Jedynie prawda jest ciekawa

„Ojciec nie rozpaczał na procesie”

17.04.2014

Wanda Kulwicka chce pozostawić ojca na Łączce: „Uważam, że to będzie dla niego odpowiednie miejsce. Tyle lat tam leżał, więc niech tak zostanie".

Gdy tatę aresztowano, miałam 1,5 roczku. (…) Z tego, co dziadkowie mi opowiadali, tato był zdolnym, młodym człowiekiem, który ładnie grał na akordeonie - mówi Wanda Kulwicką, córka Karola Rakoczego ps. „Bystry”, zamordowanego 29 marca 1950 r. w więzieniu mokotowskim w rozmowie z Naszym Dziennikiem.

„Tato był żołnierzem Ruchu Oporu Armii Krajowej, później Narodowych Sił Zbrojnych. Jako szesnastolatek wiosną 1946 r. wstąpił do oddziału ROAK Obwodu „Mewa” dowodzonego przez ppor. Tadeusza Kossobudzkiego „Czarnego”, a następnie por. Franciszka Majewskiego „Słonego”. W październiku 1947 r. wspólnie z oddziałem podporządkował się działającej na terenie Mazowsza północno-zachodniego 11. Grupie Operacyjnej NSZ dowodzonej przez por. Stefana Bronarskiego „Liścia”. Jego oddział operował na terenie powiatów: Lipno, Mława, Płock, Płońsk, Rypin i Sierpc” - opowiada córka bohatera.

„Mama opowiadała, że jak tato ostatni raz przyszedł do domu po kryjomu, żeby mnie zobaczyć, to miałam 1,5 roczku. Mówił, że z pewnością zginie.  (…) Rodzice byli ze sobą bardzo krótko, w chwili śmierci tato miał zaledwie 22 lata. Został aresztowany 11 lutego 1949 r., po walce z grupą operacyjną UB-KBW nieopodal wsi Sinogóra w powiecie mławskim. Kilka miesięcy później Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie pod przewodnictwem mjr. Piotra Adamowskiego skazał go na karę śmierci. Z opowiadania wiem, że wujek, brat jego matki, był na rozprawie i widział się z moim tatą. Ojciec był już wtedy sparaliżowany. Podczas walki dostał postrzał w kręgosłup i miał bezwład kończyn dolnych, chore nerki. Nie mógł już na własnych nogach przyjść na rozprawę, przywieźli go na wózku. Być może nawet leżał przed tym sądem. Wujek opowiadał, że tato nie rozpaczał. Wiedział, że śmierć go nie ominie i był z tym pogodzony” - opowiada Wanda Kulwicka, która od dwóch lat śledziła w mediach prace na Łączce w nadziei, że szczątki ojca zostana odnalezione.

„Widziałam w telewizji małe trumienki ze szczątkami ofiar, czytałam o pobieraniu próbek DNA, które wysyłane są do Szczecina. Skontaktowałam się z kuzynką ojca, która tam mieszka, i po konsultacji postanowiłam sama oddać ten materiał. Tym bardziej że dziadkowie, nie wiem dlaczego, od początku mieli przeświadczenie, że ich syn spoczywa na Powązkach” - mówi kobieta, która jest już zdecydowana, że jej ojciec pozostanie na Łączce”.

„Uważam, że to będzie dla niego odpowiednie miejsce. Tyle lat tam leżał, więc niech tak zostanie. Dopóki będę żyła, będę tam jeździć zapalić świeczkę ojcu, podobnie jak inni członkowie rodziny” - opowiada.

źródło: naszdziennik.pl

fot. M. Czutko

Opinie

więcej
CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook