Jedynie prawda jest ciekawa

Gdyby działacze działali, a nie konsumowali dziś piłka ręczna byłaby w dołku, a nie głębokim dole

24.05.2017

My Polacy uwielbiamy duże turnieje, w których występuje nasza reprezentacja.

I praktycznie nie ma wielkiego znaczenia, czy to Turniej Czterech Skoczni, mistrzostwa futbolowe, siatkarskie, czy szczypiorniaka. Utożsamiamy się ze sportowcami, dopingujemy najmocniej na świecie, ulice pustoszeją, kiedy grają nasi. Na tej zasadzie dawaliśmy się ponieść emocjom, kiedy w ostatniej dekadzie popisywała się reprezentacja piłkarzy ręcznych. Bawił nas zespół, który grał w finale mistrzostw świata, który był bliski medalu olimpijskiego czy jeszcze dwa lata temu wyszarpywał trzecie miejsce na mundialu w Katarze. A Szmal, Bielecki, Jurecki, Tkaczyk, Lijewscy czy trener Wenta to byli autentyczni bohaterowie narodowi. Dziś po porażce i remisie z Białorusią straciliśmy szansę na udział w przyszłorocznych mistrzostwach Europy.  Tylko punkt zdobyty w trzech z sześciu meczów eliminacji ME 2018 przekreśla nasze szanse na grę w Chorwacji. A brak występu w nim oznacza bardzo trudną drogę do finałów MŚ 2019, na których trzeba być i zagrać dobrze, by zapewnić sobie walkę o igrzyska w Tokio w jednej z imprez eliminacyjnych. 


Przyszłość rysuje się zatem w czarnych barwach. Nie tylko możemy już nie walczyć o medale jak dotąd, ale może nas w tych wielkich turniejach w ogóle nie być. Spadki w rankingu powodować będą, że to my w eliminacjach będziemy dolosowywani do najlepszych. Ale tak naprawdę nie skutek jest tu najważniejszy, ale przyczyna. Wraz z końcem epoki znakomitego pokolenia piłkarzy ręcznych tak naprawdę błyskawicznie skończyła się zatem ta dyscyplina jako taka. Tak jakby ktoś nagle wyłączył światło. Koniec i kropka. I w żadnym wypadku nie można mieć tu pretensji do sportowców, czy odmłodzonej reprezentacji prowadzonej przez znakomitego trenera Dujszebajewa, który zresztą właśnie zrezygnował. Mówiąc w dużym skrócie, chodzi o działaczy, którzy przespali najlepszy czas, konsumując sukcesy, podpinając się pod nasze złote pokolenie, zamiast natychmiast na bazie tych osiągnięć budować. Jeśli nawet nie od razu potęgę (choć czemu nie?), to przynajmniej solidną konstrukcję, strukturę szkolenia, zwyczajną modę na tę niezwykle widowiskową dyscyplinę. Dzięki temu dziś po odejściu najlepszych mielibyśmy lekki dołek, a nie głęboki dół. 

Dwa lata temu, owszem, coś drgnęło opracowano program szkolenia, zorganizowano licea sportowe o profilu: piłka ręczna, w zeszłym roku powstała liga zawodowa. Pewnie, że lepiej późno niż wcale. Ale bardziej chyba tu pasuje powiedzenie: musztarda po obiedzie. Na kim te dzieciaki mają się wzorować? Na byłych bohaterach, których coraz słabiej będą pamiętać? Nie skorzystano z boomu na szczypiorniaka i teraz to dopiero będzie sztuka podnieść tę dyscyplinę praktycznie od zera. Oglądalność meczów ligowych w kodowanym kanale telewizyjnym często waha się między 4, a 6 tysiącami widzów (czasem więcej ludzi przychodzi do hali), rozgrywek kobiet nikt nie pokazuje. W 40-milionowym kraju zarejestrowanych jest ledwie 25 tysięcy zawodników, w sześciomilionowej Danii - 120 tysięcy. Wracamy błyskawicznie do czasów lat 90, kiedy o piłce ręcznej mówiono jako o sporcie niszowym. Zasiedziały na swoim stanowisku prezes Związku Piłki Ręcznej w Polsce Andrzej Kraśnicki, który właśnie po raz kolejny został szefem PKOl, musi się wziąć do roboty. 

Autor bloga

Cezary Kowalski

Autor jest komentatorem telewizji Polsat oraz dziennikarzem tygodnika "wSieci"

Najczęściej czytane na blogu

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook