Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

„Milcząc, wołają” - wystawa zdjęć z Łączki w Krakowie

30.06.2014

Wystawa „Cum tacent, clamant” - „Milcząc, wołają” Piotra Życieńskiego będzie czynna od 2 do 19 lipca w sali wystawowej Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie wejście od ulicy Oleandry 3 w dni powszednie w godzinach 9-20 (w sobotę 9-15).

Dariusz Walusiak: Jak do tego doszło, że zająłeś się fotografowaniem prac ekshumacyjnych w tak zwanej Kwaterze „Ł”, gdzie w okresie komunizmu pochowano żołnierzy podziemia niepodległościowego?

Piotr Życieński: Kiedy tylko dowiedziałem się o rozpoczęciu prac ekshumacyjnych na cmentarzu Powązkowskim  od razu wiedziałem, że musze tam być i fotografować. Poszukiwanie szczątków naszych powojennych bohaterów, jest najważniejszą rzeczą w której w życiu uczestniczyłem.
Przyjmuje się, że na Łączce szukamy osób  zamordowanych przez komunistów. Czy jednak oprawcy byli  jakimiś ideowcami? Bardzo w to wątpię.  Może należało by zerwać z takim określeniem i nazywać ich kolaborantami sowieckimi.

Jak zapamiętałeś chwile odnalezienie pierwszych szczątków ludzkich ?

Pierwsze szczątki, które odnaleziono po zidentyfikowaniu okazały się szczątkami Edmunda Bukowskiego. Odnaleziono je w miejscu zupełnie przypadkowym. Równolegle prowadzono bowiem prace w paru wykopach. Później okazało się, że pierwsze odnalezione szczątki , były także pierwszymi zidentyfikowanymi. To bardzo znaczący i wymowny fakt. Edmund Bukowski pochodził z kresów. Należał więc do ludzi, którzy utracili swą małą ojczyznę- część Polski zagarniętą przez sowietów.  

Ile zdjęć wykonałeś podczas tych dwóch etapów prac ekshumacyjnych w lecie 2012 roku i wiosna 2014?

Dokładnie nie potrafię określić, ale z pewnością jest tego wiele tysięcy. Kiedy przygotowywałem zdjęcia do wystawy,  szukałem tych które najlepiej mogłyby się nadawać. Kilkakrotnie dokonywałem wyboru i ciągle było ich za dużo.
Nie wszystko mogłem fotografować. Byłem nieco ograniczony w poruszaniu się. Nie schodziłem do dołów, gdzie była strefa dla archeologów. Poza tym nie chciałem zakłócać i przeszkadzać w pracy. Starałem się być obserwatorem, nieuciążliwym dla właściwych działań.  Nigdy nie fotografowałem z bliska zawsze z pewnej odległości. Czasami zdjęcia sprawiają wrażenie jakby ktoś robił je z lotu ptaka. Faktycznie zawsze stałem nad wykopem. Próbowałem objąć w miarę możności całość tego co się tam znajdowało.  

Na co zwracałeś uwagę przygotowując wystawę? W jaki sposób chciałeś opowiedzieć o tym tragicznym miejscu?

Zauważyłem jedną rzecz, która jest charakterystyczna dla tego miejsca. Każdy z odkrywanych na Łączce szkieletów, mówi o tym jak ich traktowano w ostatnim okresie życia i bezpośrednio po śmierci. Wrzucano ich bezwładnie do dołów, albo też wciskano, tak jak miało to miejsce w wypadku Hieronima Dekutowskiego „Zapory” i  jego ludzie razem z nim zamordowanych.  Do jednoosobowego dołka, wepchnięto osiem osób. Po odkopaniu widać było jak byli oni tam ściśnięci.  Jednocześnie przy odnalezieniu „Zaporczyków”  w ich grobie odkryto fragmenty miału węglowego. Świadczyło to o tym, że po śmierci byli oni transportowani na cmentarz jakimś wózkiem, który służył zapewne do przewożenia węgla.  Sposób ułożenia szkieletów robił największe wrażenie.

Widać dokładnie jak zostali wrzuceni. Niektórzy  twarzą do dołu ze związanymi rękami , czasami z przodu innym razem z tyłu . Sznurka oczywiście nie ma już, zdążył się rozłożyć, ale po samym układzie ciała, bardzo nienaturalnym widać, że czasami wrzucono ich  do dołów związanych. Metoda mordowania podobna. Dodajmy, że niezgodna z ówczesnym prawem, które mówiło o obowiązku rozstrzeliwania przez pluton egzekucyjny. Oczywiście jak wiemy żadnego plutonu nie było. Był jeden oprawca, który strzelał w tył głowy. Zdarzało się, że strzelał kilkakrotnie. Nie wiadomo dlaczego? Różne są też kąty strzałów, tak jak by mordowani leżeli, albo klęczeli. Po zadanych śmiertelnych ranach można różne rzeczy domniemywać.

Dokumentacja którą wykonywałeś dla IPN dotyczyła tego co znajdowano w dołach śmierci. Utrwalałeś także to co działo się w około podczas prac ekshumacyjnych.

Zostawiono mi wolną rękę co do tego, co będę dokumentował i w jaki sposób. Fotografując przechodziłem z jednego do drugiego stanowiska. Wiele rzeczy działo się równolegle . Szkielety wydobywano w różnych miejscach w tym samym czasie. Miałem taką idee żeby starać się możliwie dobrze dokumentować odsłanianie każdego z nich. Warstwa po warstwie. Zazwyczaj zaczynało się od znalezienia jakiegoś fragmentu, czy to zachowanej części garderoby, czy też jakiejś kości szkieletu. Dalej w miarę kopania odgrzebywano czaszkę. Z reguły taki element pojawiał się pierwszy, ale były przypadki, że odkopano  np. kość nogi. Na tym etapie prac nie wiedziano jeszcze, czy mamy do czynienia z pojedynczym pochówkiem czy też zbiorowym. W większości przypadków były to wieloosobowe groby, czyli masowe jak określają je medycy sądowi. Nigdy nie było wiadomo ile w danym dole leży osób. Czy są tam dwie, czy cztery, czy też osiem, albo dziewięć. Tyle maksymalnie było w jednym z odkrytych dotąd dołów.  W tym wypadku wszystko zaczęło się od odgrzebania pięty amerykańskiego buta wojskowego. Widać było, że ktoś był wrzucony na twarz. Później w miarę odkrywania okazało się, że jest tam plątanina dziewięciu ciał. Ułożenie tych szkieletów wskazywało, że ciała były wrzucone i upychane do dołu. To najbardziej przejmujący wręcz krzyczący widok. Niektórzy z zabitych leżeli w takich pozach, jakby chcieli wyrwać się z tych dołów.

Czy było duże zainteresowanie ekshumacją w czasie trwania prac na Łączce?

Podziwiałem  Krzysztofa Szwagrzyka, który kierował pracami ekshumacyjnymi, a jednocześnie prowadził wspaniałą działalność edukacyjną.  Ciągle przybywały grupy osób zainteresowanych pracami: szkoły, kombatanci. różnego rodzaju stowarzyszenia, przeróżne grupy.  Za każdym razem Krzysztof Szwagrzyk dokładnie objaśniał co dzieje się na Łączce.
Pojawiali się,  także krewni zamordowanych. Przy okazji pobierano od nich DNA, służące później do identyfikacji odnalezionych szkieletów.
Był taki niesamowity przypadek. Dotyczył córek Eugeniusza Smolińskiego. Przyszły na Łączkę w chwili kiedy ich ojciec był już wydobyty i leżał  na stole czekając na medyka sadowego, który miał obejrzeć szkielet i opisać. Właśnie akurat wtedy pobierano od nich DNA . Oczywiście nikt wówczas nie wiedział, że ich ojciec został już wydobyty i leży tuż obok.  Mam taką sekwencję zdjęć wykonanych dosłownie w jednej minucie. Fotografuję raz czaszkę Smolińskiego , raz jego córki . Tak na przemian.  Wtedy nie zastanawiałem się nad tym co robię.
Dopiero po zidentyfikowaniu  Eugeniusza Smolińskiego,  chciałem dla jego córek odszukać  zestaw zdjęć z miejsca, gdzie odnaleziono ich ojca.  Wtedy zorientowałem się, że fotografowałem je w tym samym czasie. Historia zupełnie nieprawdopodobna. Szereg przypadków złożyło się na nią. Punkt medycyny sądowej był nieco oddalony od  wykopów. Akurat przyszedłem tam w  momencie,  kiedy córki  Eugeniusza Smolińskiego oddawały materiał genetyczny. Równie dobrze mogłem w tym czasie fotografować prace ekshumacyjne.

Można stwierdzić, ze umarli wołają za grobu.

Na pewno to jest jeden z tych przypadków. Przy składaniu tej wystawy spotkało mnie też coś niesamowitego. Dostałem od Krzysztofa Szwagrzyka listę osób zamordowanych na Mokotowie  z powodów politycznych.  Otrzymałem ją z pewnego źródła, dlatego też nie podlegała żadnej weryfikacji. Któregoś wieczoru zadzwoniła do mnie znajoma i powiedziała, że w radio jest program o jednej z ofiar z Łączki. Program, jak się okazało poświęcony był historii Dionizego Sosnowskiego. Był to młody chłopak, który został zwerbowany przez fałszywą V komendę   WiN. Wysłano go na szkolenie na zachód . Po powrocie do Polski został aresztowany i oskarżony o to, że był amerykańskim szpiegiem.  Oczywiście wszystko zainspirował UB w ramach akcji rozpracowywania podziemia niepodległościowego. Poznali metody szkolenie i zamordowali go jako szpiega amerykańskiego.  Po skończonej audycji patrzę do spisu i widzę, że Dionizego Sosnowskiego tam nie ma. Zdziwiło mnie to. Nie sądziłem, że może tam być błąd.  W jakiś niewyjaśniony sposób człowiek ten wyleciał ze spisu. Zadzwoniłem do znajomego historyka, który stwierdził, że absolutnie powinien on być na liście osób zamordowanych z powodów politycznych na Mokotowie.  Krzysztof Szwagrzyk także się zdziwił, że tam go nie ma. Nie potrafił wytłumaczyć jak mogło do tego dojść.  Widocznie Dionizy też musiał zauważyć, że nie ma go na liście i w ten sposób o którym wspomniałem dał o sobie znać. Oczywiście błąd naprawiono  i  Dionizy Sosnowski znalazł się na liście.

Listę zawierającą 175 nazwisk osób zamordowanych w wiezieniu na Mokotowie, które powinny znajdować się na Łączce umieściłem na wystawie. Kończy się ona  trzema kropkami, ponieważ tak naprawdę nie wiemy kto tam może być jeszcze pochowany. Wiemy, że grzebano tam także ludzi zakatowanych podczas śledztwa, czy też zamordowanych w innych nieznanych okolicznościach. Widać to już po dokładnym przyjrzeniu się  niektórym z  odgrzebanych szczątków. Pamiętam dwa takie przypadki. Przy jednym z nich odnaleziono pasek . Można mieć 100 procent pewności,  że paska w więzieniu nikt nie mógł mieć. Ponad to człowiek ten w chwili śmierci miał przy sobie okulary oraz szereg osobistych przedmiotów, które po aresztowaniu z pewnością by mu zabrano. Musiał to być ktoś,  kto został zamordowany podczas zatrzymania, albo w drodze do wiezienia. Podejrzewam, że takich osób może być więcej.

Z Łączką jak wiem łączy Cię, także pewien osobisty związek. Opowiadałeś mi kiedyś, że ojciec twój był żołnierze NSZ.  Sama przynależność do tej formacji łączyła się nieraz  z wyrokiem śmierci.   

Oddział NSZ w którym mój ojciec służył w czasie powstania warszawskiego podporządkował się Armii Krajowej. Mój tata w tym czasie był w obstawie cichociemnego majora Bolesława  Kontryma „Żmudzina” ,zamordowanego w styczniu 1953 r. w wiezieniu  na Mokotowie. Przypuszczalnie jego szczątki znajdują się także gdzieś na Łączce , albo już może zostały wydobyte i czekają na identyfikację.
Na wystawę wchodzimy przez bramę zrobioną z list nazwisk zamordowanych. Zwietrzeniem jej jest sentencja łacińska Cycerona „Cum tacent,  clamant”.   -  „milcząc wołają” , którą znalazł mój tata. Doskonale oddaje  ona treść wystawy.  Ta sentencja jest, także hołdem mojego taty dla jego współtowarzyszy zamordowanych przez UB. Czuje on silny związek z tymi ludźmi którzy leżą na Łączce. Tak jak patrzyłem na daty ich urodzenia  to bardzo dużo jest z tego samego rocznika co mój tata . On równie dobrze mógł się tam znaleźć.

Przejdźmy może do wystawy. Co było dla Ciebie najważniejsze podczas jej przygotowywania?

Przygotowując wystawę myślałem o tym, żeby nie urazić rodzin, których bliscy leżą w fotografowanych przez mnie dołach .  Do czasu identyfikacji szkielety te są bezosobowe. W momencie kiedy są to już szczątki konkretnej osoby, której personalia ustalono dzięki badaniom DNA, to już jest inna sprawa. Starałem się w takich sytuacjach wybierać zdjęcia mniej drastyczne. Nie chciałem epatować rodzinną tragedią związaną z tą zbrodnią.
Miałem takie opory, chociażby w przypadku Edmunda Bukowskiego. Rozmawiałem na ten temat z jego synem. Miał on dwa latka, kiedy stracono jego ojca. Na wystawie są zdjęcia kiedy trzyma on syna na ręku.  Temu człowiekowi zabrano prawie całe życie z ojcem. Miałem  wątpliwości, czy na wystawie mogę umieścić fotografie przestrzelonej czaszki. Syn uznał, że należy pokazywać to, jak ich potraktowano.
Często spotykałem na Łączce krewnych osób pomordowanych. Opowiadali, że przez lata nie mogli zapalić nawet najmniejszej świeczki  na polu, gdzie jak twierdzono, pochowano ich bliskich. Przez cały czas na tym miejscu był śmietnik.  Mimo to SB przeganiało tych  którzy we wszystkich świętych , czy też w rocznicę mordu przychodzili tam. Ludzie ci czekali dziesiątki lat na odnalezienie swych ojców, braci, mężów. Większość czeka nadal mając nadzieje, że w końcu będą mogli pomodlić się przy szczątkach swych najbliższych.  Niestety badania DNA to nie jest rzecz, która dzieje się natychmiast. Wszystko wymaga czasu, żmudnych procesów i porównań. niektórzy z tych ludzi może nie doczekać szczęśliwego końca. Mordy te dokonano przecież ponad sześćdziesiąt lat temu. Małe dzieci, którym wówczas odebrano ojca, dziś już są w zaawansowanym wieku.

Jaka była koncepcja wystawy? Ma ona charakter przestrzenny mocno oddziałujący na zwiedzających. Nie jest to typowa ekspozycja fotograficzna.

O tym co działo się na Łączce podczas ekshumacji starałem się opowiadać przede wszystkim za pomocą obrazów- fotografii. Opisy zostały bardzo ograniczone. Zakładam, że Łączka jest na tyle znana, że wiadomo o co tam chodzi i nie muszę tego wyjaśniać.  
Główna część ekspozycji składa się z trzech pasów  znaczeniowych. Na dole pas zdjęć przedstawiających szkielety leżące w dołach. Środkowa część to zdjęcia ukazujące prace poszukiwawcze. Nad nimi zaś pas zdjęć ofiar. Oczywiście nie wszystkich. Nie było nawet miejsca by pokazać sto siedemdziesiąt pięć portretów zamordowanych.  Ograniczyłem się do symbolicznej dwudziesto osobowej reprezentacji.
To jest jedna strona wystawy. Druga to trzy wybrane sylwetki z pośród do tej pory 28 zidentyfikowanych. Starałem się tak wybrać te osoby, żeby były reprezentatywne dla wszystkich pomordowanych. Jedną z tych osób jest Stanisław Kasznica ostatni komendant  NSZ, drugi Hieronim Dekutowski „Zapora” żołnierz AK cichociemny , trzeci Edmund Bukowski także żołnierz AK, kresowiak.  Okazuje się jednak, że te znaczenia są głębsze. Życiorysy tych ludzi są niezwykle ciekawe. Oni nie są przypadkowi. Sowieccy kolaboranci wiedzieli dokładnie co robią mordując ich. Zdawali sobie sprawę, że nigdy z nimi nie wygrają, dlatego musieli ich całkowicie unicestwić. Pamięć o nich jednak przetrwała i nadal żyje.  
Wracając do tych trzech sylwetek z wystawy zauważam, że są pewne znaczenia, które wcześniej nie kierowały moim wyborem. Teraz jak  stoję przed nimi, z lewej strony mam Kasznice pochodzącego z rodziny związanej z  wielkopolską , w środku „Zaporę” wywodzącego się z Polski centralnej, wreszcie  po prawej stronie Bukowskiego z kresów. Można powiedzieć, że obrazują oni mapę Polski. Ważne są też symbole wydrukowane na jucie stanowiącej coś w rodzaju oddzielających kurtyn. Na jednej z nich znajduje się guzik z orłem w koronie znaleziony na Łączce . Na drugiej orzełek z czapki  pochodzący z Katynia. Sfotografowałem go u mojego znajomego, tak jak i ryngraf używany przez żołnierzy NSZ , który umieszczony jest obok Kasznicy. Są to wyraźne symbole związane z naszą walka o niepodległość.

Zdjęcia ofiar pokazane są w formie nawiązującej do siedemnastowiecznych portretów trumiennych. Skąd ten pomysł?

Nie jest to przypadek. Pomysł podsunęła Jolanta Czarska artysta plastyk, która  współpracowała ze mną przy tworzeniu wystawy. Wniosła tu wiele ciekawych  rozwiązań związanych z jej wrażliwością artystyczną. Portrety trumienne kojarzą się z czasami świetności I Rzeczpospolitej.  Pomysł ten uważam za wyjątkowo trafny. Nie bierzemy się przecież z nikąd , to jest pewna ciągłość pokoleniowa.  Dla nas bohaterowie z Łączki są rycerzami niezłomnymi, którzy do końca walczyli i ponieśli najwyższą ofiarę. Nie, tak jak się utarło  mówić, że są to „żołnierze wyklęci”. Oni zostali wyklęci i skazani na zapomnienie przez swoich oprawców. Przez tych którzy sprzedali się obcym. Dla sowieckich kolaborantów stanowili poważne zagrożenie. Bali się ich i musieli ich zabić. Dla nas natomiast pozostali rycerzami niezłomnymi.

Z Piotrem Życieńskim  autorem fotografii z „Kwatery Ł” rozmawiał Dariusz Walusiak

fot. M. Czutko
Słowa kluczowe:

Szwagrzyk

,

łączka

,

powązki

,

ekshumacje

,

fotografie

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook