Jedynie prawda jest ciekawa

W naszych rękach

02.10.2013

Od dość dawna głoszę opinię, że jeśli chodzi o załatwianie czy rozstrzyganie spraw urzędowych, ale i nieformalnych także, w tym prywatnych, w gruncie rzeczy wszystko zależy od człowieka.

Od jego dobrej czy złej woli. Powiedzmy, prawie wszystko, a przynajmniej wiele. Zanim przejdę do poważnych spraw, opowiem autentyczną, nie wiele znaczącą historyjkę, ale świetnie obrazującą opinię, od której zacząłem.

W jednym z supermarketów warszawskich robiłem zakupy. Było tego dużo,  bo do kasy podjechałem wózkiem wypełnionym do połowy zakupami. Już po zapłaceniu przypomniałem sobie, że muszę dokupić jakiś drobiazg, bez którego nie mogłem przyrządzić zaplanowanego dania. Podjechałem wózkiem do ochroniarza, stojącego przy bramce dla klientów wchodzących z zakupami zrobionymi w innych sklepach jak również klientów wychodzących z supermarketu bez zakupów. – Przepraszam, czy mogę na dwie minuty zostawić wózek,  bo muszę jeszcze coś dokupić – zwróciłem się do ochroniarza. Właściwie już na sam widok tego jegomościa powinienem zrezygnować z prośby. Bez żadnej przesady, krzepki, gruby 60-latek miał twarz i spojrzenie byłego esbeka lub dawnego ormowca. - Proszę natychmiast wziąć ten wózek. Nie jesteśmy od pilnowania zakupów. Niech pan odjeżdża, bo wózek nie może tu stać ani chwili. Takie są przepisy – dorzucił na koniec, chcąc jakąś usprawiedliwić i jednocześnie wzmocnić dyspozycje, jakie mi wydawał.

Uznałem, że szkoda na takiego faceta nawet jednego słowa, powiedziałem jedynie „do widzenia” i wycofałem się. Nagle zobaczyłem, że mój „ormowiec” odszedł od bramki, a na jego miejsce stanął młody chłopak z ochrony. Kiedy ten pierwszy zginął za rogiem w drodze do pomieszczeń socjalnych dla personelu (może tylko dla ochrony, tego nie wiem), ponowiłem próbę zostawienia na chwilę wózka pod opieką nowego ochroniarza. Ten widocznie „nie znał przepisów”, bo usłyszałem: - „Proszę bardzo”.

W przypadku tak błahym jak ten opisany, decyzja, w pewnym stopniu „urzędnika”, nie ma dla nas żadnego znaczenia. Ale w sądzie, prokuraturze, podczas kontroli drogowej policjanta, czy patrolu policyjnego podczas tzw. interwencji ma już znaczenie duże. Czasami od jednej reakcji zależy wiele lat naszego życia. Ba, kierunku jakie ono przybierze.

Koleżanka dziennikarka opowiedziała mi swoją historię, jaka jej się przydarzyła kilka lat temu. Jej redakcja któregoś roku latem była współorganizatorem dorocznego festynu w Warszawie na Polach Mokotowskich.  Wzięła ze sobą dwójkę swoich dzieci – 12- letnią córkę i o rok młodszego syna. Sama musiała siedzieć w namiocie na dyżurze redakcyjnym, więc dzieciaki „grasowały” na imprezie. Jej córka spotkała koleżankę z klasy. Po jakimś czasie postanowiły odpocząć w samochodzie dziennikarki. Córka przybiegła po klucze i wróciła pędem do auta, przy którym czekali na nią jej brat z koleżanką. Dziewczynki usiadły w środku i odkręciły szyby, żeby mieć ciepłe świeże powietrze. Po jakimś czasie w pobliżu samochodu znalazło się dwóch nieznanych nastolatków, którzy próbowali „poderwać”  dziewczynki w aucie. Te nie reagowały na zaczepki, a potencjalni adoratorzy stawali się coraz bardziej agresywni i chamscy wobec dziewczynek. Wreszcie sięgnęli po rynsztokowy język. Od dłuższego czasu obserwował to brat córki dziennikarki. Podszedł do dwóch podrywaczy, prosząc, aby odeszli. Teraz ich agresja przeniosła się na chłopaka, broniącego dziewczynek. Jeden z chłopaków popchnął go, widząc przed sobą młodszego, niższego i słabszego fizycznie chłopca. Nie wiedział na kogo trafił. Brat dziewczynki, wysportowany  bardzo  sprawny trafił przeciwnika pięścią w czubek brody, nokautując go na miejscu. Ten po chwili podniósł się i becząc uciekł. Po godzinie „znokautowany” przyszedł do znanego sobie samochodu z ojcem. Ojciec chwycił „obrońcę” dziewczynek mocno za kurtkę, a syn pobiegł po Straż Miejską. Strażnicy uznali, że sprawą powinna zająć się policja. Nie pomogły tłumaczenie dziewczynek, jak przebiegało zdarzenie i kto był winien. Policjanci na wniosek ojca „pokrzywdzonego” zatrzymali chłopca i dowieźli na komendę na przesłuchanie, a następnie do prokuratora. Tam, już w obecności matki, postawiono chłopcu zarzut pobicia. A następnie przez wiele, wiele miesięcy chłopiec z matką żyli pod koszmarną presją wizji  „Zakładu poprawczego”. A wystarczyła krzta rozsądku i dobrej woli strażników miejskich, później policjantów  i wreszcie sądu na pierwszej rozprawie. Nic z tych rzeczy, ze świetnego chłopaka, który już w tym czasie robił własne filmy kamerą z pomocą komputera, funkcjonariusze państwowi chcieli konieczne zrobić nieletniego przestępcę.

Podtrzymuję więc, wszystko zależy od dobrej bądź złej woli człowieka. Prawie wszystko. A na pewno wiele.  

Jerzy Jachowicz

Zapraszamy na profil Stefczyk.info na Facebooku!

Autor bloga

JACHOWICZ

Jerzy Jachowicz

Polski dziennikarz, publicysta. Przed 1989 działał w opozycji demokratycznej ("Solidarność"). W latach 1989-2005 był dziennikarzem "Gazety Wyborczej", jednym z prekursorów dziennikarstwa śledczego w Polsce. Zajmował się głównie problematyką przestępczości zorganizowanej i jej powiązań z dawnym aparatem bezpieczeństwa PRL.

CS150MINIfot

Czas Stefczyka 150/2017

PDF (4,60 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook