Jedynie prawda jest ciekawa

Twitter Wolna Europa

02.07.2015

Media społecznościowe wytworzyły sytuację, w której można docierać do milionów ludzi bez układu z młotkowymi z koncernów medialnych.

Wzrost znaczenia mediów społecznościowych w stosunku do mediów tradycyjnych przyjęło się uważać za jedną z przyczyn porażki Bronisława Komorowskiego, tudzież obecnych problemów sondażowych Platformy Obywatelskiej.

I rzeczywiście musi być coś na rzeczy. Żeby urzędujący prezydent, wspierany przez rząd i większość parlamentarną, przez wszystkie właściwie instytucje państwa, większość dużych samorządów, wszystkie duże telewizje i zdecydowaną większość pozostałych mediów, mający na cztery miesiące przed wyborami przewagę w sondażach nad głównym konkurentem w stosunku 5-1, ostatecznie przegrał – to rzecz niebywała. Musiały zaistnieć jakieś nowe czynniki.

Rozwój zasięgu i znaczenia społecznościówek był niewątpliwie jednym z nich. Teraz to już powszechna wiedza, ale jeszcze pół roku temu wielu jej przeczyło. Wielu wydawało się, że nadal żyją w czasach, w których telewizja – cytując klasyka – to codzienne wbijanie miliona gwoździ w milion desek (czy może raczej głów). I wystarczy się dogadać z młotkowymi, by to nasze gwoździe w miliony głów wbili według jednego, wygodnego nam wzorca.


Tymczasem media społecznościowe wytworzyły sytuację, w której można docierać do milionów ludzi bez układu z kilkoma młotkowymi z koncernów medialnych. Pod jednym warunkiem – społecznościówki to zabawa w „podaj dalej”. Więc dotarcie do milionów, wymaga zaangażowania setek tysięcy, którym się chce, którzy w tworzenie i podawanie dalej przekazu wkładają swoją chęć, zaangażowanie, kreatywność.


Dlatego też wszelkie pomysły w stylu wynajmowania 50 albo i 100 hejterów w mediach społecznościowych się nie sprawdzają. Tylu wystarczy, żeby zaspamować komentarze na niektórych portalach, które i tak mało komu chce się czytać. Żeby skutecznie zaspamować Twittera trzeba by mieć ich co najmniej kilka tysięcy, a na Fejsa to i kilkadziesiąt tysięcy nie starczy. Do tego musieliby to być, szczególnie na Twitterze, użytkownicy z ugruntowaną reputacją, piszący od dłuższego czasu inteligentnie i ciekawie (a więc mający znaczące grono followersów). Świeżo zakładane konta pracowników internetowej propagandy gadają do próżni (i płacenie za taką działalność to ciężkie frajerstwo).


To jest główna moja teza – mediów społecznościowych nie da się kupić. Można oczywiście – i należy – w sposób profesjonalny (a więc nie za darmo) na nich zaistnieć. Mieć kogoś kto przygotuje porządne infografiki, atrakcyjne wizualnie memy, nakręci filmiki do wrzucenia (choć i to wszystko często robi lepiej sieciowe pospolite ruszenie za darmo). Ale żeby potem komuś chciało się te memy szerować – do tego o już musi zaistnieć niemożliwe do kupienia zaangażowanie tysięcy ludzi. Takich, którzy np. nie będą się wstydzili na swoim osobistym profilu na FB demonstrować swoich poglądów politycznych – docierając tym samym do swoich znajomych z podstawówki, z pracy, sąsiadów czy dalszych kuzynów - nieraz zupełnie nie interesujących się polityką i nie oglądających wieczornych wiadomości i programów publicystycznych.


Facebook daje temu pospolitemu ruszeniu zasięg, milionowy krąg dotarcia. Twitter – narzędzie szybkiego (właściwie w czasie rzeczywistym) porozumienia się pomiędzy kilku tysiącami liderów netowej opinii, przekazania informacji, którą następnie podadzą dalej Facebookiem i innymi kanałami. Tak jak w komunie media mogły kłamać na okrągło, a ludzie i tak czerpali prawdziwe wiadomości z Radia Wolna Europa i bibuły, a potem rozpowszechniali między sobą szeptanką, tak teraz rolę RWE pełni Twitter a szeptanki Facebook. Często ta kombinacja znajduje w końcu odbicie i w mediach tradycyjnych. Miniona kampania była chyba pierwszą, w której udawało się podbijać w necie przekaz na taką skalę, że media tradycyjne nie mogły go ignorować (choć pewnie nieraz by chciały).


Dzięki tym mechanizmom przestały się udawać „myki” takie jak np. manipulacja z fałszywym kontem Kingi Dudy. Dziesięć lat temu pewnie Tomasz Lis by wbił swój przekaz do głów kilku milionom ludzi, przeprosił gdzieś, gdzie usłyszy o tym kilkadziesiąt tysięcy i już. Teraz wprawdzie wbił swój przekaz kilku milionom, ale w wyniku reakcji Internetu i przymuszonych nim mediów tradycyjnych do kilkunastu milionów dotarł przekaz zupełnie odwrotny w skutkach: „Lis (czyli w domyśle – Komorowski, każdy wie, że to na jedno wychodzi) manipuluje, atakuje rodzinę Dudy, bije poniżej pasa”. Podobnie udało się szybko rozmontować, potencjalnie zabójczo skuteczną w dniu przed ciszą wyborczą, prowokację z pseudo-zamachem toruńskim.


Nie byłbym sobą, gdybym był tu jakimś hurraoptymistą. „Wajchowi” właśnie usilnie pracują nad zdobyciem kontroli nad przekazem w mediach społecznościowych. Na razie – rażąco nieskutecznie, przez zakładanie śmierdzących na kilometr agencjami PR profili na Twitterze i Facebooku, przez masową produkcję przemysłowych memów czerstwych jak stuletni suchar (których pewnie sami pracownicy agencji wstydzą się szerować na swoich prywatnych profilach). Ale z czasem się nauczą, coś tam na pewno wymyślą. Na razie, w okresie przejściowym, możemy się jednak cieszyć medium prawdziwie wolnym, gdzie zaangażowani obywatele są w stanie wygrać z płatnymi specjalistami, agencjami i koncernami. Jak mawiają Amerykanie – enjoy while it lasts.

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook