaroslawkacz1 06.07.2018

    Ordynarny atak na Jarosława Kaczyńskiego. „Totalni”, chcą „odstrzelić” prezesa PiS

    Opozycjo, opamiętaj się, bo może dojść do tragedii

  6. amnesty-international-5072018-r 05.07.2018

    Nie mogli się zaangażować w sprawę Alfiego Evansa, ale nie mieli obiekcji przed protestami pod SN. Jaki jest prawdziwy cel Amnesty International?

    Emocje związane z ustawą o Sądzie Najwyższym oraz odwołaniem sędzi Małgorzaty Gersdorf ze stanowiska Pierwszej Prezes SN przyciągnęły uwagę wielu ludzi

  7. 1270hejtlis 04.07.2018

    Tomasz Lis wyzywa premiera Morawieckiego. Pinokiusz przechodzi samego siebie

    Tomasz Lis, to bez wątpienia przykład „dziennikarza zaangażowanego”. Nic dziwnego – za swoje zaangażowanie dostaje sute wynagrodzenie od niemiecko-szwajcarskiego wydawcy „Newsweeka”, który skoro płaci, to wymaga.

  8. 1270gasiukpawlowicz222 03.07.2018

    Nie ma Petru, a gafa goni gafę. Nowoczesna nie potrafi poprawnie wpisać nazwy kraju

    Nieznajomość ortografii, zwykła niechlujność czy może brak elementarnego szacunku dla ojczyzny? Nowoczesna znowu poraża błędami.

CS157fotoMINI

Czas Stefczyka 157/2018

PDF (9,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook