Jedynie prawda jest ciekawa

Donald Tusk mniejszym złem? Niemożliwe

17.10.2012

Życie jest pełne niespodzianek.

Kto by pół roku temu rozgłaszał, że PiS w sondażach może prześcignąć Platformę, uznano by go za niespełna rozumu, w najlepszym przypadku za agenta ABW, który rejestruje tych, którzy cieszą się na samą myśl o odsunięciu Donalda Tuska od władzy. I nagle, niemal z dnia na dzień runęła, zdawałoby się nie zdobycia zarówno w tej kadencji jak i przyszłej, twierdza Platformy. Razem z jej wielkim strategiem na czele. A może to strateg pociągnął za sobą w dół całą partię?. Jakby nie było, okazuje się, że Platforma to przysłowiowy kolos na glinianych nogach. Wystarczyły dwa mocne kuksańce, jeden cios na szczękę, pojawienie się wroga w zasięgu wzroku, by w rozłożonym na bezpiecznych z pozoru błoniach obozie, powstała panika.

Kuksańce miały postać taśm Serafina i afery Amber Gold. Ten drugi kuksaniec miał o wiele większy ciężar gatunkowy niż pierwszy, ze względu na teren, gdzie rozkwitła afera i gdzie miały miejsce kolejne kompromitacje prokuratury i sądów oraz przedziwny i do końca nie wyjaśniony związek syna premiera, Michała Tuska z właścicielem Amber Gold Marcinem P. W obydwu przypadkach wielki strateg nie poradził sobie z kłopotami. Reagował zbyt późno i niemrawo. W sprawie OLT i Amber Gold został przyłapany na kłamstwie, a ponieważ młody Tusk też kręcił w rozmowach z mediami, konto premiera wypełniało się nieczystościami. Kolejnym obciążeniem stały się dwie sprawy związane z tragedią smoleńską. Pomyłka z ciałem Anny Walentynowicz, co potwierdziła ekshumacja oraz skandaliczne zignorowanie przez rząd i inne odpowiednie placówki państwowe propozycji Polskiej Izby Pogrzebowej bezpłatnego przekazania trumien dla wszystkich ofiar katastrofy Tu-154. Zamiast tego dano zarobić ponad 100 tysięcy zł byłemu agentowi tajnych służb wojskowych, dziś właścicielowi wraz z żoną prywatnej firmy. Mętne tłumaczenia Michała Boniego, jaki był powód odrzucenia  korzystnej i skądinąd szlachetnej oferty polskiej Izby, tylko potwierdzały, że za sprawą trumien kryły się czyjeś prywatne interesy.

Nie dość, że uderzenie nastąpiło  znienacka, to od razu było silne. Sondaż powalał. Różnica sześciu procent na korzyść PiS dla PO znamionowała klęskę. Każdego platformersa musiała przyprawić o palpitację serca. Szok wynikał z tego, że wszyscy ludzie PO byli przekonani, iż dawno zgubili grupę pościgową, że dystans jest wystarczająco duży, by mieć zagwarantowane bezpieczeństwo, a te przekonania okazały się tylko złudzeniem.

Donald Tusk przestraszył się, że jakiś profesor zaproponowany przez PiS na premiera, wyśmiewany przez liderów Platformy jako postać wykreowana wirtualnie, może zepchnąć lidera PO z fotela szefa rządu. Postanowił więc te przykrą perspektywę oddalić przy pomocy czarodziejskiej różdżki, czyli udzielenia wotum zaufania dla rządu przez Sejm. Ach, co to była za radość, kiedy kilkanaście głosów zdecydowało o pozytywnym dla Tuska głosowaniu. Prawie taka jak na niedawnym ślubie córki  byłego prezydenta z synem króla kefiru. Wszyscy się całowali i życzyli sobie wielu lat szczęścia, czyli długiego posłowania, a najbardziej premierowi. Wzruszony dziękował ze łzami w oczach, jakby nie zdawał sobie jeszcze do końca sprawy ze swego zwycięstwa. Jakby wcześniej nie miał pewności, że jeszcze raz zostaną mu darowane wszystkie grzechy.

Po kilku dniach, kiedy nadeszło otrzeźwienie, poczuł się na tyle pewnie, że w jednym z licznych medialnych wywiadów wygłosił absolutnie oświadczenie, zasługujące na politycznego Oskara. Tonem i kierunkiem myślenia niemal wiernie naśladowało znajome powiedzenie Lecha Wałęsy: „Nie chcę, ale muszę”. Brzmiało ono mniej więcej tak: - Nie pozostaje mi nic innego, jak dalej kierować rządem, a to z prostej przyczyny – nie widzę wokół siebie żadnego kandydata, który mógłby to zrobić równie dobrze jak ja. Nie znajduję właściwego faworyta na stanowisko premiera ani w swojej partii ani w pozostałych. Jak tylko ktoś o właściwy się pojawi, jestem gotowy przekazać władzę w jego ręce.

Najwcześniej tego toku rozumowania użył Daniel Passent,  znany publicysta „Polityki”, zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego przez reżim wojskowych pod dowództwem gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Zwierzył się wtedy publicznie, że zdecydował o pozostaniu w „Polityce” w roli dziennikarza, ponieważ obawia się, że na jego miejsce mógłby przyjść ktoś, kto zrobiłby więcej zła niż on. Będzie więc nadal pracował w tygodniku, dając wyraz swego poparcie dla ekipy generałów. Mniejsze zło, to po prostu on Daniel Passent. A dziś Donald Tusk, choć to inne czasy, inne okoliczności.                  

Jerzy Jachowicz

Autor bloga

JACHOWICZ

Jerzy Jachowicz

Polski dziennikarz, publicysta. Przed 1989 działał w opozycji demokratycznej ("Solidarność"). W latach 1989-2005 był dziennikarzem "Gazety Wyborczej", jednym z prekursorów dziennikarstwa śledczego w Polsce. Zajmował się głównie problematyką przestępczości zorganizowanej i jej powiązań z dawnym aparatem bezpieczeństwa PRL.

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook