Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Studia nad obyczajami ślubnymi Polaków

05.10.2012

Niedawne głośne wesele czerwonej księżniczki z księciem jogurtów, podobno organizowane przez firmę o ironicznej nazwie „Ślub bez obciachu”, zwróciło mi uwagę na pewien aspekt współczesnej polskiej kultury, z którym trudno mi się pogodzić (mimo mojego ogólnie entuzjastycznie afirmatywnego stosunku do polskości jako takiej).

Weźmy sprawę na zdrowy rozum. Wyobraźmy sobie, że jest sobie jakiś przykładowy Jaś Kowalski, który dzień w dzień imprezuje – a to z kuzynem, a to z kumplami, a to ze stryjkiem. Pije wódkę, zagryza zakąskami, potańczy, znów wypije, aż padnie nieprzytomny. Po kilku latach takiego trybu życia podliczamy, że przehulał kilkadziesiąt tysięcy (nieraz może nawet nie własnych tylko pożyczonych albo otrzymanych od rodziców). Jak byśmy Jasia nazwali? Pijakiem, utracjuszem, człowiekiem nieodpowiedzialnym. No dobrze, a teraz niech Jasiu po prostu zbierze w jedno miejsce tych kuzynów, kumpli i stryjków i te kilkadziesiąt tysięcy przepiją, przeżrą i przehulają w jeden dzień. Musimy tylko nadać tej operacji kryptonim „wesele” – i w wtedy już wszystko w porządku, tradycji stało się zadość. Tymczasem nadal istota sprawy jest podobna – w jeden dzień poszła z dymem, została przeżarta i przepita suma, na którą przeciętny Polak musi pracować rok a nieraz i dłużej.

Jak okrągłą sumkę przepija eleganckie towarzystwo, elita III RP, z samym prezesem Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej Krasnystaw – no to jeszcze pół biedy. Kto bogatemu zabroni, szlachta się bawi nie patrzy na koszta i tak dalej. Gorzej gdy do tej samej operacji zabierają się ludzie, którzy naprawdę przez rok, albo i więcej, tyle nie zarobią. Sensu takiego działania po prostu nie jestem w stanie pojąć.

A powyższe podejście rodzi szereg dalszych śmieszno-strasznych paradoksów. Na przykład pary żyjące latami w konkubinacie, bywa że i z potomstwem, nie dlatego, że z powodu przekonań czy podejścia do życia nie chcą brać ślubu – tylko dlatego, że na razie nie stać ich na wymarzone wesele. Gdy po latach do owego hucznego wesela dochodzi, to ciężko zrozumieć co właściwie takim nakładem sił i środków się świętuje - bo przecież nie początek wspólnego życia.

Podobnie pary biorące kredyt na organizację fety – czyż nie jest wspaniałym fundamentem przyszłości wejście w nią z solidnym zadłużeniem? „I ślubuję wspólnie spłacać raty aż do śmierci” czy jakoś tak to szło? Choć może coś jest na rzeczy: podobno badania wskazują, iż wspólny kredyt łączy ludzi skuteczniej od węzłów małżeńskich ;)

Albo rodzice sponsorujący uroczystość pod warunkiem, iż podarowane środki zostaną w całości przeżarte i przepite (a nie np. „zmarnowane” na zakup jakiejś trwałej wartości, dokształcenie czy cokolwiek co sprawiłoby przyjemność samym młodym) i że będą mieli ostateczny głos w sprawie kształtu imprezy i listy zaproszonych gości. Czyż może być coś bardziej pedagogicznego, niż wpojenie własnym dzieciom, że pieniądze należy solennie przehulać do ostatniej złotówki? I że dorosły człowiek nie możne sam o sobie decydować nawet w tak elementarnej sprawie, jak kogo zaprosić na swój własny ślub?

No i na koniec sam przebieg współczesnego polskiego wesela, który najlepiej pokazał Wojciech Smarzowski w „Weselu”. Wprawdzie z groteskowym przerysowaniem i z postawą wyższościową miejskiego inteligenta wobec prowincji – ale, niestety, każdy, kto już w życiu na kilku weselach był, odnajdzie tam sporo znajomych wątków.

Państwo młodzi na skraju choroby psychicznej z powodu stresu i zmęczenia; ich rodzice takoż; większość nazbyt jeszcze trzeźwych gości skrępowanych natłokiem de facto obcych sobie, nie widzianych latami, ludzi. Znaczna część zażenowana poziomem przyśpiewek i tzw. „zabaw” najczęściej polegających na mniej lub bardziej dosłownym symulowaniu kopulacji. Zazwyczaj najlepiej bawi się, jest autentycznie szczęśliwa, frakcja wujków-alkoholików – bo wreszcie mogą się narąbać do wyrzygu nie dość że za darmo, to jeszcze bez gderania żon, w pełni lege artis i ze społeczną akceptacją.

Oczywiście przejaskrawiam, ale zdecydowanie jest coś na rzeczy. Czy to wpływ amerykańskich komedii romantycznych, czy jakieś echa najgorszego z aspektów polskiej tradycji szlacheckiej z jej „zastaw się a postaw się” – nie wiem. Fakt faktem, że współczesny Polak z okazji wesela musi - albo przynajmniej lubi i jest nieszczęśliwy jak nie może - nażreć się tak, że konieczna jest interwencja lekarska i sprawę ratują jedynie torsje wywołane pochłonięciem analogicznej ilości alkoholu. Jak w międzyczasie jeszcze uda się pobawić na poziomie przedszkolaka („kaczuchy” itp.) i zrobić z siebie debila na oczepinach no to już pełnia szczęścia. A od jutra zaczynamy nowe życie – leczenia kaca i spłacania długów.

Jak już się rzekło we wstępie mam z tą weselną tradycją podstawowy problem – nie rozumiem, nie widzę gdzie tu sens, gdzie tu frajda? Może ktoś z czytelników będzie uprzejmy się ze mną skontaktować i mi to wyjaśnić?

Marcin Horała

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook