Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

„Gazeta Wyborcza” – moja miłość!

19.09.2011

„Lista Michnika” nadal jest katechizmem dziennikarskim dla pracowników „GW”.

Koncern „Agory” i jego główny organ prowadzony przez Adama Michnika ponownie zajął się moją osobą. Można z tego wnioskować, iż niegdysiejsza „lista Michnika”, na której i ja się znalazłem, nadal jest katechizmem dziennikarskim dla pracowników „GW”.


Wśród tych 100 nazwisk zdecydowana większość należy do autentycznej elity, hołdującej podstawowym wartościom patriotyczno-chrześcijańskim. Zaszczytem zatem było znalezienie się wśród tych pięknych sylwetek. Nie taka jednak intencja przyświecała twórcy wspomnianej listy. Sądząc po moim przypadku, chodziło raczej o to, by uczulić dziennikarzy i publicystów związanych z jedynie słusznym organem, iż trzeba śledzić poczynania niebezpiecznych osobników, piętnować każdy ich „wybryk”, a najlepiej wykluczyć z obiegu publicznego. Lista ta skurczyła się nieco bez wpływu „Gazety Wyborczej”, dnia 10 kwietnia 2010 r., jednakże jeszcze kilkudziesięciu nas zostało. Co gorsze pojawili się także następcy. Ostatni wybryk olsztyńskiego dziennikarza „Gazety Wyborczej”, który za lokalną społeczność Dąbrówna zawyrokował, czy chciała czy też nie się ze mną spotkać, przypomniał mi wzajemne relacje.

Z pamięci jedynie naszkicuję te zdarzenia, które najmocniej utkwiły mi w pamięci. Zaczęło się bodaj w 1998 r., kiedy to Paweł Wroński (do którego mam osobisty sentyment) raczył poprzekręcać moje intencje i tezy, by oddalić czytelników od rzeczywistej treści napiętnowanej przez niego mojej krótkiej pracy „Od niepodległości do współczesności”. Dzięki temu poznałem arcana zmodernizowanego już dziennikarstwa. Jednocześnie dowiedziałem się, że osoba napiętnowana nie ma co liczyć na równe – z dziennikarzem gazety – traktowanie. Od tej pory przynajmniej wiedziałem, że nie warto ani czytać „Gazety Wyborczej”, ani wysyłać do niej sprostowań. Nawet jeśli raz na dziesięć razy opublikują sprostowanie, to i tak nie wiesz, kiedy to szczęście ci się trafi. Nie warto!

Gdy już – także dzięki „GW” – zostałem historykiem rozpoznawalnym, zostałem najpierw pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej (w 2000 r.), a potem dyrektorem jednego z ważniejszych jego pionów. Zaangażowanie „Gazety” w tropieniu moich ksenofobicznych, czyli katolickich i narodowych poglądów wzrosło. Nie miejsce tu, w małym felietonie, na analizę wszystkich artykułów, m.in. pana Mirosława Czecha, Grzegorza Motyki, Andrzeja Friszke, czy też Dariusza Libionki. Byłem wedle wspólnej i jedynie słusznej narracji tego pisma, coraz bardziej nieudolnym historykiem, którego kolejne stopnie naukowe były mi nadawane z dobrej woli wyżej wymienionych, bądź ich kolegów. Tropienie mojej osoby przyniosło wreszcie pożądany skutek. Aczkolwiek nie udało się udowodnić, iż jako dyrektor BEP znęcam się nad pracownikami inaczej myślącymi, bez przerwy się mylę, nie potrafię mówić, ni historycznie myśleć, to udało się – po mojej wypowiedzi de facto o zaniku znaczenia „statusu pokrzywdzonego”, po przyznaniu tegoż Lechowi Wałęsie – zepchnąć mnie na boczny tor: wykluczyć. Pozostałem w IPN jako doradca Prezesa Janusza Kurtyki, rzecz jasna do 10 kwietnia 2010 r. Od tej pory nie miałem i nie mam już żadnego wpływu na poczynania kolejnych kierownictw Instytutu. Muszę jednak przyznać, że tragiczne wydarzenia z 10 kwietnia uzmysłowiły mi, że przecież zawdzięczam życie kłamstwom „Gazety Wyborczej”. Tegoż dnia rozdzwoniły się do mnie telefony. O Boże, ty żyjesz! Wielu bliskich sprawdzało w ten sposób, czy byłem w samolocie Tu – 154.

Obecnie, ubiegam się o fotel senatorski z powiatów działdowski, ostródzki, nowomiejski i iławski. „Gazeta Wyborcza” wytropiła moją aktywność i – korzystając ze słabości konkretnego człowieka – próbowała zawyrokować za rządców parafii, że nie wolno im zapraszać z wykładami profesora Jana Żaryna. To ciekawa próba szantażowania osób, które – moim zdaniem – mają pełne prawo przedstawiać wiernym ludzi, do których sami mają zaufanie.

Niestety, dziennikarze „GW” nie są odosobnieni. Podobnie zachowują się władze samorządowe, także redaktorzy lokalnych gazet. Oczywiście, nie wszyscy. Wybryk olsztyńskiego dziennikarza – jak pokazuje historia - może jednak uczynić po raz kolejny, wiele dobra. Życzę zatem „Gazecie Wyborczej”, by przyczyniła się do wzrostu mojej popularności na terenie Warmii i Mazur, a moim potencjalnym wyborcom, by weszli na stronę: www.zaryn.pl. Tam, odnajdą wykaz kolejnych spotkań z historykiem, Janem Żarynem.

Jan Żaryn

Autor bloga

Jan Żaryn

Historyk, profesor UKSW, pracownik IPN, były dyrektor BEP IPN, prezes Stowarzyszenia PJN, społecznik, wychowawca.

Najczęściej czytane na blogu

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook