Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Przełożeni musieli wiedzieć o SMS-ach

09.01.2012

Śmiercionośne narzędzie w rękach zdesperowanego prokuratora wojskowego.

Samobójczy zamach wojskowego prokuratora z Poznania płk Mikołaja Przybyła jest potwierdzeniem wielu patologii, jakie zagnieździły się od początku III RP w polskiej prokuraturze. Podstawową jest dyspozycyjność wobec poleceń i oczekiwań władz politycznych. Tak się dzieje od dziesiątków lat w całej prokuraturze. Ten miękki kręgosłup politycznej uległości prokuratury stanowi przedłużenie zachowań utrwalonych w okresie PRL. W nowej Polsce postawę posłuszeństwa wobec dyspozycji płynących „z góry” w życie wcielała generacja prokuratorów, którzy rozpoczynali kariery zawodowe w epoce komunizmu. To oni, często będący w szczycie zawodowych możliwości, ludzie między 40-tką a 50-tką zajmowali kierownicze stanowiska na wszystkich szczeblach prokuratury. I to oni według wyznawanych przez siebie standardów, zarówno zawodowych jak i moralnych, kształtowali narybek trafiający do prokuratury po 1990. Jednymi z naczelnych zasad, jakie zaszczepiali w praktyce swoim wychowankom były konformizm i intryganctwo. W przeciętnych okolicznościach tylko stosowanie obydwu tych zasad pozwalało torować drogę do awansu. Do szybkiej kariery. Oporni, albo byli w zawodzie marginalizowani i latami pełnili rolę szarych wyrobników swego zawodu, albo byli wypluwani poza prokuraturę, jako nieudacznicy, którzy się nie sprawdzili.

Najzdolniejsi, mający ducha niezależności, czasami idealiści, którzy wierzyli, że idą do prokuratury, aby realizować misję służenia krajowi, nie wytrzymywali atmosfery duszności, krępujących więzów zależności, podlizywania się zwierzchnikom, a zarazem nacisków jakie na nich wywierano w konkretnych sprawach. Dość szybko, czasami po kilku latach odchodzili sami z prokuratury. Zasilali swoimi umiejętnościami duże kancelarie adwokackie, albo decydowali się na samodzielną praktykę.

W ten sposób już po kilku latach w nowej Polsce, w prokuraturze nastąpiło zjawisko zwane popularnie selekcją negatywną.

Opisane w olbrzymim skrócie niektóre, choć jedne z najważniejszych, negatywne przypadłości, znane z prokuratury cywilnej, w jeszcze większym natężeniu występują w prokuraturze wojskowej. Nakładają się na nie służbowe zależności charakterystyczne dla sformalizowanych struktur  militarnych. Nie tylko stanowisk, ale i stopni, które obrazują drogę awansu i mówią o pozycji zawodowej. I materialnej.

Nie chciałbym nikogo obrażać, ale prawda jest taka, że do prokuratur wojskowych trafia drugi i trzeci garnitur prawników. I to patrząc z punktu widzenia obydwu szczególnie istotnych kryteriów dla tej pracy – profesjonalizmu i kwalifikacji moralnych. Chciałoby by się powiedzieć – niestety.

Każdy, kto śledził transmisje z konferencji prasowych szefostwa prokuratury wojskowej, najczęściej związane z katastrofą smoleńską, mógł sam wyrobić sobie opinię na temat poziomu oficerów ze ścisłego kierownictwa tej prokuratury. Nie ma najmniejszej potrzeby, żebym jeszcze ja dolewał oliwy do ognia.

Dwie konkretne okoliczności dla dzisiejszego dramatycznego wydarzenia są ważne. O jednej z nich mówią opozycyjni posłowie. Nie sposób się z nimi nie zgodzić. Naczelna Prokuratura Wojskowa poddana olbrzymiej presji w związku ze śledztwem w sprawie wypadku Tu-154 pod Smoleńskiem, uparła się, aby postawić zarzuty swemu niedawnemu koledze, prok. Markowi Pasionkowi. W działaniu tym od początku odbijały się motywy politycznego odwetu. Ponieważ opinia publiczna ma wiele krytycznych uwag związanych ze śledztwem wojskowym, a prok. Pasionek nadzorujący śledztwo, w dużej mierze je podziela,   kierownictwo prokuratury chwyciło się możliwości wskazania go jako sabotażysty, psującego ich pracę.   

Nie widząc szans w zebraniu materiałów, dających podstawę do ewentualnego postawienia mu zarzutów o naruszeniu tajemnicy śledztwa, postanowiła sięgnąć do nielegalnie do esemesów dziennikarzy, którzy mogli mieć kontakt z prok. Pasionkiem. Zrobiła się nie tylko medialna chryja. Nie chce mi się wierzyć w to, że płk Przybył bez wiedzy swoich najwyższych przełożonych podjął samodzielnie inicjatywę zdobycia treści tych esemesów. 

Druga okoliczność kładzie się cieniem również na kierownictwie prokuratury wojskowej. Najwyraźniej nie ma rozpoznania o psychicznym przygotowaniu, a może psychicznej odporności swoich oficerów, którzy na co dzień żyją w dużym stresie. Całe szczęście w nieszczęściu, że tylko na postrzeleniu się skończyło. Miejmy nadzieję, że płk. Przybył wyjdzie z tego, bez większego uszczerbku na zdrowiu. Ale dwa pytania pozostają. Jak tak rozchwianemu psychicznie człowiekowi można przyznać prawo do posiadania ostrej broni palnej? Nawet jeśli uzasadnieniem jej przyznania jest konieczność obrony przed grożącym mu niebezpieczeństwem ze strony świata przestępczego, przeciwko któremu płk. Przybył prowadził śledztwa. Po wtóre, jak to możliwe, że prokuratorowi Przybyłowi pozwolono wejść z prywatną, naładowaną bronią na spotkanie z dziennikarzami?             

Jerzy Jachowicz

Autor bloga

JACHOWICZ

Jerzy Jachowicz

Polski dziennikarz, publicysta. Przed 1989 działał w opozycji demokratycznej ("Solidarność"). W latach 1989-2005 był dziennikarzem "Gazety Wyborczej", jednym z prekursorów dziennikarstwa śledczego w Polsce. Zajmował się głównie problematyką przestępczości zorganizowanej i jej powiązań z dawnym aparatem bezpieczeństwa PRL.

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook