Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

O dojrzewaniu Zbigniewa Ziobry

10.11.2015

Obiektem najostrzejszych ataków przeciwników politycznych PiS oraz dziennikarzy z maintreamowych mediów w proponowanym nowym rządzie są trzy osoby – Antoni Macierewicz, kandydat na szefa MON, Mariusz Kamiński – koordynatora służb specjalnych oraz Zbigniew Ziobro – ministra sprawiedliwości.

Nie będę przytaczał dziesiątek już przykładów głosów polityków i dziennikarzy,  kwestionujących zasadność wystawienia tych właśnie osób do „drużyny”, która ma wprowadzić oczekiwane przez społeczeństwo zmiany.

Być znakiem nowych czasów, zapowiadanych przez PiS w trakcie kampanii wyborczej do parlamentu. Przy czym krytycy tych kandydatów eksponują różnego rodzaju „grzechy”, które politycy ci popełnili w przeszłości, a które zdaniem przeciwników PiS, winny wykluczać ich z grona osób pełniących odpowiedzialne stanowiska państwowe. Powierzenie im ministerialnych foteli – zdaniem krytyków - odbiera wiarygodność partii Kaczyńskiego, jako formacji, która chce zerwać z dawnymi błędami, ujmowanymi skrótowo w haśle „IV RP”. Haśle, jakim przez osiem lat szermowała w swojej propagandzie Platforma, którym odstraszała skutecznie, przeważające rzesze wyborców przed oddawaniem głosu na PIS. Dopiero w maju  2015 roku hasło „IV RP” straciło swą magiczną moc „straszenia”.

Teraz po ogłoszeniu składu rządu, echa IV RP wróciły ze zdwojoną siłą, a symbolem tego powrotu do lat 2005-2007,  okresu rządów PIS,  mają być właśnie trzy wcześniej wymienione nazwiska.  Dziś skupię się jedynie na Zbigniewie Ziobrze, a z jakiego powodu za chwilę powiem.

Otóż Zbigniew Ziobro, jako minister sprawiedliwości niewątpliwie popełnił błąd. Tą niestosowną nieostrożnością było wypowiedzenie na konferencji prasowej w połowie lutego 2007 roku zdania „Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. Dotyczyło ono zatrzymanego przed dwoma dniami znanego lekarza, kardiochirurga Mirosława Garlickiego. CBA pod kierunkiem Mariusza Kamińskiego zebrała, dające wystarczające do zatrzymania Garlickiego dowody na jego korupcję. Pojawiło się także podejrzenie, że w wyniku niefrasobliwości Garlickiego, pacjent mógł umrzeć w trakcie operacji.

Po pierwsze było to wstępne podejrzenie na podstawie oświadczenia najbliższej rodziny zmarłego na stole operacyjnym, więc rzecz dopiero do udowodnienia. Po wtóre, nawet, gdyby prokuratura miała silne dowody, np. w postaci zeznań innego personelu medycznego, obecnego przy tej operacji oraz opinie biegłych, potwierdzających tragiczny przebieg, Ziobrze nie wolno było tego mówić.  Nie tylko zresztą publicznie, ale ze względów etycznych oraz szacunku do własnych słów, jako osoby pełniącej wyjątkową rolę w państwie, również prywatnie. Dopiero ewentualny wyrok sądu – tu możemy się sprzeczać, czy pierwszej lub drugiej instancji, czy dopiero prawomocny – dawał prawo do formułowania takiej opinii. Również, jeśli idzie o zarzuty korupcji, Ziobro jako minister sprawiedliwości winien zachować bezstronność i nie przesądzać przed wyrokiem o winie Garlickiego, mimo, że w tym przypadku dowody były raczej bezsporne. 

Błędem też było epatowanie nagraniem z zatrzymania doktora Garlickiego w szpitalu oraz zdjęciami różnych rzeczy, znajdujących się w mieszkaniu prywatnym lekarza. Być może część obfotografowanych drogich zegarków, markowych piór do pisania czy alkoholi miała źródło w korupcyjnych umowach, ale część była – co w świecie lekarskim uznawane było za naturalny obyczaj – po prostu upominkami od wdzięcznych pacjentów i ich najbliższych.  Krótko mówiąc, konferencja miała charakter pokazówki sprawności CBA i prokuratury. Do jej propagandowego obrazu wdarł się jeszcze nieszczęśliwie element nadużycia ze strony Zbigniewa Ziobro o owym lekarzu „pozbawiającym życia”.

Jestem niemal pewien, że o tym przykrym dla siebie incydencie Zbigniew Ziobro pamięta i raczej możemy wykluczyć z jego przyszłej działalności ministra sprawiedliwości podobne błędy czy inne mniejszej miary potknięcia. O tę stronę byłbym raczej spokojny i obdarzył nowego – starego ministra pełnym zaufaniem.

Jeśli miałbym się obawiać, to raczej jego wybujałych ponad miarę ambicji politycznych. Czy dla dobra rządu, dla pożytków swojego obecnego urzędu, czy - by użyć podniosłego tonu, ale realnej rzeczy – dla dobra kraju potrafi iść w jednym zaprzęgu z innymi i harmonijnie z nimi współpracować? Może i pod tym względem dojrzał.

Autor bloga

JACHOWICZ

Jerzy Jachowicz

Polski dziennikarz, publicysta. Przed 1989 działał w opozycji demokratycznej ("Solidarność"). W latach 1989-2005 był dziennikarzem "Gazety Wyborczej", jednym z prekursorów dziennikarstwa śledczego w Polsce. Zajmował się głównie problematyką przestępczości zorganizowanej i jej powiązań z dawnym aparatem bezpieczeństwa PRL.

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook