Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Przeciw kultowi św. frekwencji

08.04.2014

Uznawanie wysokiej frekwencji wyborczej za dobro samo w sobie jest elementem powszechnie przyjętej politycznej poprawności. Spróbuję obalić tego fałszywego bożka.

Wszystko zależy od przyjętego założenia. Jeżeli akt wyborczy ma być jakimś magicznym rytuałem, jakimś pogańskim ersatzem koronacji i namaszczenia świętymi olejami, to oczywiście im więcej osób dokona osobiście czary-mary z kartką i urną tym lepiej.

Jeżeli jednak zostawimy magię na boku i spojrzymy chłodnym okiem, głosowanie ma być metodą wyłonienia możliwie najlepszej władzy możliwie najmniejszym kosztem. Na przykład władza pochodząca z urodzenia mogłaby trafić do jakiegoś debila czy wariata. A jeżeli starym zwyczajem zamiast licytacji kto ma lepszych PRowców, władzę zdobywałby zwycięzca licytacji, kto ma lepiej machających mieczami rycerzy, straty dla całej wspólnoty byłyby niewspółmiernie wysokie. Jeżeli jednak spoglądamy na akt wyborczy realistycznie,  fetysz wysokiej frekwencji upada sam z siebie.

Tu nie trzeba wiele dywagować, wystarczy prosta logika. Czy jeżeli w Nibylandii żyje 50% mądrych i 50% debili to lepiej żeby: a) frekwencja wynosiła 50%, bo poszli zagłosować tylko mądrzy; czy b) frekwencja wynosiła 100% bo poszli zagłosować i mądrzy i debile? Ba, nawet jakby frekwencja wyniosła tylko 10% bo zagłosował tylko co piąty mądry – to i tak lepiej niż jakby wniosła 100%. Oczywiście najgorsza byłaby sytuacja, gdyby np. frekwencja wyniosła 50% bo zagłosowali sami debile, ale na szczęście jak wskazują wszystkie badania decyzja o udziale w wyborach jest zazwyczaj pozytywnie skorelowana z szeroko pojętą „mądrością”, czy innymi cechami, które uważamy za społecznie korzystne.

 Wszyscy w naszym życiu spotykamy współobywateli, których horyzonty intelektualne przekracza np. policzenie rzeczywistego kosztu kredytu; rozłożenie wydatków tak, by w miarę równomiernie starczyła do następnej wypłaty; prowadzenie samochodu w sposób nie obniżający drastycznie prawdopodobieństwa dożycia do emerytury i tak dalej. Ludzi, którym nie chcielibyśmy oddać córki za żonę, czy nawet pożyczyć stu złotych. Ludzi nie radzących sobie z prostymi, konkretnymi i wymagającymi tylko odrobiny namysłu codziennymi sprawami. Dlaczego nagle za wartość uznajemy, by owi ludzie decydowali na przykład jaka powinna być prowadzona polityka gospodarcza czy zagraniczna i o innych wysoce skomplikowanych, wielowymiarowych a zarazem bardzo ważnych kwestiach.

Oczywiście ideałem republiki jest, aby wszyscy byli świadomymi, czynnymi, obywatelami. Politykami, w starogreckim rozumieniu tego słowa. Słusznie również starożytni grecy wynaleźli słowo na osoby zainteresowane wyłącznie swoją prywatnością, a obojętne wobec spraw publicznych. Dziś takie osoby mówią „nie interesują się polityką”, „trzymam się z dala od polityki”, „jestem apolityczny”. Otóż w greckiej polis na takie osoby mówiono: idioci. Ale nikomu by nie przyszło do głowy, żeby się do owych idiotów przymilać i ich na różne sposoby zachęcać, by jednak ruszyli tyłki i przyszli na Zgromadzenie głosować.

Obywatel - to powinno brzmieć dumnie. W republice nikt nie powinien być takiej roli pozbawiony (nieomal nikt, bo jednak godzimy się by jej pozbawić ludzi niespełna rozumu czy skazanych prawomocnym wyrokiem na utratę praw publicznych). Ale też nikt do roli obywatela nie powinien być wyciągany za uszy, nie powinna być mu ona wciskana w krzykliwym opakowaniu.

Dlatego jestem przeciwnikiem wszelkich sposobów ułatwiania głosowania, jak przeciągnie wyborów na dwa dni, głosowanie korespondencyjne i tak dalej. Może jeszcze zaczniemy z urną nagabywać ludzi na ulicy. Jak ktoś nie chce głosować, to nie, bez łaski. Jak ktoś nie jest w stanie poświęcić weekendowego wyjazdu raz w roku, to już sam ocenił swoją chęć do decydowania o państwie. Ja bym jeszcze głosowanie utrudnił, na przykład poprzez zmniejszenie liczby otwartych obwodowych komisji, tak aby głosowania wymagało odstania w kolejce. Byłby to swoisty cenzus zaangażowania obywatelskiego. Propozycja odpada dlatego, że przy okazji byłyby to niesprawiedliwy cenzus wytrzymałości i sprawności fizycznej. Może być obywatel zaangażowany i świadomy, ale starszy, chory czy niepełnosprawny i takiemu nie powinniśmy zamykać drogi do głosowania.

Podobnie ma się rzecz z narzekaniem na rzekomo zbyt trudny system wyborczy. Ja też nie jestem fanem obecnej ordynacji, ale nie dlatego że jest zbyt skomplikowana – i co za tym idzie nie uważam, że podstawową zasadą jej zmiany powinno być jej uproszczenie. Formuła d’Hondta to nie jest jakaś czarna magia, w dodatku nie trzeba jej rozumieć w całości, tylko jej jeden aspekt – jak oddać głos w sposób ważny i zgodny z przekonaniami. Jak ktoś nie jest w stanie tego pojąć, to na pewno nie jest też w stanie pojąć znacznie bardziej skomplikowanych spraw związanych z rządzeniem państwem i nie powinien o nich decydować.

Wreszcie, fetysz frekwencji umożliwia manipulowanie wynikiem poprzez kampanie pro-frekwencyjne. Mogą się one odbywać za środki z poza systemu finansowania kampanii, mogą być nawet fundowane z budżetu. Nie podlegają też ciszy wyborczej. A w sposób oczywisty zmieniają wynik wyborów. Każda partia ma określony model socjologiczny swojego elektoratu i kampanię pro-frekwencynją można skonstruować tak, by trafiała do elektoratu określonej partii. Wystarczy wspomnieć kampanię z 2007 roku „Zmień kraj – idź na wybory”. Nie jest obojętne czy w spotach do głosowania zachęcają Jan Pospieszalski i ksiądz Mateusz czy Kuba Wojewódzki z Tomaszem Karolakiem. Ale złego słowa o takiej czy innej kampanii pro-frekwencyjnej powiedzieć nie można, bo przecież najważniejsze żeby jak najwięcej ludzi zagłosowało.

Otóż nie. Postaci historyczne, które czcimy jako ojców demokracji, na pewno bardzo by się zdziwiły słysząc, że polega ona na tym, że absolutnie każdy może głosować i to z równą wagą głosu. Taka chociażby konstytucja USA dawała pierwotnie prawo głosu góra 1/7 całej dorosłej populacji, a jednym z postanowień czczonej jako demokratyczna konstytucji 3 Maja było zawężenie praw wielu praw politycznych szlachty do posesjonatów. Historycznie rzecz biorąc powszechne, równe, prawo wyborcze to krótki eksperyment, o niewiadomym jeszcze wyniku. Wcześniej mieliśmy lata cenzusów, kurii wyborczych i innych modyfikatorów.

 Żyjemy w czasach, w których rozwiązania ograniczające czy ważące prawo do głosowania nie są możliwe do wprowadzenia z wielu przyczyn. Chociażby zobowiązań międzynarodowych czy braku dobrego definiowalnego prawnie wyznacznika cenzusów (na przykład cenzus formalnego wykształcenia przy jego obecnym poziomie miałby katastrofalne skutki). Zostawmy więc chociaż ten cenzus minimalnego zaangażowania obywatelskiego – że głosować chodzi się z własnej woli, wkładając to odrobinę wysiłku, a nie jest się bydłem zaganianym do urny. Nie cieszmy się z tego, że w danym roku akurat wyjątkowo duże stado udało się zagonić.

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook