Jedynie prawda jest ciekawa

Zabili 300 bandytów od Dirlewangera

01.08.2014

"Broń zebrałem, trupy zostawiłem. Później jeździły po nich niemieckie czołgi."


Generał Janusz Brochwicz-Lewiński ps. „Gryf”, żołnierz batalionu AK „Parasol” w Powstaniu walczył z oddziałami degeneratów od Dirlewangera. Nie mieli z nim łatwo. Broniąc pałacyku „Michla” rozbił cały oddział niemieckich zbrodniarzy.

-Dirlewanger wysłał najpierw jedną kompanię, nie więcej niż 300 ludzi uzbrojonych w szybkostrzelne karabiny maszynowe. Gdy wstałem, byli od nas około 300 metrów.

-mówi Lewiński w wywiadzie dla „Naszego Dziennika”.

-Przechodząc przed naszymi oknami, stanęli na chwilę. Wówczas okna się otworzyły i ze wszystkich „rur”, jakie miałem do dyspozycji, czy to były karabiny maszynowe, pistolety, miotacze płomieni czy rakietowe działo przeciwpancerne ze zrzutów, zaczęliśmy strzelać. Miałem też dużo amunicji, więc ogień, który daliśmy Niemcom, był paraliżujący, nie mieli szans ucieczki.

-kontynuuje Powstaniec.

Z 300-osobowej bandy morderców, żołnierze Brochwicza-Lewińskiego nie zdążyli zastrzelić tylko garstki.

-Trupy były wszędzie. Dopiero po 10-15 minutach jakiś niemiecki dowódca wpadł na pomysł i otworzył świece dymne, robiąc sobie zasłonę, w ten sposób ewakuowano resztki niedobitków. […] Broń zebrałem, trupy zostawiłem. Później jeździły po nich niemieckie czołgi

-mówi bohater

Żołnierze Dirlewangera byli bandą kryminalistów wysłanych przez Hitlera na front. W jednej brygadzie zgromadzono najgorszy element kryminalny III Rzeszy. Znani z okrutności bandyci przez samych Niemców nazywani byli „zbiorowiskiem morderców”. Ich agresja, brutalność i zezwierzęcenie nie wystarczyło jednak na chłopaków z AK. Warszawiacy walczyli o swoją wolność i Ojczyznę, wystarczyło im determinacji na zwycięstwo z „gromadą świń” Dirlewangera.

-Przegrupowałem moich ludzi, nie miałem ani jednego rannego, panował wielki entuzjazm. Moi żołnierze zobaczyli, że znienawidzonych esesmanów można rozwalić. To im dało moralne ostrogi. Mieliśmy poczucie, że jesteśmy w wolnej Warszawie, nad naszymi głowami powiewała biało-czerwona flaga z orłem i koroną. Byliśmy dumni z siebie, to były nasze polskie Termopile

- mówi Janusz Brochwicz-Lewiński.

Generał do kraju wrócił po 58 latach emigracji. Tak mówi o dzisiejszej Polsce:

- Z ogromną troską i smutkiem odbieram obecne losy mojej Ojczyzny. Polacy muszą zrozumieć, że własne państwo to wielkie zadanie, nad którym trzeba z wielką odpowiedzialnością i sumiennie, mądrze pracować.

 

naszdziennik.pl/tk

 

fot.  wikimediacommons/Bundesarchiv Bild 183-97906, Warschauer Aufstand, Straßenkampf (2)

CS150MINIfot

Czas Stefczyka 150/2017

PDF (4,60 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook