Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Pułapki gabinetu cieni

03.06.2015

Gabinet cieni to skład hipotetycznego rządu sformowanego przez opozycję. W zamyśle odpowiedzialni za poszczególne resorty ministrowie-cienie mają na bieżąco recenzować poczynania rządu z „ich działki”. Jednocześnie powinni tworzyć program przyszłego działania, gromadzić współpracowników, by przy zmianie rządu móc „z marszu” podjąć nowe obowiązki.

Na papierze wydaje się to być niezłym pomysłem. Coś jednak jest na rzeczy, że poza Wielką Brytanią taka instytucja nie zafunkcjonowała. W Polsce gabinet cieni próbowała wprowadzić Platforma Obywatelska po przegranych wyborach w 2005 roku. Skończyło się dość komicznie. Późniejszy rząd PO nie zgadzał się w ogóle z gabinetem cieni, z osobą premiera włącznie (premierem-cieniem był Jan Rokita). Chyba tylko Ewa Kopacz trafiła do „swojego” resortu – zdrowia. Aleksandra Grada rzucono z rolnictwa na skarb państwa a Bogdana Zdrojewskiego z kultury na obronę narodową. Reszta ministrów w pierwszym rządzie Tuska nie miała za sobą „cieniowania” u Rokity.

Problemów z gabinetem cieni jest kilka:

Po pierwsze, w kontynentalnej kulturze politycznej, w przeciwieństwie do brytyjskiej nie mającej za sobą dziesiątek (albo i setek) lat stabilizacji, trudno przewidzieć konfigurację przyszłego rządu. Może być samodzielny lub z koalicjantem (a i koalicjant nie będzie często z góry znany). Może mieć legitymację silną albo słabą. Może dojść do władzy po kampanii, która zdeterminuje takie lub inne główne akcenty rządzenia. Może współpracować z prezydentem z tej samej formacji lub kohabitować z prezydentem z formacji konkurencyjnej. Skład rządu to skomplikowana układanka, zależna od wielu czynników, których nie sposób przewidzieć z wyprzedzeniem, znajdując się w opozycji.

Po drugie, recenzowanie rządu z ław opozycji i rzeczywiste kierowanie resortami to dwie różne sprawy. Różni ludzie będą się do tych ról lepiej nadawać.

Po trzecie, często skład rządu wzbogacany jest kilkoma ministrami-fachowcami, nie będącymi wcześniej zawodowymi politykami. Siłą rzeczy tego rodzaju osoby nie mogą brać udziału w pracach „gabinetu cieni”.

Po czwarte, wyborcy nie lubią u polityków pychy. Tymczasem tworzenie gabinetu cieni może robić wrażenie przesadnej pewności siebie, czucia się zwycięzcą wyborów zanim się one odbyły, czy wręcz „dzielenia stołków”. W poprawności politycznej demokracji istnieje konieczność „zdawania się na wolę wyborców”. Komu się wydaje, że zna ją z góry, ten często kończy jak Bronisław Komorowski w ostatnich wyborach.

Z drugiej strony kuszące wydaje się pokazanie przez opozycję walczącą o objęcie władzy, że ma „długą ławkę”. Udowodnienie wyborcom, że nie muszą się bać zmiany, że również po stronie opozycji są osoby kompetentne, gotowe do prowadzenia polityki państwa w różnych obszarach.

Mając powyższe na uwadze najrozsądniejszym wyjściem nie wydaje się tworzenie wprost „gabinetu cieni” na wzór brytyjski. Lepszym pomysłem jest prezentacja szerokiego zespołu ekspertów, bez sztywnego podziału tek, z których grona będzie się rekrutować przyszła obsada ministerstw i wysokich urzędów. O ile, oczywiście, taka będzie wola wyborców.

Marcin Horała

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook