Jedynie prawda jest ciekawa

Orzeł, czerwona gwiazda i Maryja

15.08.2014

W 1930 r. Jerzy Kossak upamiętnił Bitwę Warszawską na obrazie „Cud nad Wisłą”. W centrum batalii, nad gromiącymi bolszewików polskimi żołnierzami, umieścił na niebie jaśniejącą postać Maryi, w otoczeniu samolotów i… husarii. Alegoria artysty oddała w ten sposób ducha i znaczenie tej bitwy, ale również zobrazowała to, co potwierdzają liczne relacje polskich żołnierzy.

„W dniu tym wojsko i społeczeństwo czci chwałę oręża polskiego, której uosobieniem i wyrazem jest żołnierz. W rocznicę wiekopomnego rozgromienia nawały bolszewickiej pod Warszawą święci się pamięć poległych w walkach z wiekowym wrogiem o całość i niepodległość Polski” – tak brzmi fragment rozkazu ministra spraw wojskowych gen. Stanisława Szeptyckiego z 1923 r., ustanawiającego Święto Wojska Polskiego w dniu 15 sierpnia, w rocznicę rozpoczęcia zwycięskiej kontrofensywy w czasie Bitwy Warszawskiej w 1920 r.

Od tego czasu to właśnie data jest najważniejszą w kalendarzu polskich sił zbrojnych. Co ciekawe, przez pierwsze trzy powojenne lata (1945–1947) święto 15 sierpnia obchodzono także w tzw. Ludowym Wojsku Polsku, choć roiło się w nim wówczas od sowieckich „doradców” i wojskowych na każdym szczeblu, z których wielu pamiętało wojnę polsko-bolszewicką, i owszem, ale z drugiej, komunistycznej strony frontu. Dopiero w 1948 r. świętowanie w „ludowej” armii przeniesiono z 15 sierpnia na 12 października, upamiętniającego chrzest bojowy 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki w bitwie pod Lenino. Jednak ta dywizja służyła interesom Związku Sowieckiego, a nie Polski, dlatego tam gdzie przechowała się prawdziwie wolna Rzeczpospolita – w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, a potem po prostu wśród polskiej emigracji – chwałę polskiego oręża wciąż wspominano 15 sierpnia.

Po rozpoczęciu transformacji w latach 1990–1992 Święto Wojska Polskiego obchodzono – kompromisowo, jak to w przypadku „niedokończonych rewolucji” bywa – 3 Maja. Od 1992 r. oficjalnie przywrócono święto 15 sierpnia.

Każde państwo święto swojej armii ustanawia z reguły w rocznicę jednego z najbardziej chwalebnych zwycięstw militarnych, przełomowych dla swojej historii. Czy podobnie jest w przypadku Święta Wojska Polskiego?

Orzeł biały kontra czerwona gwiazda

Bitwa Warszawska rozegrana w sierpniu 1920 r. była kulminacją wojny polsko-bolszewickiej toczonej od lutego 1919 r. Młode państwo polskie, które zaledwie kilka miesięcy wcześniej odzyskało niepodległość po 123 latach zaborów, musiało stawić czoło jednemu z największych zagrożeń w swojej historii. Po sukcesach wojska polskiego dowodzonego przez Józefa Piłsudskiego w 1919 r. (zajęcie Wilna) i 1920 r. (Kijów), Armia Czerwona przeszła do ofensywy. W sierpniu 1920 r. sowieckie armie otoczyły polską stolicę od północy i wschodu.

Wówczas polski naród zdobył się na ostatni wysiłek. Powołano Radę Obrony Państwa, a do oddziałów ochotniczych (także Legii Kobiet!) zgłosiło się ok. 80 tys. osób!

Plan bitwy pod stolicą opracował szef sztabu Wojska Polska gen. Tadeusz Rozwadowski. Manewrem okrążającym Armię Czerwoną znad Wieprza dowodził natomiast Naczelny Wódz Józef Piłsudski. Decydujące kontrnatarcie na południowe i wschodnie flanki Sowietów, którzy w popłochu rzucili się do odwrotu, ruszyło w nocy z 15 na 16 sierpnia 1920 r., a więc w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Z kolei decydujące o obronie stolicy walki pod Ossowem rozegrały się w wigilię tego święta 14 sierpnia.

Cud nad Wisłą

Oskrzydlająca Armię Czerwoną kontrofensywa była dla sowieckich dowódców wielkim zaskoczeniem. Polscy wojskowi zaplanowali ją tak skutecznie m.in. dzięki złamaniu bolszewickich szyfrów już w 1919 r. W dodatku 13 sierpnia 1920 r. polski wywiad przechwycił i rozszyfrował depeszę jednej z sowieckich armii, dzięki czemu znał plany zajęcia Warszawy. Natomiast gdy tego samego dnia przy jednym z zabitych polskich oficerów Sowieci znaleźli mapę i plan bitwy, uznali to za operację maskującą inne ruchy wojsk Piłsudskiego. Polakom w 1920 r. sprzyjało więc szczęście. Czy tylko szczęście?

W czasie wojny polsko-bolszewickiej doszło do wielu doniosłych aktów religijnych, zwłaszcza po kolejnych sukcesach sowieckiej ofensywy i sukcesywnym zbliżaniu się Armii Czerwonej do Warszawy. W czerwcu 1920 r. polscy biskupi zawierzyli w stolicy Ojczyznę Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Powtórzyli ten akt w lipcu na Jasnej Górze, jednocześnie ponownie obierając Maryję Królową Polski (tak jak król Jan Kazimierz w czasie potopu szwedzkiego).

Zachowały się liczne relacje polskich i bolszewickich żołnierzy (jeńców) o wizerunku Maryi, który ukazał się im w nocy 15 sierpnia w czasie boju pod Wólką Radzymińską. Matka Boża miała wówczas być ubrana w białą szatę i niebieski płaszcz. Jezuici z Warszawy rozpoznali po latach w tych relacjach wizerunek Matki Bożej Łaskawej z ich zakonnego kościoła na Starym Mieście.

Piłsudski czy cud?

Określenie „Cud nad Wisłą”, choć początkowo (podobnie jak dziś) pozytywne, w czasach II RP było wykorzystywane przez endecję do walki z Piłsudskim. W końcu jeśli to był cud, to chyba nie za przyczyną Komendanta, tylko Boga i Maryi. A przecież legendę Naczelnika Państwa zbudowały w równej mierze szlak bojowy Legionów Polskich podczas I wojny światowej oraz właśnie zwycięska wojna z bolszewikami. W czasach reżimu PRL zarówno sama wojna, jak i określenie „Cud nad Wisłą” były wymazane z oficjalnej historii. Trudno się dziwić komunistom, że nie chcieli przypominać o klęsce swoich towarzyszy ze Wschodu, w dodatku zadanej im pod sztandarami wiary katolickiej.

Jednak obecnie w oficjalnej narracji państwowej, jak i w naturalnym odczuciu większości Polaków, nie ma chyba sprzeczności między cudownym charakterem wydarzeń wokół Warszawy w sierpniu 1920 r. oraz konkretnymi zasługami poszczególnych dowódców i żołnierzy Bitwy Warszawskiej.

Słudzy Maryi

Na wspomnianym już obrazie Jerzego Kossaka polskie wojsko wypiera bolszewików z przedpola Warszawy pod znakiem krzyża. Konkretnie niewielkiego drewnianego symbolu męki Chrystusa, trzymanego w rękach przez ks. Ignacego Skorupkę. To postać autentyczna. Młody kapłan zgłosił się jako kapelan do Armii Ochotniczej i poległ w bitwie pod Ossowem 14 sierpnia 1920 r. Stał się jedną z symbolicznych postaci wojny polsko-bolszewickiej, personifikując cywilizacyjny aspekt konfliktu – gra szła przecież o najwyższą stawkę, niepodległość, ale też powstrzymanie antychrześcijańskiej zarazy stojącej u wrót Europy.

W tym właśnie kontekście Kossak na swoim płótnie umieścił postać Maryi, ukazującej się walczącym, w otoczeniu husarii. To czytelne nawiązanie do Bitwy pod Wiedniem w 1683 r., której strategiczny cel i symboliczny wymiar były podobne do późniejszej Bitwy Warszawskiej. To skuteczna obrona chrześcijańskiej Europy, w jednym przypadku przed bolszewikami, w drugim przed Turkami osmańskimi.

W ten sposób Jerzy Kossak kilkoma posunięciami pędzla sportretował jeden z ważniejszych nurtów naszej historiografii, nawiązujący do Polski jako „przedmurza chrześcijaństwa”. Jeśli przyjąć ten sposób myślenia, młodych polskich żołnierzy walczących z bolszewikami w 1920 r. trzeba postawić w jednym szyku z rycerstwem króla Jana III Sobieskiego pod Wiedniem oraz konfederatami barskimi, którzy w drugiej połowie XVIII w. wystąpili zbrojnie i politycznie przeciw rosyjskiej wasalizacji I Rzeczypospolitej oraz w obronie wiary katolickiej. Konfederaci barscy, których zawołanie stanowiło hasło „Wiara i wolność”, byli później przedstawiani jako rycerze Maryi.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że duch żołnierza polskiego w wojnie z bolszewikami był zgodny ze słowami Pieśni Konfederatów Barskich: „Nigdy z królami nie będziem w aliansach, nigdy przed mocą nie ugniemy szyi. Bo u Chrystusa my na ordynansach, słudzy Maryi”.

Na marginesie i zachowując wszelkie proporcje – pod sztandarami Maryi działało też wiele grup Federacji Młodzieży Walczącej w latach 80., głównie z Trójmiasta. W antykomunistycznych manifestacjach działacze FMW często brali udział trzymając transparent z napisem „Maryja nadzieją niepodległości”.

W obronie chrześcijańskiej Europy

Brytyjski dyplomata lord Edgar Vincent D’Abernon uznał Bitwę Warszawską za jedną z osiemnastu bitew decydujących o losach świata. Sam w 1920 r. przebywał w Polsce, ponieważ jako brytyjski ambasador w Berlinie był członkiem alianckiej misji w naszym kraju. Lord D’Abernon starcie polsko-bolszewickie zaliczył do grona tak przełomowych konfliktów zbrojnych jak bitwy Ateńczyków z Persami, Franków z Arabami czy bitwę pod Saratogą w 1777 roku, która zapewniła niepodległość Stanom Zjednoczonym, jedynemu obecnie supermocarstwu.

Rzeczywiście, gdyby losy wojny polsko-bolszewickiej potoczyły się inaczej, inaczej wyglądałby również zapewne XX-wieczny i współczesny porządek światowy. Celem inwazji Sowietów na odrodzoną Polskę było przecież wsparcie rewolucji proletariackiej tlącej się w Niemczech, co miało stać się początkiem podporządkowania ideologii komunistycznej całego Starego Kontynentu. Dzięki Polsce bolszewikom nie udało się w latach 20. zdominować Europy od wschodu. Jak wiemy, dekadę później próbowali uczynić to od zachodu, w trakcie wojny domowej w Hiszpanii. Również nieskutecznie, powstrzymani przez zjednoczone siły hiszpańskich konserwatystów, nacjonalistów i katolików. Obie wojny z bolszewikami – w Polsce i Hiszpanii – łączy m.in. właśnie silne połączenie elementów polityczno-wojskowych z religijnymi.

W polskiej debacie publicznej często przywołuje się II wojnę światową, wskazując na odważną i „moralnie czystą” postawę Polaków, którzy jako pierwsi na Starym Kontynencie podjęli walę z dwoma totalitaryzmami. Jednak nasze oczekiwania jakiegoś politycznego zadośćuczynienia czy historycznego wyrównania rachunków przez Europę Zachodnią trafiają w próżnię i tak już pewnie pozostanie. Racje moralne nie są niestety domeną polityki międzynarodowej, zwłaszcza współczesnej.

Polska powinna jednak mocniej akcentować swój wkład w obronę chrześcijańskiej Europy właśnie podczas wojny polsko-bolszewickiej i Bitwy Warszawskiej w 1920 r. W tym przypadku nie tylko zachowaliśmy się godnie moralnie i obroniliśmy niepodległość, ale także ochroniliśmy realne interesy większości państw europejskich. Warto to podkreślać w polskiej polityce historycznej, zwłaszcza w kontekście zbliżającej się setnej rocznicy wojny polsko-bolszewickiej (zaledwie 5-6 lat). Inną sprawą pozostaje, ilu Europejczyków jest dziś w stanie docenić obronę chrześcijańskiego charakteru kontynentu oraz ilu byłoby gotowych służyć pod „sztandarami Maryi”…

Adam Chmielecki

Autor jest politologiem, publicystą i wydawcą, współautorem biografii politycznej śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Artykuł ukazał się pierwotnie w sierpniowym numerze „Czasu Stefczyka”.

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook