Jedynie prawda jest ciekawa

Warto już się przyznać do fiaska reformy piłkarskiej ekstraklasy

25.04.2017

Trener Jagiellonii Białystok Michał Probierz pogratulował swoim zawodnikom udanego sezonu i zapowiedział, że mimo zdobycia mistrzostwa Polski jego zespół zagra teraz w „Pucharze maja”.

To oczywiście ironia wobec regulaminu rozgrywek naszej piłkarskiej ekstraklasy. Po trzydziestu kolejkach tabelę dzieli się na dwie grupy. Pierwsza walczy o mistrzostwo, druga o utrzymanie. Mało tego, drużynom odbiera się połowę zdobytych przez cały sezon punktów, aby dystanse między nimi się zmniejszyły. W ciągu miesiąca każdy rozgrywa po siedem dodatkowych spotkań i właśnie wtedy poznajemy mistrza Polski. Po 30 kolejkach pierwsza jest Jagiellonia, ale i tak spekuluje się, że tytuł zgarnie druga przed podziałem Legia. I pewnie tak będzie...

Regulamin unikatowy w skali światowej miał wpłynąć na uatrakcyjnieni e rozgrywek, podwyższenie poziomu zawodników poprzez rozgrywanie większej liczby spotkań i w związku z tym większych wpływów do klubowych kas, choćby w związku ze sprzedażą biletów. Ale już w momencie wprowadzenia budził wątpliwości. Po latach widać wyraźnie, że eksperyment nie wypalił. Psioczą na niego prawie wszyscy. Ale tylko nieliczni głośno tak jak Probierz. Owszem, te siedem dodatkowych spotkań to jest atrakcja dla kibiców, ale sens rywalizacji przez cały rok jest wypaczony. Tak naprawdę liczy się tylko ten ostatni miesiąc. To na maj trzeba szykować formę, oszczędzać zawodników. Ci, którzy mają zbyt wąskie kadry, a coś im się udało ugrać wcześniej są po prostu karceni w dogrywce. Odbieranie tego co zostało zdobyte, choć nie jest to żadna przecież kara za jakieś przewinienie, w ogóle nie za bardzo mieści się w samej idei rywalizacji sportowej. Efekt jest taki, że ci najmocniejsi mogą sobie pozwolić na odpuszczanie początku sezonu, bo później i tak udaje się straty odrobić. A ciężar gatunkowy rywalizacji w sezonie zasadniczym bardzo mocno spada (wszyscy mają z tyłu głowy, że nic się nie stało w przypadku niepowodzenia). Z kolei ci, którzy wdrapali się do pierwszej ósemki, a nie mają szansy na nic więcej, praktycznie kończą sezon. Nawet jeśli przegrają wszystkie siedem meczów to i tak w najgorszym wypadku będą na ósmej pozycji.

Lawinowego wzrostu przychodów z dni meczowych kluby też nie mają, bo ludzi zwyczajnie nie stać, aby wydawać dodatkowe pieniądze, na dodatkowe mecze. Często kluby każą też wykupywać dodatkowe karnety na majowe spotkania. Kibice gorzko żartują, że skoro dzieli się punkty, to ceny biletów na mecze też mogłyby kosztować pięćdziesiąt procent. Poziom sportowy też się nie podwyższył. Owszem, Legia po 22 latach awansowała do Ligi Mistrzów, ale to raczej efekt korzystnego zbiegu okoliczności niż pokłosie reformy ligi. Generalnie polskie kluby z rywalizacji europejskiej odpadają niemal natychmiast tłumacząc się wydłużonym sezonem, a zawodnicy płaczą nad brakiem wakacji. Graczy, którzy trafiają do reprezentacji bezpośrednio z naszej ekstraklasy wciąż jest jak na lekarstwo. Kluby wciąż chętniej zatrudniają przeciętnych obcokrajowców, którzy od Polaków są tańsi i… tak to się kręci.

Piłka nożna to gra wymyślona bardzo dawno temu i jej atutem jest pewna konserwatywność. Właściwie we wszystkich najważniejszych lig w Europie system jest oczywisty. Rozgrywa się dwie rundy, a zdobyte trzy punkt za zwycięstwo dokładnie tyle samo ważą na koniec sezonu co zaraz po meczu. U nas spróbowano wywarzyć otwarte drzwi. Teoretycznie trzeba by się szybko przyznać do błędu, wycofać z wydumanego systemu rozgrywek i grać jak dawniej. Ale to byłoby by zbyt banalne. Nie po to panowie z zawiadującej ligą Ekstraklasy SA biorą pensje po kilkadziesiąt tysięcy złotych za mieszanie łyżką w zupie, aby teraz ktoś im tę łyżkę wyrywał z ręki…

Autor bloga

Cezary Kowalski

Autor jest komentatorem telewizji Polsat oraz dziennikarzem tygodnika "wSieci"

Najczęściej czytane na blogu

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook