Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Sześciolatki przykładem i jednocześnie ofiarą nieudolności państwa

19.04.2013

Gdyby ktoś szukał przykładu na beznadziejne rządzenie to (choć konkurencja jest bogata) polecałbym reformę obniżenia obowiązkowego wieku szkolnego.

Ten potworek został skazany na porażkę jeszcze przed poczęciem. Bo już intencje obniżenia wieku szkolnego były nieporozumieniem. Jeden z nich był propagandowy („bo tak jest na Zachodzie”). To najgorszy przykład naszego zakompleksieni prowadzącego do bezrefleksyjnej modernizacji imitacyjnej. Wprawdzie faktycznie w wielu krajach zachodnich sześciolatki a nawet pięciolatki chodzą do szkół, ale są to zupełnie inne szkoły i zupełnie inny system oświaty. Mechaniczne przeflancowanie samego wieku szkolnego to logika biedaka który zadłuża się, żeby kupić sobie mercedesa – bo widzi że bogaty sąsiad jeździ mercedesem, więc uważa, że jak on s też go kupi, to też stanie się bogaty.

Za tym, bazującym na kompleksach, argumentem propagandowym ukryte były dwa argumenty rzeczywiste (do których wszakże głośno wstyd byłoby się przyznać). Po pierwsze, przyspieszenie o rok zakończenia edukacji to rok dłużej okresu składkowego w systemie emerytalnym, co nieco ma go podratować w sytuacji katastrofy demograficznej. Po drugie, wpuszczenie w system szkolny podwójnego rocznika da na kilka lat dodatkowe godziny pracy dla nauczycieli, co pozwoli nieco złagodzić narastającą ich nadpodaż i odsunąć w czasie trudniejsze politycznie decyzje. Tak więc zamiast rozwiązywać realne problemy, zamiast wziąć się za bary z trudną reformą systemu emerytalnego czy karty nauczyciela, rząd postanowił odsunąć problemy w czasie o kilka lat wykorzystując do tego sześciolatki (przy wprowadzaniu reformy prawdopodobnie łudzono się, że będzie ona stosunkowo mało kontrowersyjna).

Ucieczka od odpowiedzialności, ignorowanie społeczeństwa i mydlenie oczu charakterystyczna dla poczęcia reformy, towarzyszy jej przez jej dalszą historię.

Bo oto w następnym ruchu rząd wprowadzając reformę jednocześnie zepchnął jej realizację (a przede wszystkim – koszty) na samorządy. To zresztą modus operandi występujące bardzo często w oświacie – rząd nakłada obowiązki na barki samorządów i umywa ręce od odpowiedzialności za swoje decyzje. Samorządy jakoś tam próbowały sobie poradzić, jedne lepiej, drugie gorzej. Zazwyczaj gorzej, bo i bez reformy w większości ledwo sobie radziły z realizacją ustawowych zobowiązań w finansowaniu oświaty. Rząd pomógł jak mógł: kolejną manipulacją. Przyjęła ona postać zmiany programu nauczania w zerówkach, tak by dzieci tam posłane zmarnowały rok nie ucząc się niczego (a więc by rodzice nie chcąc, by dzieci marnowały rok, zaciskali zęby i posyłali je jednak do pierwszych klas). Narastający opór rodziców był ignorowany (nie mówiąc już o braku konsultacji wyprzedzającej, zanim w ogóle zdecydowano o zmianach). I tak wszystko się toczyło w kierunku wymuszonego, a bezsensownego, posłania sześciolatków pod przymusem do szkół gdy… rząd postanowił podnieść bezsens do kwadratu. W ostatniej chwili stchórzył i po raz kolejny uciekł od odpowiedzialności… odkładając reformę.

Tym samym do decyzji błędnej samej w sobie, dołożono zawiedzenie dobrej wiary samorządów i obywateli. Który samorząd rządowi uwierzył (np. inwestując w przystosowanie szkół czy planując sieć przedszkoli pod zmniejszone zapotrzebowanie) ten frajer. Podobnież rodzić, który np. posłał dziecko rok wcześniej do szkoły, chcąc mu oszczędzić konkurencji podwójnego rocznika. Zarazem oczywiście zabrakło odwagi, by przyznać, że wprowadzany w tym czasie i na tych warunkach pomysł jest zły sam w sobie  i należy z niego po prostu zrezygnować. Żabę już na wpół zjedzoną wypluliśmy z powrotem na talerz.

Właśnie powoli zabieramy się do ponownej konsumpcji bo nowy termin wprowadzenia obowiązku dla 6-latków to 1 września 2014. Tak samo wbrew rodzicom i równie nie przygotowani (a nawet bardziej, bo nauczeni losem frajerów co poprzednio uwierzyli rządowi ani rodzice ani samorządowcy nie traktują tej daty jako pewnika). Co w tej sytuacji robi państwo? Ha - tu coś nowego – robi za pieniądze podatnika kampanię propagandową przekonującą że posyłanie sześciolatków do szkół jest godne i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne. Rozumiecie państwo ten dowcip? Zamiast solidnie przemyśleć i przygotować swoje decyzje a następnie konsekwentnie wprowadzić je w życie rząd woli wydawać pieniądze na wytwarzanie wrażenia, że są one przemyślane i przygotowane. To innowacyjny wkład w zasady dobrego rządzenia. Idźmy dalej tą drogą – zamiast dobrej służby zdrowia spoty przekonujące pacjentów że zasadniczo czują się całkiem dobrze, a zamiast równych dróg billboardy o tym, że mamy równe drogi.

Wracając do sześciolatków warto na koniec zauważyć ironię losu – przez przypadek rządowi udało się dokonać zmiany na lepsze. Otóż obecnie rodzic sam wybiera czy do szkoły posłać sześciolatka czy siedmiolatka i tak należałoby zostawić. A wręcz zwiększyć zarówno formalne i jak faktyczne pole wolnego wyboru rodzica. Problem  w tym - i to jest ten podstawowy dla całego zamieszenia problem - że przecież urzędnik MEN w swoim mniemaniu wie lepiej od rodziców, co jest dobre dla ich dziecka.

Marcin Horała

Facebook