Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Żelazne prawo lokalnej oligarchii

09.03.2012

Samorządowcy często zwykli powoływać się na zasadę pomocniczości, przypominać że problemy najszybciej załatwia się będąc bliżej mieszkańców...

...a najlepiej działa władza poddana bezpośredniej kontroli społecznej.

Wypada się – w końcu też jestem samorządowcem – uderzyć w piersi. Środowisko samorządowe tego rodzaju argumentów używa jednostronnie, w debacie o potencjalnych transferach obszarów władzy i kompetencji ze szczebla centralnego do samorządu.

Narracja samorządowych elit zmienia się jednak radykalnie gdy rozpatrywane są transfery w zupełnie innym kierunku – od lokalnej władzy samorządowej w kierunku społeczeństwa obywatelskiego czy jednostek niższego rzędu. Wówczas samorządowcy często przejmują argumentację swoich rządowych adwersarzy z wcześniejszych dyskusji – to oni są ekspertami, to oni umieją racjonalnie decydować i skutecznie przeprowadzać procesy zarządzania określonymi sferami publicznymi. Odebranie im tej kontroli w celu dalszej deregulacji i decentralizacji groziłoby marnotrawstwem, populizmem i w ogóle siedmioma plagami egipskimi.

Odkładając nieco na bok teoretyczne dyskusje o rozkładzie kompetencji pomiędzy poszczególnymi szczeblami administracji rządowej i samorządowej przyjrzyjmy się praktyce polskiej samorządności. I w obecnym stanie prawnym istnieje szereg możliwości decentralizacji kompetencji i zwiększenia partycypacji i kontroli społecznej na poziomie samorządów, przede wszystkim gmin i miast na prawach powiatów. Samorządowe elity nie są szczególnie chętne do korzystania z tych możliwości.

Zazwyczaj bardzo słabe są jednostki pomocnicze (sołectwa, dzielnice, osiedla itp.). Rady dzielnic czy osiedli, nawet w dużych miastach (gdzie taka jedna rada obejmuje swoim działaniem liczbę mieszkańców przewyższają liczbę mieszkańców wielu miast powiatowych) posiadają znikome lub wręcz żadne kompetencje, dysponują budżetami liczonymi w promilach budżetu miasta – mało tego, zdarza się że w ogóle nie są powoływane lub co najmniej nie są powoływane we wszystkich dzielnicach.

Z ogromnymi oporami rozprzestrzenia się instytucja obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej. A tam, gdzie pomimo oporów jest wprowadzana w życie, często pozostaje martwą instytucją w wyniku wyśrubowanych wymogów odnośnie liczby koniecznych do zebrania podpisów lub zagmatwanych wymogów formalnych, z pozostawieniem lokalnej władzy uznaniowej decyzji o ich spełnianiu lub nie (bez trybów odwoławczych).

Zupełną rzadkością, białym krukiem polskiej praktyki samorządowej, są elementy budżetów obywatelskich – priorytetyzacji inwestycji w oparciu stały mechanizm konsultacji społecznych.

Sesje rad gmin/miast notorycznie odbywają się w dni powszednie w godzinach pracy, rzadkością są nadal transmisje obrad udostępniane na stronach internetowych gmin (i/lub łatwe w nawigacji archiwum nagrań z poprzednich sesji). W większości jednostek głosowania jawne są w istocie tajne – brak aparatury elektronicznej do głosowania powoduje, że nie sposób sprawdzić ani udowodnić kto jak głosował w teoretycznie jawnym głosowaniu (no chyba, że jakiś pasjonat najpierw wziąłby urlop aby móc osobiście obserwować sesję – a potem własną kamerą nagrał, który radny podnosił rękę w odpowiednim punkcie).

Takie przykłady można mnożyć. Polscy samorządowcy - werbalnie tak chętnie odżegnujący się od polityki – swoją praktyką działania składają hołd teoretykom takim jak Carl Schmitt. Miłość do decentralizacji, pomocniczości i kontroli społecznej jest piękna, ale tylko wtedy gdy służy twardej polityce gromadzenia i obrony jak największej władzy pod jak najmniejszą kontrolą. Od polityczności nie ma ucieczki, również na poziomie najmniejszej z gmin.

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook