Jedynie prawda jest ciekawa

Koordynatorzy nie skoordynowali spotkania?

18.11.2015

Muszę się przyznać, że nie rozumiem postawy Marka Biernackiego. Czyżby było w niej drugie dno, które utonęło w krótkim, ale o dużym napięciu, zwarciu jakie nastąpiło między nim jako koordynatorem służb specjalnych a jego następcą w obecnym rządzie Beaty Szydło, Mariuszem Kamińskim?

Przyczyną zwarcia, eksplodującym kłótnią na sejmowym korytarzu, rejestrowaną z wypiekami na twarzy przez telewizyjnych reporterów, jako najsmaczniejszym incydentem ostatnich miesięcy. Dwóch ministrów odpowiedzialnych za tę samą działkę,  z przeciwnych, nie darzących się sympatią rządów, obrzucających się wzajemnymi oskarżeniami na oczach świadków, to gratka dziennikarska rzadko spotykana. Mnie jednak nie idzie o tanią, jarmarczną sensację. Lecz o znalezienie powodu odstępstwa Marka Biernackiego od standardu, jaki zachowali wszyscy pozostali ministrowie rządu Ewy Kopacz. Wiadomo było, że zaraz po zaprzysiężeniu członkowie nowego gabinetu wybierają się do swoich resortów, po to by w sposób cywilizowany przejąć tam władzę w rąk swoich poprzedników. Przy czym słowo „z rąk: użyty jest także w znaczeniu dosłownym. Mianowicie, dotychczasowi ministrowie czekali na swoich następców w gabinetach, a tam wprowadzali ich kilkoma zdaniami w najważniejsze aktualne, rozpoczęte sprawy. Niemal wszyscy w towarzystwie swoich najbliższych współpracowników  prezentowali miejsca przyszłej pracy nowych szefów resortów. Ot, zwykłe, kurtuazyjne, ale miłe przekazanie pałeczki. Zrobili to wszyscy za wyjątkiem Marka Biernackiego. I o to głośno wyrażał swoją dezaprobatę takiej postawy Mariusz Kamiński bezpośrednio do swego poprzednika. Mówili jednocześnie nieco zdenerwowani. Kamiński pieklił się, mówiąc, że nie chodziło mu tylko o grzecznościowe formułki, lecz o poznanie raportów z ostatnich godzin, ze względu na piątkowego zamachy w Paryżu. O tym, że chciał poznać  aktualną sytuację związaną ze współpracą naszych służb ze służbami francuskimi i innych krajów. Biernacki z kolei twierdził, że proponował spotkanie w Sejmie, aby spokojnie omówić najpilniejsze sprawy i dograć zasady przejęcia funkcji. Za brak  koordynacji w przejęciu swoich obowiązków obarczał Mariusza Kamińskiego. Panowie ministrowie rozstali się mocno rozsierdzeni.
    
Większość znawców tych spraw trafnie zauważa, że restauracja czy kawiarnia sejmowa nie są  właściwym miejscem do przekazywania spraw ściśle tajnych między ministrami. Ktoś na poły tylko żartobliwie przypomniał nagrania z restauracji „Sowa i Przyjaciele”. 

Znam Marka Biernackiego od początku lat 90 jeszcze jako likwidatora majątku PZPR. A później poznaliśmy się bliżej, kiedy objął funkcję szefa MSW. Później w różnych rolach coraz dokładniej i głębiej poznawał służby specjalne. Z tego punktu widzenia można go uznać za człowieka kompetentnego. Jednocześnie dał się poznać jako wyrazisty polityk o konserwatywnych poglądach, czemu dawał wyraz w głosowaniach, w których był przeciwny nowinkom obyczajowym w rodzaju małżeństw homoseksualnych. Część publicystów widziała go nawet w przyszłości w szeregach PIS. Nikt też nie kwestionował jego uczciwości oraz swego rodzaju bezkompromisowości, kiedy jako minister sprawiedliwości dwukrotnie negatywnie oceniał sprawozdanie Andrzeja Seremeta z rocznej działalności prokuratury. Tym samym stwarzał merytoryczne uzasadnienie dla Donalda Tuska jako premiera, żeby sprawozdanie odrzucić, co byłoby równoznaczne z odwołaniem Seremeta z funkcji Prokuratora Generalnego. Jak wiemy, Tusk ze swego prawa nie skorzystał. Co roku trzymał tylko nieelegancko Seremeta w szachu ponad miarę, przyjmując sprawozdanie za poprzedni rok w kilka miesięcy po zwyczajowym terminie, jaki przypadał w marcu. 

Aż trudno mi uwierzyć, aby Marek Biernacki uległ tak dalece demoralizacji panującej w Platformie, żeby stać go było na zachowanie nacechowane złośliwością wobec swego następcy. I świadomie zaaranżować sytuację, w której Mariusz Kamiński zastanie w siedzibie koordynatora puste gabinety kierownictwa. Czy mogę dać sobie uciąć palec, że to niemożliwe? Mimo wyrażonej wcześniej opinii o Marku Biernackim, nie zaryzykowałbym palca.

Autor bloga

JACHOWICZ

Jerzy Jachowicz

Polski dziennikarz, publicysta. Przed 1989 działał w opozycji demokratycznej ("Solidarność"). W latach 1989-2005 był dziennikarzem "Gazety Wyborczej", jednym z prekursorów dziennikarstwa śledczego w Polsce. Zajmował się głównie problematyką przestępczości zorganizowanej i jej powiązań z dawnym aparatem bezpieczeństwa PRL.

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook