Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

„Anglicy na pokładzie – książka o drobnych konfliktach"

30.09.2014

Z okazji Międzynarodowego Dnia Tłumacza, SKOK Ubezpieczenia oraz wydawnictwo Wiatr od Morza zorgnizowały premierę zbiorowego przekładu książki Matthew Kneale’a pt. „Anglicy na pokładzie”, która odbyła się 30 września o godzinie 18.00 w salonie Matras przy al. Solidarności 113 w Warszawie.

W spotkaniu wzięli udział Krzysztof Filip Rudolf - tłumacz i Michał Alenowicz - tłumacz oraz wydawca książki. Niezwykłość „Anglików na pokładzie” polega na tym, że narracja 21 narratorów została przetłumaczona przez 21 translatorów. W powieści mamy nie tylko wątki zabawne, wątki pirackie, fabularne, ale także wątki historyczne.

"Jest to wyspa Man, z której notabene pochodził ojciec autora. Jest to wyspa o dumnej historii przemytniczej. Jeden z głównych bohaterów jest przemytnikiem i w tej sposób postanawia zarabiać na życie. Powieść zawiera mnóstwo fantastycznych epizodów, wymyślonych przez autora,  ale zawiera równie wiele faktów, które jakoś autor sprytnie wplata w powieść. Ta warstwa faktograficzna wplata się we fragmentach dotyczących Tasmanii. Autor dokonał tutaj ogromnej pracy, przekopał mnóstwo źródeł" - opisywał podczas spotkania opisywał jeden z tłumaczy.


Filip Rudolf oraz Michał Alenowicz odnieśli się także do języka, w którym została napisana książka. "Język w oryginalne nie jest do końca dzisiejszy, ale też nie jest językiem archaizowanym. Każdy narrator ma bardzo specyficzny styl, który jest niedzisiejszy i swoisty dla danej osoby. To się dobrze czyta, ale to wymaga skupienia. Ta materia słowna nie jest zawsze taka przejrzysta -  zgodnie stwierdzili.

Próbując określić książkę w jednym zdaniu doszli do takich wniosków: "Anglicy na pokładzie – książka o drobnych konfliktach"; "Książka o tym, że nic nie jest takie, jakim się nam wydaje."

Skąd - innowacyjny - pomysł na skorzystanie z 21 tłumaczy? "Długo zastanawialiśmy się kto mógłby ją przełożyć. Pewnego dnia pojawiła się żaróweczka: skoro jest tylu narratorów, to czemu jedna osoba ma się wysilać, skoro ten styl jest zróżnicowany. (…) Stwierdziliśmy, że możemy zrobić to w sposób naturalny, niewymuszony. (…) Tłumacz nie będzie miał nawet szans zostawić po sobie śladów w każdym z narratorów. Obaj stwierdzilśmy, że to jest świetny pomysł" - powiedział pan Alenowicz, wydawca książki. "Matthew Kneale odpisał, że to świetny pomysł, że ogromnie mu się podoba. Że to pomysł stuprocentowo zgodny z zamysłem autora. Autor napisał tę książkę tak, że żaden narrator nie jest wszechwiedzący. Potem okazuje się, jak jego narracja układa się w tą całą mozaikę" -  dodał.

"Tłumacze dostali wycinki, które musieli przetłumaczyć, nie znali całej fabuły" - zauważył Filip Rudolf.

W spotkaniu brał też udział jeden z 21 tłumaczy, uczestniczący w przedsięwzięciu: "Tekst wyrwany z kontekstu tłumaczy się dość trudno. (…) Język był przystępny, nie aż tak mocno stylizowany na tamten okres. Jedyną trudnością było wpasowanie fragmentu w aktualną dla tamtego czasu sytuację polityczną – chodziło o kwestie rasizmu. Trzeba było zrobić tak, żeby nie zatracić emocji i podejścia bohatera" - opisywał. Co ciekawe, tłumaczył tylko swój wycinek, nie znając nawet całości książki.

"Praca była nieprawdopodobnie żmudna. Ekipa 21 tłumaczy, to były dwie grupy: Michała i moja. Tłumacz robił tekst, ja go czytałem z oryginałem, nanosiłem poprawki, odsyłałem do tłumacza, on poprawiony do mnie – taki ping pong. Kiedy tekst był zrobiony, wysyłałem do Michała i znowu to samo" -  opowiadał o tym, jak powstawała książka Filip Rudolf.

Michał Alenowicz i Filip Rudolf także brali udział w tłumaczeniu książki. Obaj przekładali narrację dwóch głównych „przewodników” w powieści. Podczas spotkania streścili charakterystykę swoich bohaterów. Michał Alenowicz opowiedział także o trudnościach jakie miał podczas tłumaczenia swojego narratora: "Problemów troszkę było, kapitan mówi językiem barwnym, pełnym zapożyczeń. (..) To dialekt wywodzący się z celtyckiego języka manx i stanowi mieszkankę tego z językiem angielskim. U niego pojawiają się bardzo często słowa z języka manx i czytelnik musi je z kontekstu rozszyfrować. Niektóre z tych słów trzeba było zamienić na odpowiedniki polskie – żeby one były równie dziwne dla Polaka, co w oryginale dla anglika. (…) Pojawiła się też kwestia terminologii marynistycznej" - powiedział.

Panowie opowiedzieli też o pracy tłumacza, zaznaczając, że wiele rzeczy, które tłumacz przez przypadek gdzieś przeczytał, przydaje się w przyszłości. "Książek przed tłumaczeniem nie czytam. Kiedyś udawałem, że czytam. I kiedyś spotkałem kolegę, który też tłumaczy i on powiedział, że nie czyta. Czemu - zapytałem? „Bo to jest nudne”. Czytam, odkrywając książkę. Akurat tę książkę przeczytałem – ale to jest wyjątek" - stwierdził Filip Rudolf.

"Ja staram się czytać książkę, zanim ją przełożę. Mnie tutaj dużo nauczyła pierwsza książka, którą tłumaczyłem. Była to powieść science-fiction, gdzie na ostatnich stronach okazuje się, że główna bohaterka jest mechanicznym orangutanem. I gdybym tego wcześniej nie wiedział, to musiałbym cofnąć się do początku i sprawdzić wszystkie słowa" -  opowiedział Michał Alenowicz.

mc
[fot. MC]

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook