Jedynie prawda jest ciekawa

Z życia politycznego planktonu

30.08.2013

Tak się złożyło, że w ostatnich tygodniach miałem okazję trochę porozmawiać na pół-prywatnej stopie z przedstawicielami różnych partii poza-PiSowskiej prawicy i centroprawicy. Ton i wnioski z tych rozmów były zaskakująco zbieżne.

Wszystkie te partie (czy szerzej – ugrupowania, bo nie wszystkie są sformalizowane w partie) rosną w siłę (we własnym mniemaniu), już wkrótce będą miały szansę zaistnieć (jak poprzednio) a okazją do pierwszego sukcesu mają być przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego.

Tu budzi się we mnie żyłka politologa (pospekulujmy o scenie politycznej) i hazardzisty (pospekulujmy z konkretnymi liczbami, które będzie można potem odnieść do wyników). Na wstępie wypada zaznaczyć, że jako członek Prawa i Sprawiedliwości nie jestem wzorcem obiektywizmu w tym temacie. Nie każę jednak Państwu wierzyć na mi słowo, niech bronią się argumenty.

Po pierwsze w ogóle politycznego tlenu na centroprawicy jest mało bo zabiera go rosnący coraz bardziej olbrzym – PiS. Zagospodarowuje jednocześnie niemal wszystkie bieguny ogniskowania emocji elektoratu. Kieruje tobą niechęć wobec rządu Tuska? Jego oczywistym nemezis jest Kaczyński. Jesteś przywiązany do wartości narodowych czy patriotycznych? Wszystkie media od lat walą jak w bęben w PiS właśnie za to. Uważasz siebie za osobę o poglądach prawicowych? Nasuwa się jedna silna i powszechnie znana partia prawicowa – PiS. Jesteś przede wszystkim konserwatystą obyczajowym czy wręcz katolikiem politycznym – ależ proszę, w powszechnym mniemaniu znów PiS jest jedyną dużą siłą polityczną popierającą wynikające z tego postulaty (a jeszcze może poprawić efekt współpracującym z PiS Markiem Jurkiem) i tak dalej. Nie chcę tu wchodzić (kieruje tą uwagę do czytelników-sympatyków owego planktonu) w talmudyczne dywagacje „abo PiS to nie jest prawdziwa prawica”, „abo Traktat Lizboński” i tak dalej. W tym obszarze możemy sobie dyskutować i spierać się merytorycznie, tu można mieć różne opinie. Natomiast o faktach dżentelmeni nie dyskutują. A fakt jest taki, że w postrzeganiu społecznym PiS jest partią prawicową, patriotyczną, konserwatywną, najtwardszą opozycją wobec Tuska i tak dalej i nic nie wskazuje by to postrzeganie miało się w najbliższym czasie jakoś radykalnie zmienić.

Czyżby więc w ogóle nie było żadnej iskierki nadziei dla nie-PiSowskiej centroprawicy? Otóż teoretycznie, taka iskierka mogłaby zaistnieć. Decyduje o niej specyfika wyborów do PE, które są stosunkowo łatwe organizacyjnie, cechuje je niska frekwencja (więc mając 3% poparcia, ale mobilizując elektorat w całości można uzyskać wynik 6% jeśli połowa elektoratu dużych partii nie pójdzie na wybory), duże okręgi wyborcze (więc nie trzeba mieć wielu rozpoznawalnych liderów list) wreszcie ogólnie niepoważne traktowanie tych wyborów przez elektorat (który przez to może być bardziej skłonny żeby „dać szansę” ugrupowaniu, z którym w wyborach parlamentarnych nie chciałby ryzykować). Wreszcie nakładające się na siebie dwa zjawiska – narastająca lawina sentymentu anty-Tuskowego w połączeniu z budowanym przez ośrodki o potężnej sile oddziaływania, wciąż u wielu zinternalizowanym sentymentem anty-Kaczyńskim. W rezultacie może pojawić się grupa licząca powiedzmy 7 czy 8% wyborców, którzy definiują się jako „prawicowi”, „centro-prawicowi”, „patriotyczni”, „konserwatywni” itp. i którzy jednocześnie już nie cierpią Tuska, i nadal nie cierpią Kaczyńskiego.

Wygląda na to, że prawicowy plankton, dostrzegając te uwarunkowania, sam się złapie w klasyczny dylemat więźnia. Każdy z aktorów będzie działał teoretycznie w racjonalnie pojmowanym własnym najlepszym interesie a suma tych działań wytworzy sytuację, powodującą dokładnie odwrotny efekt. Każde ugrupowanie widząc uwarunkowania opisane w poprzednim akapicie kalkuluje, że w te wybory jest szansa, wiec warto wystawić swoje listy i spróbować – przez co list będzie 5. Dzielenie owych 7-8% elektoratu na pięć części zapewni, że każda z tych części będzie mała. No dobrze, to przejdźmy do konkretnego hazardowania:

Solidarna Polska – jej największą siłą, ale i słabością jest to że jest właściwie w ogóle nie odróżnialna od PiS. Może więc liczyć że znajdzie się kilka procent elektoratu które widząc nazwiska Ziobro, Kurski, Dorn czy Cymański w swoim mniemaniu zagłosuje na PiS, albo co najmniej jakąś gałąź PiS i tych zdezorientowanych będzie wystarczająco dużo by ślizgnąć się nad progiem. Zresztą jak pokazują wybory uzupełniające na podkarpaciu Ziobrów ci u nich dostatek i niejedna lista okręgowa SolPol może mieć lidera o tym nazwisku. Z drugiej strony taka zbieżność powoduje podstawowy problem: po co głosować na podróbkę PiS, skoro można głosować na oryginał? Chaotyczne próby tworzenia takiej programowej różnicy na razie nie wyglądają na skuteczne (a to przez populistyczne postulaty systemowe w rodzaju ograniczenia liczby posłów, a to licytowanie postulatami socjalnymi, to znów uderzanie Traktatem Lizbońskim za którym samemu też się głosowało). Dostaną: 3-4%. Liczą na: powyżej 5%. Efekt: gwałtowny kolaps. Pozbawienie środków z biur poselskich i negatywna weryfikacja w najłatwiejszych do zaistnienia wyborach pozbawi formację rację bytu i uruchomi wyścig w worach pokutnych by zdążyć na otwarcie bram PiSowskiej Canossy przed wyborami parlamentarnymi.

Kongres Nowej Prawicy – to już chyba z dwudzieste wybory, w których Janusz Korwin-Mikke zapowiada, że to już, teraz właśnie nadchodzi czas sukcesów jego formacji. Ponieważ jednak postrzeganie jego formacji zawsze zależy niemal w całości od postrzegania JKM – a ten jest taki sam jak zawsze – to i szklany sufit społecznej akceptowalności Korwina pozostanie na swoim miejscu. Względna nieco większa siła KNP bierze się paradoksalnie z jego największej klęski – nie zarejestrowania list w całym kraju w wyborach 2011. Tym samym zabrakło realnej weryfikacji zapewnień „krula internetu” że to właśnie już, teraz i tak dalej – i pokolenie działaczy które przy tej okazji by się zniechęciło i odeszło pozostało w partii i działa nadal. Szykuje się więc wynik raczej z półki lepszych wyników korwinistycznych (ok. 3%) a nie gorszych (ok. 1%). Dostaną: 2,5-3,5%. Liczą na: powyżej 5%. Efekt: business as usual. Skoro dwadzieścia klęsk nie zmieniło JKM, nie zmieni go i dzwudziesta pierwsza. Część działaczy zniechęci się i odejdzie, część wynajdzie uzasadnienie, że wprawdzie może i słaby wynik ale o pół procenta lepszy niż poprzednio, co jest jasnym znakiem że nasz czas nadchodzi. Z czasem w miejsce tych co odeszli przyjdzie pokolenie nowych, młodych, aktywnych działaczy, którzy jeszcze nie odczuli klęsk na własnej skórze i będą wierzyli że już w 2015, 2017 czy 2019 ludzie zrozumieją naszą ideę i nasz czas nadejdzie. I tak aż do odejścia z polityki (najprawdopodobniej z przyczyn naturalnych) samego Korwina, co wygasi nurt korwinistyczny na polskiej scenie partyjnej.

Ruch Narodowy – ugrupowanie z problemem polegającym na tym, że imponujący zbiór aktywnych, pracowitych i rzutkich działaczy pokrywa się niemal idealnie ze zbiorem elektoratu (w tym wypadku mało imponującym ilościowo). Mimo wszystko najbardziej konsekwentne stanowisko eurosceptyczne i efekt świeżości (pierwsza weryfikacja wyborcza marki a więc brak efektu podcięcia skrzydeł poprzednimi klęskami) powinno dać w miarę przyzwoity wynik. Dostaną: 2-3%. Liczą na: trudno powiedzieć, pewnie realiści na powyżej 3% a hurraoptymiści na ponad 5%. Efekt: business as usual. W taktyce „długiego marszu przez kulturę” taka klęska wyborcza jest zasadniczo wliczona w koszty. Może wystąpi lekka depresja bo w nowych formacjach zawsze znajdzie się kilku „odlotowców” wierzących w jej nagły a ogromny sukces. Ci odejdą. Formacja jako całość będzie kontynuowała pracę organiczną w duchu klasycznej endecji. Może pojawi się refleksja że należy się na niej skoncentrować i na razie odpuścić sobie udział w wyborach.

Polska Jest Najważniejsza – ugrupowanie schyłkowe, wobec którego nawet trudno wymyślić jakiś segment elektoratu do którego miałoby się odwołać (ostatnie propozycje Marka Migalskiego odnośnie ruchu drogowego wskazują iż chciałby wyrwać Korwinowi korwinistów co jest tyleż skazane z góry na niepowodzenie co i pozbawione sensu ze względu na wielkość potencjalnej zdobyczy). Zbudowane jako recepta dla umiarkowanych PiSowców zmęczonych radykalizmem i brakiem sukcesów PiS. W sytuacji gdy PiS znalazł formułę na wyjście z radykalnego narożnika i wszystko wskazuje że zmierza do sukcesu wyborczego – PJN nie ma racji bytu. Większość działaczy i struktur też już straciło. Dostanie: 0,5– 1,5%, Liczy na: chyba już na nic. Efekt: ostateczny zanik. Cała aktywność PJN sprowadza się do dwóch nazwisk: Marek Migalski i Paweł Kowal, którzy tracąc mandaty europarlamentarzystów stracą zasoby do działania. Najprawdopodobniej pójdą w ślady Pawła Poncyljusza czy Elżbiety Jakubiak i wycofają się z zawodowego uprawiania polityki. Jakieś jednostki spróbują przykleić się do innych partii.

Republikanie (wariant 1 – bez Gowina) – ugrupowanie, które można by właściwie nazwać „czekając na Gowina”, w tym wariancie jest skazańcem czekającym na egzekucję. Jedno rozpoznawalne nazwisko (pół-rozpoznawalny Przemysław Wipler plus pół-rozpoznawalna Anna Streżyńska), budowane od zera na amatorach struktury, znikoma rozpoznawalność szyldu. Dodatkowo pusty zbiór elektoratu przy wizerunku, jaki na razie się tworzy: „takie ogarnięte UPR/KNP”. Ci co im bardziej zależy na „ogarnięciu” głosują na duże partie, tym co bardziej zależy na „UPR/KNP” głosują na KNP. Jedynym cieniem szansy byłaby jakaś super widowiskowa kompromitacja Korwina tuż przed wyborami nawet w oczach własnego elektoratu – bo dla niego republikanie są prawdopodobnie partią drugiego wyboru. Dostaną: 0,5 -1%. Na co liczą: na Gowina. Efekt: część się rozejdzie, część będzie dalej czekać na Gowina.

Republikanie (wariant 2 – Gowipublikanie) – zakładamy w tym wariancie, że do czasu wyborów do PE Jarosław Gowin wyjdzie z Platformy i stworzy oddzielną formacje, której częścią siłą rzeczy będą republikanie. To dałoby więcej nazwisk, większy ciężar gatunkowy i jakiś tam kawałek elektoratu. Nie taki duży jednak, jakby się pewnie wydawało samemu zainteresowanemu. Otóż problem Gowina polega na tym, że ma on poparcie przede wszystkim elektoracie który nie cierpi PO na zasadzie kontrastu z Tuskiem. Na pytanie czy wolisz Tuska, czy Gowina (stosunkowo najmniej platformianego platformersa) ludzie nie lubiący PO powiedzą: oczywiście Gowina. A czy na niego zagłosujecie?: no nieeee, przecież to jednak wieloletni platformers. Z kolej dla samego lemingowego jądra elektoratu PO sprawa jest jasna: śmierć zdrajcy. Uzyskają: 3-4%, Na co liczą: na ponad 7%. Efekt: lekka depresja, ale działamy dalej. Niski wynik będzie zawodem (autorzy projektu będą liczyć na pełną kanibalizację PO, tak jak kiedyś PO zjadła UW), ale będzie można robić dobrą minę do złej gry. Wynik zrzuci się na pierwsze koty za płoty, małą rozpoznawalność nowego szyldu itp. i nazwie „obiecującym początkiem”. Gowin zachowa mandat sejmowy i możliwość działania, może pożywi się np. resztkami po PJN (może nawet jeszcze przed wyborami i w tym wariancie będą 4 a nie 5 list planktonowych). Bój decydujący dla tego projektu to będą dopiero wybory parlamentarne 2015.

Co więcej powyższe scenariusze są zasadniczo nieuniknione. Dlatego spokojnie o nich piszę, nie obawiając się że doprowadzę do refleksji, w wyniku której powstanie jedna silna formacja skutecznie konkurencyjna wobec PiS. Te klocki po prostu nie pasują do jednej układanki. KNP nie schowa szyldu a przede wszystkim Korwina – a nikt nie weźmie Korwina na twarz koalicji ryzykując jej zatopienie jedną wypowiedzią o Hitlerze na trzy dni przed wyborami. Dla Ruchu Narodowego start inny niż samodzielny jest zupełnie bez sensu dla strategii długiego marszu – to już lepiej w ogóle nie startować. PJN i SolPol mogłyby się dogadać tworząc Związek Bojowników o Utrzymanie Diet Europarlamentarnych – ale wiedzą że nawet wtedy wezmą góra 3-4 mandaty a więc zabraknie miejsc dla obecnych deputowanych. To już lepiej mieć własną listę, wszystkie dobre jedynki do dyspozycji i liczyć na łut szczęścia. Republikanie bez Gowina są na tyle słabi, że nikt im nie zaproponuje miejsc dających szansę na cokolwiek – to jak się i tak nie ma szans na cokolwiek to lepiej samemu, chociaż szyld się wypromuje. A nawet jak się dwóch dogada (np. Gowipublikanie z PJN mogą) to dużo to nie zmieni (4 listy zamiast 5). Musiałoby się dogadać pięciu, a co najmniej czterech, a nie ma takiej konfiguracji w której to byłoby możliwe.

Pozostaje tylko liczyć na „dzień konia” tudzież „strzał życia” – w rodzaju superniskiej frekwencji, uruchomienie przez Gowina reakcji łańcuchowej i totalnej dekompozycji PO, jakiegoś głośnego zdarzenia na kilka dni przed wyborami (w rodzaju ataku terrorystycznego) które wywoła chwilową emocję demolującą ustalony układ sił. No cóż, cuda się czasem zdarzają, ale uznajmy, że budowanie projektów politycznych na cudach tudzież serii szczęśliwych zbiegów okoliczności nie wróży szczególnych sukcesów.

Zainteresował Cię artykuł? Dołącz do nas na Facebooku!

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook