Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

M/S "Wilhelm Gustloff" - storpedowana ewakuacja

31.01.2012

M/S „Wilhelm Gustloff” poszedł na dno trafiony trzema torpedami wystrzelonymi z łodzi podwodnej S – 13. Zatonął nocą 30 stycznia na wysokości latarni morskiej Stilo, 12 mil morskich od brzegu, w rejonie Ławicy Słupskiej. Razem z wrakiem transportowca na dno Bałtyku poszło 9 tysięcy osób, głównie kobiet i dzieci, niemieckich uciekinierów z Prus Wschodnich, Gdańska i Gdyni. Niemieckie życie na Wschodzie dobiegało kresu w wojnie totalnej. Niemcy płacili za grzech nazizmu.

Styczeń 1945 roku. Na zachodzie brytyjskie i amerykańskie bombowce obracają w gruzy niemieckie miasta. Adolf Hitler łudził się, że może jeszcze odmienić losy wojny za pomocą kolejnej Wunderwaffe – następnej generacji U-bootów. Wódz III Rzeszy wierzył w plan ofensywy podwodnej na Atlantyku. By go zrealizować musiał ewakuować swoje siły z południowego Bałtyku, a głównie II dywizjon floty podwodnej z Gdyni, personel łączności i echolokacji, bez którego U-booty były głuche.

Ucieczka przez śniegi

Na wschodzie przedzierają się przez mroźną zimę dwa miliony uciekinierów z Prus, brnąc w śniegu i ginąc na zatapianych statkach. Pierścień Armii Czerwonej zaciska się wokół Gdańska i Gdyni. 26 stycznia Rosjanie są w Malborku. Cztery dni później w swój ostatni rejs wyrusza m/s „Wilhelm Gustloff”. W drogę wyruszyła z Gdyni także Lucie Rybandt. W 1945 r. była żoną żołnierza Wehrmachtu. Pochodzącego z Pucka Gerharda Rybandta.  

- Wspomnienia wracają. A przez całe lata nawet moje dzieci nie znały moich przeżyć z „Gustloffa”. Bałam się. Takie były czasy, a i dziś ludzie różnie reagują. Nie wszyscy chcą zrozumieć. Ale co ja jestem winna, że taka była wojna – opowiadała nam przed dziesięciu laty pani Łucja. Pierwszego męża poznała, kiedy był w straży rzecznej. Nosił policyjny mundur. Dostał powołanie do do Wehrmachtu. Ślub brali na Wielkanoc 1943 roku. We wrześniu przychodzi na świat ich syn Hans Jurgen. Gerhard Rybandt trafił do Jugosławii.

- 30 stycznia 1945 roku miałam 22 lata, Byłam młodą mężatką. Byliśmy razem kilka tygodni. Zostały zdjęcia, ale musiałam powycinać z nich postać męża. Na nich był w mundurze – wspominała.

Nie ma żalu. Później ułożyła sobie życie. Wyszła ponownie za mąż. Ale to później. Najpierw skończy się wojna.

Pod koniec 1944 roku do Trójmiasta napływają uciekinierzy niosąc ze sobą straszne wieści. Łucja, dla Niemców – Lucie, widzi tych straceńców, którzy mają za sobą nieraz setki kilometrów. Marsz znaczą trupy starców, kobiet, dzieci. Ksiądz proboszcz z Oksywia zapisze w diariuszu parafialnym: „Rodzina rolników zgubiła dziecko. Znaleźliśmy biedactwo w przydrożnym rowie. Zamarznięte. Pochowaliśmy na przykościelnym cmentarzu”.

Styczeń 1945 roku był wyjątkowo mroźny. Wspomina o tym Marion Grafin von Doenhoff (po latach główna osobowość „Die Zeit”), gdy musiała konno uciekać z rodowego majątku Friedrichstein w Prusach: Ośnieżonymi drogami idą tysiące uciekinierów kobiety, dzieci, starcy. Królewiec zostawiali za sobą. Budzą litość. Pod załamującym się lodem prą do Gdańska i Gdyni. Blisko dwa miliony ludzi. Tobołki swoje ciągną setki kilometrów. Od czasu do czasu lód pęka i znikają w wodzie wozy, sanie, rowery.
 
Operacja „Hannibal”

25 stycznia na „Gustloffie” zaczęła się pierwsza faza przyjmowania uchodźców. Na Wybrzeżu trwa operacja „Hannibal”. Tego dnia wojska sowieckie zdobyły Elbląg. Uciekają rzesze gnane panicznym strachem. Robi swoje nazistowska propaganda i przekazywane przez ocalałych świadków relacje z masakr i gwałtów.  Do historii wojny psychologicznej przeszła tragedia mieszkańców odbitej z rąk czerwonoarmistów wsi  Nemmersdorf.  Uciekinierzy pełzną do Gdyni i Gdańska. Wielu zdoła dotrzeć. Wielu zginie.  Przy nabrzeżach stoją statki, które mają ich zabrać w głąb Rzeszy.  

Ludzie zajmowali każde wolne miejsce, kajuty, korytarze, baseny, sale restauracyjne i ogród zimowy. Ta rzesza uciekinierów miała do dyspozycji - w razie zatonięcia statku 12 dużych łodzi, które mogły zabrać 700 osób, 18 łodzi motorowych dla w sumie 350 osób oraz pięć tysięcy kamizelek ratunkowych, pontony i tratwy na trzy tysiące rozbitków.

Łucji – Lucie jej sąsiadka Gertruda Sieht, matka dwóch wesołych chłopców ośmioletniego Haralda i pięcioletniego Hansa Jurgena, proponuje ucieczkę na pokładzie „Gustloffa”. Obie dobrze się znają. Lucie z chłopczykiem wynajmują u niej pokój.

- Moja sąsiadka miała męża, który był w policji i dostał zezwolenie na wyjazd dla żony i dzieci. Chciała koniecznie bym z moim dzieckiem z nią pojechała. Synek rok i cztery miesiące miał. On się urodził 26 września 1943 roku. Słabo mówił, sylabizował parę zdań. Już zaczynał chodzić. Zabrałam się na ten statek – opowiadała nam po latach Łucja.

Mąż Gertrudy dostarcza karty wstępu. Sam nie popłynie – nie może. Zostaje też ich córka. Zapewnia, że rejs będzie bezpieczny, konwojowany.

- To była straszna zima. Pamiętam, że na Świętojańskiej zwały śniegu sięgały okien. Śnieżyca byłą taka w ten dzień cośmy jechały na Oksywie, na ten statek, że nie było widać świata – Łucja na statku była dwa dni. Przyglądała się. Nocą przed wyjazdem uszyła dziecku płaszczyk. 

Nad Gdynią od kilku dni szaleje wichura. Konie uciekinierów torują powolnie drogę do portu. Później porzucone błąkają się po drogach. Ludzie myślą tylko o tym, jak zdobyć miejsce na statek Na nabrzeżu tysięce ludzi. Z każdą chwilą napływają nowi.  Kursują statki, które po wyładowaniu uchodźców wracają po kolejnych z Pilawy,  z Królewca. Baraki, szopy, kościoły i bramy - przepełnione. Rano wielu już się nie podniesie z nocnego snu. Zostaną tu gdzie zasnęli.

Ilu ich było?

Na „Gustloffie” było więcej ludzi niż wynikałoby to z rejestru:
- Wielu było takich, którzy się po prostu ukrywali bez kart wstępu. Dużo ludzi wchodziło na pokład niby w odwiedziny, a później się melinowali. To było dużo ludzi. Trudno powiedzieć ilu, bo przecież tym wówczas nie byłam zainteresowana. Wszystkie korytarze, każde przejście, stołówka były zapakowane ludźmi. Podobnie sale rozrywkowe - wspominała Łucja.

- Kiedy wchodziłyśmy na pokład nie policzono nas. Z dziećmi była nas piątka, ale na liście widziałam dwójkę. Małych dzieci nie rejestrowali. Wraz z sąsiadką dostałam miejsce w kajucie. W ewidencji wpisano tylko mnie i ją – opowiadała.

Ci, którym nie udało się dostać na pokłady koczują wypatrując swej szansy. Czekają na zezwolenie wejścia.  Matki z dziećmi błąkają się w poszukiwaniu mleka. Na nabrzeżu czekają   niedobitki Dywizji kurlandzkiej. Po portach i ulicach hula zamieć śnieżna. Uchodźcy z nadzieją patrzą na cumujące okręty na wysokości Oksywia – „Cap Arcona”, „Hamburg”, „Potsdam”, statek wielorybniczy „Unitas”, okręty pomocnicze „Hansa” i „Gustloff” oraz  krążownik „Admiral Hipper” i pancernik „Prinz Eugen”.

W niedzielę 21 stycznia nadchodzi rozkaz Doenitza – „II dywizjon szkolny przenieść do Zatoki Lubeckiej”. Sprzęt zabiera „Hansa” i trzy tysiące uchodźców. M/S „Wilhelm Gustloff” – skład osobowy dywizjonu, batalion pomocniczy kobiet, rannych. Uchodźcy z rozkazu gaulaiterów Kocha i Foerstera według kryterium „niezdolny do walki”. Wejście na pokład wyłącznie za przepustką urzędu administracji. 

Zaczął się handel kartami. Tłum koczujący od tygodni na nabrzeżu zaczyna napór na trapy. Każdy uważa by nie dać się zepchnąć, nie cofnąć się o krok. Ci, którym się udało wejść na pokład myślą, że są uratowani. Niemiecki burmistrz Gdyni lokuje 13-osobową rodzinę w „kabinie Hitlera” i schodzi z okrętu. 

- Spotkałem człowieka, który został zaokrętowany na statek jako sanitariusz. Został później lekarzem. Dostał mój adres i napisał do mnie. To on mi powiedział, że do wieczora 29 stycznia do godz. 17 została zakończona pierwsza faza okrętowania. Na statku znalazło się wówczas 7956 uciekinierów. Jeszcze tej samej nocy i rano weszli na pokład kolejni. Już po wypłynięciu przybył statek z Pilawy „Reval” i przywiózł na pokład  500. Lista pasażerów obejmowała wstępnie 4424 osoby cywilne, 918 marynarzy Kriegsmarine, 173 członków załogi,  373 kobiety z pomocniczej służby marynarki oraz 162 ciężko rannych żołnierzy. Po podjęciu kotwicy i przeliczeniu okazało się, że na pokładzie jest 8956 uchodźców – opowiadał Heinz Schoen, „liczman”.  

Ilu dokładnie ludzi było na „Gustloffie” – tego nie dowiemy się nigdy.  Jeśli było tam 8956 uchodźców to na pokładzie transportowca było łącznie 10 582 pasażerów i marynarzy.

W morze!

Kiedy Łucja i jej sąsiadka z dziećmi jadą do portu wieje lodowaty wiatr.  Widzą jeszcze jak schodzą na dolne pokłady dziewczęta 17-20-letnie. Schodzą by ulokować się w pustym basenie kąpielowym na siennikach i materacach. Nie wiedzą, że za dwa dni trafi tam druga torpeda. Nie zauważą kiedy zginą. Na ich szczęście.  

Rankiem jest zezwolenie wyjścia w morze. Głośniki nadają instrukcje. Marynarze rozdają kamizelki ratunkowe. Rozlega się syrena i gwizdek „obcy opuścić okręt”. Wieczorem „Hansa” i „Gustloff” zabierają na pokład militarne tajemnice, plany  łodzi podwodnych. I tajemnicze skrzynie. Nie wolno okrętów fotografować, ani filować. Nie wolno wyglądać przez okienka. Bulaje mają być przysłonięte. 

Nikt nie wierz, że coś pójdzie źle. Oficerowie z „Prinz Eugen” lokują rodziny na „Gustloffa”. Okręt jest już przeładowany uciekinierami z Memel (Kłajpedy), Elbląga, Gdańska i Gdyni.

Kapitanowie  Friedrich Petersen, oficer marynarki handlowej  i Willi Zahn, dowódca konwoju  czekają na okręty konwoju. Boją się, że dalsze oczekiwanie może wywołać panikę na przepełnionym okręcie. W końcu biuro bezpieczeństwa żeglugi przesyła rozkaz wyjścia w morze na własną odpowiedzialność. Razem  ma wyjść „Hansa”. Dowódca wybiera drogę   biegnącą od 12 mil do 25 mil morskich od brzegu, wolną od min. Odebrał wcześniej meldunek, że w tym rejonie nie ma wrogich łodzi podwodnych. Zarzuca szlak przybrzeżny. Węższy, ale płytszy na tyle, że uniemożliwia atak łodzi podwodnej, więc bezpieczniejszy. Załoga nie wie, że na wysokości nasady Półwyspu Helskiego czyha już gwardyjska łódź podwodna S-13, zanurzona na głębokość 60 metrów, a marynarze już malują na torpedach hasła: „Za Leningrad”, „Za naród sowiecki”, „Za Ojczyznę”.

Kierunek - Flensburg

30 stycznia „Gustloff” i „Hanza” wychodzą ze zgermanizowanej Gdyni w morze – dwanaście lat wcześniej Adolf Hitler i NSDAP przejęli władzę w Niemczech.

O godz. 11.20 wszedł pilot na pokład okrętu transportowego. Na dolnym pokładzie kobiety rozwieszały bieliznę dziecięcą. O 12.25 cztery holowniki ruszyły. Rozległ się gwizd. Marynarze zdemontowali pokryte lodem cumy. Kolos oddalał się od brzegu. Gdynia znikała za horyzontem. Na wodach zatoki transportowiec zabiera  uchodźców z Pilawy, ze stateczku „Reval”. Znany jest już cel podróży - Flensburg i Kilonia. W izbie porodowej na „Gustloffie” rodzi się dziecko….

Kapitan Friedrich Petersen mimo, że jako eskorta otrzymał jedynie poszukiwacza torped, nie czeka na pojawienie się specjalnych jednostek konwojowych. 

Kiedy na wodach Zatoki Gdańskiej „Hanza” daje „maszyny stop” i zgłasza awarię, „Gustloff” rusza w dalszą drogę.
Wieje silny wiatr. Pada śnieg. Logika nakazywałyby zatrzymać się na redzie portu wojennego Hel, gdyby nie rzesza ludzi. Głos z megafonu rozkazuje by mężczyźni zdali kamizelki. Jest ich za mało. Kamizelki mają mieć dzieci i kobiety. Na Bałtyku wysoka fala.  

- Cztery pokłady miałam do pokonania. To pamiętam. Numeru kabiny już nie. Przez bulaj widziałam, że lustro wody jest blisko. Potem każdy dostał przydział jedzenia. Bulaje zaciemnione miały być i nie wolno było wychylać się przez okna. Dziecko miałam przy sobie. Przecież synek miał zaledwie 16 miesięcy i potrzebował mojego ciepła. Nie mogłabym go przytulić, gdybyśmy oboje mieli kamizelki .Nie mogłam mu założyć kamizelki. Przywiązałam go do siebie trzema szalami by czuł moje ciepło – opowiada Łucja. Jutro „Gustloff” będzie we Flensburgu…jeśli nic się nie wydarzy.

Trafiony. W celu!
 
Gdy Lucie – Łucja karmi synka „całuskami”, bo malec nie chce jeść, na S-13 podoficer od radiolokacji melduje, że słyszy szum śruby wielkiego okrętu. Mat Winogradow dojrzał  przyciemnione światła pozycyjne transportowca. Andrej Pichut już mógł ładować torpedy. Jest 30 stycznia 21.00 – Okręt znajduje się na wschód od Ustki.

Atak rozpoczęli o 23.06 czasu moskiewskiego (godz. 21.06). W niewielkim zanurzeniu, pół mili od kadłuba okrętu wypełnionego uchodźcami, rozlega się komenda: „Torpeda pal!”. Kolejno idą cztery torpedy. Trzy - w celu! Czwarta utknęła w komorze. Nie zdążyła się uzbroić. Czterdzieści sekund później gejzery wody wzbiły się w górę. Pierwsza torpeda rozrywa dno statku na dziobie, druga wbija się w basen, a trzecia w  ładownię śródokręcia.

Zlewa się zgrzyt blach, szum wody zalewającej kolejne pomieszczenia i ludzi. Kobiety zaczęły krzyczeć, dzieci płakać, a mężczyźni tłuc się torując drogę. Kto się przewrócił został zadeptany.

- Myślałam, że to mina i w najgorszym wypadku zatrzymamy się. Kiedy statek został trafiony po raz drugi zrozumiałam, że muszę jak najszybciej wydostać się na pokład. Sąsiadka zaś najpierw dostała histerii, chwile później na moich oczach osiwiała. To  niewiarygodne, ale jej włosy zrobiły się białe jak śnieg. Dostała jakiegoś obłędu. Nie poznawała swojego starszego syna. Tuliła do siebie młodszego Jurgena, a starszego Haralda odpychała. Jej starszy zapytał mnie: Dlaczego mama mnie nie chce? Odpowiedziałam mu, że jego mama jest chora i że on musi się ją opiekować. Malec ujął matkę za nogę. Po wojnie dowiedziałam się, że morze wyrzuciło ciało starszego chłopca na plażę – wspominała Łucja-Lucie.  

Ratujcie!

Wybuch uszkodził lampy radionadajników. Nie działają nie doładowane akumulatory. Jeden radiotelegrafista ma sprawne radio. Rudolf Lange nadaje: „Wilhelm Gustloff Trzy trafienia torpedą Tonie na pozycji 55,8 Nord i 17,939 Ost. Wzywa na ratunek”. Radiotelegrafista na poszukiwaczu min M-341 odbiera sygnał SOS GTF. Podaje go dalej.  Radiowe wołanie o pomoc usłyszano też na torpedowcu „Lewe”. Okręt, który stanowił namiastkę konwoju, zawraca na pomoc. Po chwili w eter biegną komunikaty: „Gustloff, trzy trafienia, 12 mil morskich od Stolpmille. Ratujcie”. 
Jak to się stało, że na „Gustloffie” nie odebrano meldunku z ostrzeżeniem o łodzi podwodnej?

- Das ist mir nicht bekannt geworen – powie pół wieku po tragedii Hans Weller, drugi oficer na „Gustloffie“.
Na pomoście „słonecznym” toczy się walka o miejsce w łodzi.

- Wszędzie ciemność, krzyki lamenty. Dostałam się na pokład wśród wariatów. Ludzie byli w szoku. Niektórzy myśleli, że wysiadają. Wychodzą o ile mogą z kajut z bagażami z tobołkami pościelą na plecach – opowiada Łucja.

Ludzie ślizgają się i przewracają na oblodzonych deskach. „Tylko kobiety i dzieci!” wołają marynarze strzegący dostępu do łodzi. Było jasne, że miejsc w szalupach i kamizelek ratunkowych jest za mało. 

- Kierowałam się nie w tłum oszalałych kobiet i dzieci, nie ku lamentom i strzelaninie. Działy się rzeczy potworne. Szłam do marynarzy. Myślałam, że za chwilę nadejdzie pomoc. W końcu statek tak się przechylił, że nie widać było relingu i nie można było do niego dojść. Marynarze przechodzą przez burtę. Poprosiłam by mi pomogli. Ręce mi opadły. Było bardzo zimno. On mi podał rękę, przeszłam jakość tak ukosem i od tego momentu mam zamęt w głowie. Nie wiem jak znalazłam się w wodzie. Pamiętam jedno, że jak byłam w wodzie to już dziecka nie miałam – wspominała Łucja.

Kiedy mnie ocucili okazało się, że mam całe nogi podrapane do krwi. Tonący chwytali się wszystkiego. Orali paznokciami – dodaje kobieta. 

Willi Johem instruktor II dywizjonu tak opisał to, co działo się tuż po godz.21: "Zdaliśmy wachtę. W zaciemnionych korytarzach doszliśmy do kajuty. Wziąłem bochenek chleba. Chciałem ukroić kromkę , gdy statkiem wstrząsnął wielki wybuch. Morze było rozbujane. Nałożyłem kalesony dwie pary, elegancki mundur do walizeczki. Okno kwadratowe 35 na 70 cm pokonałem jak węgorz  wprost do lodowatej wody. Fale dochodziły do trzech metrów. Fala rzuciła mnie o okręt. Koledzy mnie wyciągnęli."

Agonia

Po ataku wybucha nieopisana panika. Okręt miał już przechył na lewą burtę. Na dolnych pokładach leżą setki ciał. Okręt powoli tonie. Drzwi kabin po lewej stronie nie dają się otworzyć.

- Wyobraźmy tysiące osób na statku który zbudowano dla dwóch tysięcy.  Starałem się dostać do łodzi ratunkowej, do której byłem przydzielony jako sternik. Oblegały ją tłumy. Temperatura powietrza sięgała minus osiemnaście stopni – wspomina Schoen.

Lucie – Łucja inaczej to przeszła: - Kurczowo się uchwyciłam pontonu. Chcieli mnie oderwać, bo byłam obciążeniem. Ale po jakimś czasie mnie wciągnęli. Tam ludzie szybko umierali. Czułam, że zasypiam. Siedziałam wśród trupów. Obok był jeden mężczyzna. Prosił mnie: nie zasypiaj, módl się, rozmawiaj. Nie pamiętam, jak się to stało że zostałam wyratowana. Tętno jeszcze biło. 

Dziewięć statków handlowych i okrętów uratowało 1252 osoby. Spośród 918 oficerów i marynarzy dywizjonu uratowało się 528. Zginęło kilkuset specjalistów szkolenia U – bootwaffe.  Spośród 373 kobiet ze służby pomocniczej – 123,  ze 162 rannych żołnierzy przeżyło- 86, ze 173 członków załogi – 83. Spośród 8 tys. uciekinierów zdołało ocaleć…419 osób. Na cmentarzu Witomińskim w Gdyni w lutym 1945 roku pochowano 123 ofiary tej tragedii. Ciała zwieziono z nadmorskich plaż od Władysławowa po Ustkę. 

3 maja 1945 r.  brytyjskie bombowce zatapiają „Cap Arcona” – ginie 6 tysięcy transportowanych więźniów obozów koncentracyjnych z 24 krajów, kolejne 5 tysięcy uciekinierów tonie po zatopieniu statku „Goya”. Giną m.in. przewożeni na okrętach do kolejnego obozu warszawscy powstańcy. Dwa tygodnie po storpedowaniu „Gustloffa” w pobliżu Ławicy Słupskiej tonie zaatakowany torpedami przez tą samą S-13 parowiec „General von Stauben” z blisko 4 tysiącami rannych żołnierzy i uchodźców na pokładzie.    

S-13: wytropić - zatopić

Komandor II rangi Aleksander Marinesko dowodził gwardyjską S – 13. W styczniu 1945 roku był głodny sukcesu. Ledwie wywinął się sprzed plutonu egzekucyjnego, kiedy w noc sylwestrową oddalił się na zakazaną zabawę do fińskiej knajpy. „Wytropić i zatopić” – to było jego zadanie.  Jego łódź wyszła w rejs obojowy z portu Turku 11 stycznia. S-13 zajęła pozycję  w rejonie Półwyspu Helskiego. Czyhała. Marinesko wiedział, że po upadku Prus Wschodnich muszą pojawić się transportowce z Gdyni, Gdańska i Pilawy. Towarzyszył mu komisarz Władimir Kryłow. 

Wieczorem 30 stycznia załoga wyłowiła odgłosy dwóch jednostek. Kiosk okrętu podwodnego znalazł się nad powierzchnią wody. Mat Andriej Winogradow zauważył „Gustloffa” i powiadomił dowódcę. O godz. 21 (23 czasu moskiewskiego) „Gustloff” minął latarnię Stilo. Marinesko zdecydował się na atak z wynurzenia i od strony lądu, skąd był najmniej spodziewany.  Łódź znalazła się dwa tysiące metrów od dziobu okrętu. Po przecięciu trawersu transportowca S-13 ustawiła się do salwy. Torpedy były gotowe. Odpalono je na głębokości 3 metrów z odległości pół mili. Po wojnie Marinesko został za niesubordynację wydalony z marynarki. Trafił na trzy lata do łagru. Zmarł w 1963 r. Pośmiertnie, u schyłku ZSRS, otrzymał tytuł Bohatera Związku Sowieckiego. 

M/S Wilhelm Gustloff – wycieczkowiec płynie na wojnę

M/s Wilhelm Gustloff był przed wojną statkiem wycieczkowym. Należał do organizacji Deutsche Arbeitsfront „Kraft durch Freude“ (Siła przez radość).

W lutym 1936 roku Hitler postanawia, że pierwszy zbudowany dla KdF statek będzie nosił imię działacza nazistowskiego Wilhelma Gustloffa, zamordowanego w1936 r. w Davos przez żyda, studenta medycyny. „Gustloffa” zwodowano w hamburskiej stoczni Blohm&Voss w 1937 roku. Matką chrzestną zostaje wdowa Hedwiga Gustloff.  

Statek o wyporności 25,5 tysięcy BRT  miał długość 208,5 m, szerokość 23,5 m, prędkość 15,5 węzła, czyli 29 km na godz. Na liście światowej był na 25 miejscu.  W dziewiczy rejs pod hasłem „Robotnicy Europy” wyruszył 23 marcu 1938 r. W maju 1939 r. wpłynął do hiszpańskiego portu Vigo, by zabrać na pokład żołnierzy z 88. regimentu Legionu „Condor”,   gen. majora Freiherra von Richthofena.   M/S Wilhelm Gustloff miał dziesięć pokładów, 616 kabin. Można było ulokować na nim 1924 osoby. Zwracał uwagę  pokład słoneczny (5 tys. m kw.), na którym mogło się  pomieścić dwa tysiące wycieczkowiczów. Dolny pokład zajmowały sale taneczne, palarnie, biblioteka, kino. Wraz z wybuchem wojny „Gustloff” został zmilitaryzowany. 2 października 1939 r. zabrał z Helu i z Westerplatte 685 polskich jeńców. Kilka miesięcy później brał udział w operacji „Wasserubung” zajęcia Norwegii i Danii oraz „Lew morski”, w próbie opanowania Wysp Brytyjskich. Od 1940 roku jako okręt pomocniczy II dywizjonu szkoleniowego łodzi podwodnych cumował w bazie w Gdyni Oksywiu. Skoszarowano na nim załogi U-bootów.

Artur S. Górski
[fot. arch.]

Korzystałem z materiałów filmowych ZDF (emisja 20.11.2001 i 27.11.2001),  Guido Knopp – „Die große Flucht, Video-Dokumentation”, „Die Vertriebenen, Hitlers letzte Opfer. Teil 1 - Die Flucht”;  dokumentu filmowego Iwony Bartólewskiej (Video Studio Gdańsk) i Heinz Schön – „Flucht über die Ostsee 1944/1945”.  

Warto poczytać

  1. PogrzebPAPMarcinObara 23.08.2014

    Ponowny pogrzeb bohatera Francji i Polski

    W Płocku pochowano gen. Piotra Bontemps, żołnierza armii napoleońskiej, uczestnika Powstania Listopadowego.

  2. lupaszka-youtube 22.08.2014

    VI Rajd szlakiem Łupaszki

    W dniach 24-28 sierpnia ruszy przez Puszczę Białowieską rajd śladami V Wileńskiej Brygady Armii Krajowej.

  3. boris 21.08.2014

    Pucz Janajewa nie udał się

    Był to bez wątpienia jeden z najdziwniejszych zamachów stanu w dziejach, ale Rosja jest państwem paradoksalnym.

  4. pasta 20.08.2014

    Wielki sukces powstańców warszawskich

    75 lat temu powstańcy warszawscy zdobyli budynek Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej. Gmach był bardzo dobrze umocnionym i bronionym przez Niemców miejscem i dlatego zdobycie PAST-y uznawane jest za jeden z największych sukcesów Powstania Warszawskiego.

  5. prezydent-starzynski 19.08.2014

    120. rocznica urodzin prezydenta Starzyńskiego

    Legendarny prezydent Warszawy, Stefan Starzyński urodził się 19 sierpnia 1893 roku.

  6. Plock2 18.08.2014

    Obrona Płocka w 1920 r.

    Płock jest drugim po Lwowie miastem, które za swą bohaterską postawę w wojnie obronnej 1920 r. otrzymało od marszałka Józefa Piłsudskiego odznaczenie wojskowe - Krzyż Walecznych.

  7. TadeuszMazowieckinah 16.08.2014

    Przedbiegi do rządu Mazowieckiego

    Jutro mija rocznica wysadzenia z siodła Czesława Kiszczaka, któremu nie udało się sformować rządu latem 1989 r. Po zawiązaniu koalicji „Solidarności” z ZSL i SD na premiera desygnowany został Tadeusz Mazowiecki.

  8. BitwaKossakSI 15.08.2014

    Orzeł, czerwona gwiazda i Maryja

    "Nie tylko obroniliśmy własną niepodległość, ale także ochroniliśmy realne interesy większości państw europejskich".

Facebook