Jedynie prawda jest ciekawa

W piłce warto stawiać na swoich, czyli Magiera jak Zidane

06.06.2017

Zinedine Zidane osiemnaście miesięcy pracuje jako trener Realu Madryt i zdążył w tym czasie dwa razy sięgnąć o Puchar Europy za zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Czyli właściwie osiągnął wszystko co może szkoleniowiec drużyny klubowej. Zdobył najważniejsze trofeum i jeszcze powtórzył sukces w kolejnym sezonie, udowadniając, że ten wcześniejszy nie był kwestią przypadku. W wieku 44 lat może praktycznie kończyć karierę, bo cóż może osiągnąć więcej? Powielać zdobycze w Madrycie albo z innymi klubami?

Francuskie media zestawiają wyczyn Ziadnea z innym francuskim trenerem, słynnym Arsene Wengerem, który pracuje od 21 lat w wielkim klubie - Arsenalu Londyn, a ani razu nie udało mu się triumfować w Lidze Mistrzów. Chyba nikt poważny nie powie, że Zidane bez właściwie żadnej szkoły trenerskiej i żadnego doświadczenia (wcześniej prowadził ekipę młodzieżową i był asystentem w pierwszej) ma lepszy warsztat zawodowy niż profesor Wenger (rocznik 1949). To właśnie ta przewrotność futbolu, która jednocześnie bywa jej największym urokiem.

Choć jest trochę prawdy w stwierdzeniu, że nie każdy pierwszą robotę dostaje w Realu Madryt i że „Zizou” miał w rękach „gotowca”, to bardzo łatwo tę tezę obalić. Można wymieniać wielu wybitnych fachowców z już uznanymi trenerskimi nazwiskami, którzy połamali sobie zęby na galaktycznej ekipie. Ewidentnie Francuz ma w sobie to coś powoduje, że potrafi natchnąć do zwycięstwa, bo przecież nie  tylko o taktykę przy tak wyrównanym poziomie najlepszych zespołów w Europie tu chodzi. Zidane ma w sobie gen zwycięstwa. I nie zburzył tego obrazek, kiedy wybitny (pewnie jeden z trzech najlepszych w dziejach futbolu) schodził ze sceny  z czerwoną kartką w finale mistrzostw świata 2006 za uderzenia „z byka” Marco Materazziego.

Powierzając właśnie swojemu byłem asowi opiekę nad drużyną władze komercyjnego do bólu Realu (zlikwidowali nawet krzyż naw swoim herbie, aby lepiej sprzedawać swoje gadżety w krajach muzułmańskich) trochę zboczyli ze swojej dotychczasowej drogi. Tym razem (w styczniu 2016 roku) nie ściągali uznanego trenera z najwyższej półki, ale podjęli ryzyko stawiając na swojego człowieka (tak jak kiedyś Barcelona na Pepa Guardiolę). Opłacało się, bo ewidentnie widać, że nawet w tak odzieranej z dawnych wartości, współczesnej piłce, jednak wciąż warto stawiać na swoich. Oni w tych decydujących momentach potrafią po prostu dać ekipie (chodzi mi także o zawodników) trochę więcej niż ci nawet najlepiej płatni najemnicy całkiem z zewnątrz.

W nieco mniejszej skali mogliśmy tego doświadczyć na własnym podwórku. Demolowana nawet przez najsłabszych na początku sezonu Legia w akcie rozpaczy sięgnęła po Jacka Magierę, który był zawodnikiem warszawskiego klubu, później pracował z rezerwami, a od początku sezonu świetnie radził sobie jako pierwszy trener w pierwszoligowym Zagłębiu Sosnowiec. „Magic”, jak mówią na niego koledzy, nie miał żadnego doświadczenia jako trener w ekstraklasie, ale właściwie momentalnie odmienił drużynę i zdobył z nią mistrzostwo Polski. Mało tego, to on prowadził Legię w jej najlepszym meczu od lat, kiedy w Lidze Mistrzów przy Łazienkowskiej mistrz Polski zatrzymał Cristiano Ronaldo i spółkę (remis 3:3), a po końcowym gwizdku z podniesioną głową ściskał dłoń Zidanea…

Cezary Kowalski (komentator Polsatu Sport, publicysta wSieci)

Autor bloga

Cezary Kowalski

Autor jest komentatorem telewizji Polsat oraz dziennikarzem tygodnika "wSieci"

Najczęściej czytane na blogu

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook